Tereny Valfden > Dział Wypraw
Nowa nadzieja
Anette Du'Monteau:
-Mam tedy idealne rozwiązanie mój podopieczny. Niedaleko stąd jest karczma "Wilczy Kieł". Dostaniemy tam strawę, konie nakarmimy i porządnie się wyśpimy. Kruczy bracia znają dobrze tamtejszego karczmarza i nigdy nie narzekali. A zostało do niej może z 5-8km. Rano wypoczęci znów ruszymy na szlak. Co Ty na to? Nocleg na mój koszt Isteddzie. - zaproponował Zeyfar.
Istedd:
- Podopieczny... jak to dziwnie brzmi. - mruknął, a raczej szepnął do siebie wystarczająco cicho, aby sam mieć problemy z usłyszeniem tego. Raczej potraktował to jako myśl.
- Głupim byłbym, gdybym pogardził tak mądrym pomysłem, jak pobyt w karczmie. Zaprawdę, wiele ma to... cech potrzebnych podróżnikowi, skąd na próżno mi wskazywać na tak potrzebną strawę i napitki... oczywiście bezalkoholowe... - to słowo wyjątkowo dziwnie wypowiedział, zważywszy na jego bluźnierczość, wobec kodeksu honorowego każdego moczymordy. Wiadomym była lekka ironia jego wypowiedzi...
- Pożywiłem się sowicie przed wyprawą i nie martw się o koszta tego! - zapewnił i znowu zarechotał rubasznym i głośnym śmiechem, przy uśmiechu szczerym i wesołym, jak u prawie każdego z wielu podobnych mu druhów, towarzyszy i pijaków.
- Wygodnie się w Bractwie powodzi, oj wygodnie się i zapowiada. - dopowiedział do siebie.
Anette Du'Monteau:
-Możesz czuć się nietypowo tak nazywany, jednak sprawuje nad wami pieczę. nad wszystkimi rekrutami. To było jedno z moich zadań jako sierżanta, potem kapitana, a teraz majora. Z kolei ja lubię spełniać dobrze swoje obowiązki. Przynajmniej czuje się potrzebny. O pieniądze nie musisz się martwić. Jeszcze mi zostało nieco. Zawsze noszę nieco ze sobą w sakiewce. Być może uda się wytargować darmowy nocleg. - to powiedział już do siebie mauren.
//: Podróżnym na horyzoncie zamajaczyła sylwetka niedużego budynku. Widać było jarzące się światła z jego wnętrza. Kruki domyśliły się iż to owa karczma. Konie również jakby ucieszone odrobinę przyśpieszyły tempa. Wędrowcy westchnęli na wspomnienie o ciepłym jadle, zimnym piwie i własnym pokoiku w alkierzu. Nie zamierzali przyśpieszać prędkości. I tak tam trafią. Podróżnych przeszył nagły skowyt wilka. Zapadała wyjątkowo ciemna noc. Wygłodniałe zwierzęta zaczęły swe łowy.
Istedd:
Dziwnie poczuł się, kiedy Zeyfar usłyszał jego szept. Nieco tym zawstydzony zdołał to jedynie skomentować inteligentnym: "Eeee...:, po czym podrapał się do czuprynie i poprawił wąsy i brodę. Musiał przecież wyglądać porządnie, jako rekrut. Bynajmniej w tej właśnie chwili. Słysząc niespodziany skowyt wilka gniadosz Ergarda parsknął niespokojnie, samemu zaś jeźdźcowi w mig udzieliły się emocję konia. Właściwie nie wiedział, czemu się boi. Miał wszakże u boku kompana, na plecach miecz, a i konia. Wilcy były jednak zwierzętami stadnymi i być może to wywoływało podświadomy niepokój jego osoby. Zerknął na Zeyfara, jednakże bez jakiejkolwiek oznaki strachu, czy niepokoju.
- Wilcy łowy zaczęli. Blisko już jednak i zwierzęta te albo głupie, albo co najmniej wygłodzone mocno musiałby być, aby myśleć nawet o przeszkodzeniu nam. A właśnie... Nie uważacie, że ukrócenie ich populacyji na skalę większą, dałoby skutki lepsze, niż ignorowanie tego niebezpieczeństwa? - zapytał bez większych powodów.
Anette Du'Monteau:
-Możliwe, ale widząc iż jesteśmy w pobliżu schronienia i ludzkiej karczmy nie będą ryzykować. Nie są tak głupie. Zaczekają na lepszą okazję. Trzeba będzie tylko konie dokładnie zamknąć w stajence. Przywykłem, że to matka ziemia redukuje ich liczebność na swój sposób. Mam pewną tendencje do zostawiania niektórych spraw ich własnemu biegowi. Przeznaczenie nikogo nie minie obojętnie Ergardzie.
//: W ty momencie obaj mężczyźni znaleźli się pod karczmą. Przywiązali konie w małej stajni i zamknęli furtę. Kiedy weszli do środka budynku przywitało ich miłe ciepło i dźwięk trzaskającego drzewa w kominku. Do tej pory czyszczący kufle karczmarz spojrzał po przyjezdnych. Rozpoznał kruczy pancerz u ciemniejszego.
-Witam szanownych panów z Bractwa. Dawno tu nie gościłem waszych członków. Pewnikiem zmęczeni panowie, podać coś? - wyprostował się i spytał uprzejmie.
-Dwa pokoje dobry człowieku. I dwa kufelki zimnego piwa. W gardzielach nam na trakcie zaschło drogi karczmarzu.
-Już się robi. Clari, przygotuj pokoje panom. Ale migiem! - zakrzyknął do młodej dziewczyny oberżysta. Młode to, a czasem jakie jurne. Mówię wam, jakem również młody był to nawet cieszył żem się, że to jeno kobita będzie, zawsze jakaś pomoc. Ale czasem mimo wszystkiego dobrego co czyni ta niewinna duszyczka to żałuję iż nie mam jakiego chłopa do pracy.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej