-Skąd ty mni...- wyrwał się zaraz brodacz i równie szybko zamarł. Miliony myśli przelatywały przez jego głowę, wspomnień i przerywanych strzałami armatnimi wizji. Uderzenia młotów, szabli i kufli o czerepy mieszały się z okutymi butami, brukiem, więźniarką i salą rozpraw w... -Torreno ty skurwysynu!- wrzasnął i chwycił Kardena za fraki. Podciągnął całą siłą ku sobie aż ich twarze się zbliżyły i jedyne co oczy mogły dostrzec to spojrzenie drugiego. Krasnolud płonął, oczy jego nabiegły krwią, żyły pękały i tworzyły niemalże demoniczny efekt. De Jogrensten starał się zachować spokój jednak tym razem odpuścił szczebel drabiny zimnej krwi. Krasnolud go nie kojarzył, a on felernie się wygadał.
Wylądował na ścianie ładowni. W sumie gdyby nie ona poleciałby znacznie dalej.. -Zabiję cię psichuju- sapnął syn Zirgina i przycisnął zimnym żelastwem obuchu młota do parteru. Gniew rzekłbyś płynął po trzonku, a bieg swój kończył na klatce piersiowej. W tejże jednak chwili do pomyślunku Domenica dotarło więcej wspomnień.
-Kurwa...- westchnął i zamachnął się młotem z taką siłą, że ten uderzył w stos kul armatnich, które jedna po drugiej opadły i poczęły walać się po drewnianej posadzce. -Kuuurwa!- ponownie zaklął brodacz, chodził po ładowni, miotały nim wszelkie diabły i demony, które mogły krążyć po orbicie jego życiowych niepowodzeń. Nachylił się w końcu nad posłem, a widząc w jego oczach dumę i wracający poziom oraz stateczność dodał -Nie no kuuurrrwa...- odszedł na bok i splunął.
Siedzieli spowrotem przy skrzyni z jedną świeczką... Ta dopalona już do połowy zwiastowała rozwój rozmów. Rozmowy jakoś rozwinąć się nie chciały.
-Wiesz, że cie zabije...-
-Nie dzisiaj.- odrzekł pewnym głosem. Jakby to on trzymał bandolet przy głowie krasnoluda. Krasnolud musiał ten bandolet odtrącić. Nie miał jak.
-Pewnego dnia...- rzucił się jak w agonii.
-Nie pierdol Zirgin...- krasnolud nie pierdolił już tej nocy. Ani w mieście, ani tu.