Tereny Valfden > Dział Wypraw
Nowa nadzieja
Istedd:
Głową jedynie potwierdził słowa Zeyfara. Nie widział potrzeby słów wypowiadania, aby świętą racyję potwierdzić. Uważał jednak, swym skromnym i nieprzekupnym zdaniem, że ludzie i tak wielokrotnie są zdolni do zmiany swojego przeznaczenia. Jego ojciec także przecież. W okolicy domu rodziny spotkać zgoła niemożliwym było zwierzęta, mogące im zagrozić. Wielkie polowania, przypominające rzezie niewiniątek... widział je na własne oczy, kiedy mleko jeszcze miał pod nosem, jako chłystek. Gdy dojechali zsiadł z konia, ochędożył go od siodła i solidnie uwiązał w stajence, sprawdzając dodatkowo raz czy przywiązali je wystarczająco dobrze. Gdy wszedł do karczmy od razu poczuł się rozweselony. Trudy podróży, o ile mowa mogła być o nich minęły od razu. Radością nie tylko dla duszy, ale i ciała była duszna karczma, w której zapach piwa, potu i mięsa unosił się, drażniąc nosy i oczy. Karczmarz, jak każdy mężczyzna w piątym miesiącu ciąży (spodziewający się beczki piwa) był rubasznie wesoły i towarzyski. Ergard rozejrzał się po karczmie, która, jak każdy tego typu budynek imponowała iście pijacką gwarancją gotowości do całkowitej rozpierduchy. Słowy poetyckimi inaczej, przystosowana była do bójek. Te ławy, stoły... Wiadomym było, czym się w razie ataku chociażby hordy przeciwników bronić.
Anette Du'Monteau:
-Pokoje są gotowe ojcze. - powiedziała młoda dziewczyna o jasnych włosach. Widać przyszykowanie pokoi nie zajmowało jej wiele czasu. Jasnowłosa skierowała się do szynkwasu, przy którym zaczęła się krzątać i układać wszystkie rzeczy na swoim należytym miejscu.
-Proszę panów, wasze piwo. Podać coś jeszcze? - spytał uprzejmie właściciel zajazdu.
-Nie, ja podziękuje. Ale prosiłbym o pobudkę gdy będzie świtać. I może niech będzie gotowa jakaś ciepła strawa nim zostanę obudzony. To chyba wszystko. - odpowiedziałem karczmarzowi. Pociągnąłem spory łyk piwa i ostawiłem kufel na stole.
-Dobranoc wszystkim. - rzuciłem i udałem się na spoczynek do pokoju. Możesz zostać Ergardzie, jednak radzę być wypoczętym rano. Jeśli nie wstaniesz dość wcześniej to pojedziesz pod koniem zamiast na nim. - zażartowałem sobie z kruka.
-Panowie to w jakimś konkretnym celu podążają tym szlakiem? Słyszał żem o jakiejś bitce na wyspie co to z południowego brzegu widać. Ale to było jakiś tydzień temu albo i dłużej. Można zatem poznać cel podróży? - wypytywał karczmarz, gdy mauren udał się na spoczynek.
Istedd:
- Dopiję tylko piwo. Zmęczony jestem i trza wstać jutro o porze wczesnej. - powiedział sam do siebie. Wstawanie rano nie było dla niego nigdy wielkim problemem. Przystosował się do tego właśnie w krasnoludzkiej kompaniji, kiedy każdy musiał spać mało, a wypoczywać tym wiele. Napił się piwa. Nie było najlepsze, ani też najgorsze. Było dość przeciętne i mało pieniste, co jednak nie przeszkodziło mu wypić wszystkiego i ostawić sporą ilość piany na wąsach i brodzie. Gdy major udał się do pokoju, skrzętnie zaopiekował się jego kuflem. Działał wedle zasady "nic nie może się zmarnować" i dopił trunek dowódcy. Wszak był to jedyny ratunek dla tego słodkiego napoju! Niespodzianie, karczmarz zadał mu pytanie. Adaven spojrzał na niego, otarł rękawem usta i powstrzymał na ścianie pięści beknięcie.
- Ano, chyba można, mości dobrodzieju. Mamy udać się w tamte strony i obaczyć, okiem zerknąć, na zebrane tam oddziały. Nieco tam pobyć, zoczyć to i tamto, potem zaś wrócić i zameldować. Słowy innymi, mości karczmarzu, zmierzamy tam z celem dość prostym, a zarazem ważnym - insypekcyją. - z trudem lekkim burknął moczymorda. Ziewnął, okazując teatralnie znak tego, że głowa mu ciężką się staje.
- A napomnijcie nieco, o tej bitwie, coście mówili. Wielce ciekawy ten temat. Skąd informacyje takie, karczmarzu drogi? Widzieliście, czyście słyszeli pogłoski? - zapytał.
Anette Du'Monteau:
-Pogłoski drogi panie. Dla mnie taka wyprawa to za daleko, nie miałbym kogo ostawić w zastępstwie tutaj. A moje ucho słyszało, że tam jeno jakieś heretyki były co to odrzucili innych bogów, tfu. - karczmarz splunął na myśl o nie uznawaniu istnienia takich bogów jak Zartat, Ventepi czy inni równie wielcy. No ale podobnież zebrała się nielicha armia i rozniosła tamtych innowierców. Ludzie prawili, że było słychać wielkie huki jak przy uderzeniu pieruna albo, że błyskało się jakoby podczas festiwalu jakiego czy święta. Co było to było panie. Ważne, że tamci już nie podniosą ręki na takich ludzi jak my. - zakończył wypowiedź oberżysta. Zamilkł i znów zaczął przecierać kufle, talerze i cała resztę zastawy.
Istedd:
- Bluźniercze to plemiono, w żopę im, kozojebom się rohatyna należy, tfu, tfu, tfu! - wyraził swoje zdanie Adaven. Powstrzymał się jednak kulturalnie od splunięcia na podłogę, gdyż w tej chwili mogłaby oznaka być to braku kultury wobec karczmarza. Skoro wziął się za sprzątanie (bynajmniej naczyń), po cóż pluć na podłogę? Wysłuchał jego dalszej wypowiedzi. Pogłoskom karczemnym przeważnie dawać można było wiarę, równie dobrze, co w ich nieprawdziwość. Tą wieść postanowił zapamiętać i przekazać później Zeyfarowi. Powstał z miejsca.
- ÂŻegnajcie, karczmarzu. Na spoczynek się udam i wielce ta pogłoska intrygująca. Dzięki ci. - rzekł i ruszył do góry, do swego pokoju. Tam ochędożył się z miecza i położył się.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej