Tereny Valfden > Dział Wypraw
ANKORVAAT: Zapomniane dziedzictwo
Anette Du'Monteau:
Popędziłem konia ruszając za hrabią. Przypomniała mi się ostatnia bitwa na tym samym moście. Wtedy zaatakowały nas dziwne wodne demony, na szczęście teraz na nic takiego się nie zapowiadało.
Rikka Malkain:
Po zaspokojeniu pragnienia, Garik wskoczył na konia i w raz z innymi pogalopował za Gunsesem. Pogoda była idealna, delikatna mgiełka, przyjemny chłód... Wampir wiedział jednak co może czaić się tam za drzewami, wśród mgły i bagiennych oparów. Pomysł, zgodnie z którym mieli jak najszybciej pokonać odległość dzielącą ich od celu popierał całkowicie.
Gunses:
Jechali szybko. Zapewniały to drewniane i kamienne kładki, rociągnięte po bagnach. Pośród wielkich drzew nie było cicho. Ptaki, to pierwsze co dobiegło do naszych uszu. Odmienne ćwierkotanie nachodziło na siebie. Jedne wesołe, inne tajemnicze. I spokojne, pełne gracji melodie. Tak, las żył. gdzieś daleko odezwało się coś dużego. Ryk należał niby do byka, niby do jelenia. Niósł strach. Krajobraz był inny od znanego nam krajobrazu Valfden. Drzewa, wysokie do 300 metrów i w obwodzie mające ponad 30 metrów, usiane były roślinkami, lianami, bluszczem i mchem. Drzewa stały we wodzie, ale ich wypiętrzone korzenie pozwoliłyby gdyby zaszła taka konieczność, na przemieszczanie się suchą stopą. Drzewa swe gałęzie zaczynały dopiero w wysokości 20-30 metrów nad ziemią, a ich korony tworzyły baldachim, przez który nie przecisnęło się światło Sentri, gwiazdy będącej odpowiednikiem naszego Słońca. W lesie było dość mroczno, ale niektóre rośliny mieniły się światłem, od fioletowych i niebieskich, przez zielone, pomarańczowe i czerwone, aż do żółtych i prawie białych. Kołysały się lekko, jakoby żyły własnym życiem, jakoby czekały na okazję by coś zjeść. Co jakiś czas widzieliśmy kolonie grzybów wysokości 3-4 metrów i mieniących się jasnoniebieskim światłem. W koronach drzew słychać było ptaki, a po gałęziach cały czas coś przebiegało, niknąc nam z oczu. Parę razy woda zabulgotała niedaleko nas. Parę razy w dalekich trzesawidkach ukazały się jaśniejące ślepia. Coś zawyło, coś zapiszczało. Kilkanaście kopyt gdzieś daleko rozbryzgało wodę. Kilkakrotnie coś zatrzepotało skrzydłami za naszymi plecami, coś znowu zaryczało niby wół. Las żył i żył spokojnie. Gunses ponaglił konia.
Po kilku godzinach jazdy przez mokradła, wyłoniła się wioska.
Zauważyliśmy płaskowyż przed nami. Wnosił się pół, może kilometr nad ziemią. Na samym urwisku były wieże strażnicze i mury, ale zza nich widzieliśmy wystające dachy domostw i budynków. My szliśmy drogą biegnącą u podnóża płaskowyżu. prowadziła tam droga, która wznosiła się za zakrętem pod górę. Tam było mniejsze osiedle. Jedna główna droga i przy niej ulokowane budynki. Na środku drogi były ustawione stragany w rzędzie.
- Pierwioski – jak przypomniała Issabella - To miasteczko na płaskowyżu. Było to pierwsze obozowisko w Ankorvaacie. Pierwsza wioska. Płaskowyż był dobrym miejscem na Siedliszcze. Są tutaj liczne kopalnie, co sprawiło, że bardzo dobrze rozwinęła się tu sztuka kowalstwa. Po powstaniu bagien osłabiła się sytuacja Pierwiosków, ale miasto rozwijało się całkiem dobrze. Powstała dolna część miasta, zwana nie wiem czemu Pierwiorstkami. I po prawdzie, dolna część jest oddalona o dokładną wiorstę od miasta. To dzielnica handlowa, są tutaj warsztaty i alchemiczne laboratoria. Produkuje się tutaj broń i eliksiry. Obecność kopalń i bagna wspomogła te dziedziny. Wszytko stąd eksportuje się do innych części królestwa w zamian za rzeczy, których tutaj brakuje. Pojedzimy do Górej osady, mam nadzieję, że spotkamy jeźdźców Geradezów - ruszyła. Przejście stanowiła solidna brama z dwiema strażnicami, na szczytach których stało kilkoro zbrojnych. Zauważyliście, że to Wampiry. Ulica była duża i ciągnęła w górę. Po bokach były ciasno upchane godziwe budynki, warsztaty, laboratoria. Z góry, z miasta do swych warsztatów ciągnęli Wampiry, Ludzie, Elfy i Krasnoludy. Było dość jasno, Sentri roztaczała swój blask. Kowale rozpalali paleniska pieców, zielarze i alchemicy wywieszali zioła które miały zostać zasuszone. Kramy zaczęły się otwierać na i stragany po środku zaczęto zagęszczać różnymi suplementami pochodzenia bagiennego. Od roślin po fragmenty zwierząt. Na ulicy były również rozpalone ogniska w specjalnych miejscach dla podróżnych, których nie stać było na wykupienie noclegu w karczmie. Przy niektórych siedziały Elfy przy innych ludzie. Szybko pojechaliśmy w górę płaskowyża.
Xvier aep Deler:
Gatts bez namysłu ruszył za resztą towarzyszy. Mężczyzna popędzał konia, ponieważ chciał znaleźć się w pierwszej linii w razie starcia.
// dobra musiałem coś pominąć ;P
Gunses:
//Czarny Szermierzu, nie możesz mieć swojego konia. Z dwóch przyczyn.
//1. W kanałach chodziliśmy pieszo, często schodziliśmy po drabinkach na dolne poziomy, także nie widzę możliwości, aby wprowadzić tam swojego wierzchowca.
//2. Napisałem, że każdy bierze konia spośród wierzchowców, które były w Piątej ÂŚwiątyni. Masz zdrowego konika.
Po kilkunastu minutach kompania wdarła się na płaskowyż.
Szybko przejechali ulicami na główny plac. Nikt nie zwracał na nich większej uwagi. Takie konne kompanie były dość liczne na bagnach. Grupa wjechała na plac i ujrzeli to, czego potrzebowali. W zasadzie to, czego chciała Issabella. Na placu leżało bowiem jakies trzydzieści sztuk wielkich gadzich ptaków.
Wszystkie miały na sobie skórzane uprzęże, od głowy po plecy. Na grzbietach zaś każdy nosił siedlisko, siodło wraz z otaczającymi je pakunkami. Gunses wstrzymał konia. Pamiętał te bestie. ÂŻyły na Valfden. Kiedyś porwały Domenica, jego dawnego kompana. A teraz leżały plaskiem tutaj. Na środku placu w małym miasteczku o nazwie Pierwioski.
Issabella wstrzymała nas. Podjechała do namiotu, przy którym rezydowała trójka Wampirów, ubranych w wojskowe uniformy. Cała trójka podskoczyła jakoby zobaczyli ducha. Chwilę później zasalutowali pani pułkownik. Gunses jednak nie odrywał wzroku od spokojnie leżących bestii, które oddychały spokojnie, czasem poruszając ogonem czy skrzydłami.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej