- No to ja pana uświadomię, że pan gówno wiesz o tej dzielnicy. Jestem z Kruczego Bractwa panie. Niejaki Marcel Kwin miał dla nas zlecenie, mieliśmy się stawić w jego domu, jakiś bankiecik organizował i tam mieliśmy instrukcje otrzymać. No to przyszliśmy - bankiet elegancki, same szychy. No, ale czas upływał, ale Kwina jak nie było tak nie było. Trzech nas było - ja, imieniem Diomedes Nivellen, Ergard Istedd i Zeyfar... Nazwiska nie pamiętam, ale to mauren jest, więc raczej rozpoznawalny - uśmiechnął się - No więc wyszło na to, że spici w trzy dupy sobie przysnęliśmy. I nie było by w tym nic dziwnego, gdybyśmy rano nie obudzili się w jakiejś zatęchłej psiarni, na dodatek związani. Chwilę po tym wpadły do naszej izolatki Obijmordy tego Kwina. Nie omieszkali sobie pokopać leżących. No, ale nic. Wzięli nas do tego Kwina i tu się okazuje, że moi towarzysze najwyraźniej mózg zostawili na bankiecie, bo nie dość, że nic nie pamiętali to jeszcze dali sobie najgorszy kit wciskać. Ale Kwin najwyraźniej na to był dobrze przygotowany bo zaczął im tak prać mózgi, że aż włosy na głowie dęba stają. Kontynuować?