Tereny Valfden > Dział Wypraw
Tajemnice Starożytnych - Ostatnia Krew
Patty:
Przez chwilę oglądałam w podziwie deszcz meteorytów. Nie co dzień można obserwować takie zjawisko, w szczególności z bliska. W międzyczasie ściągnęłam z pleców tarczę i dobyłam broni. Odetchnęłam głęboko i razem z innymi rzuciłam się w wir bitwy. Pobiegłam sprintem, w czerni nocy wypatrując wrogów. Płomienie i lawa dostatecznie ułatwiły mi zadanie. W biegu huknęłam jednego z wojowników zgromadzenia tarczą w twarz, powalając go na ziemię. Dobiłam go potężnym sztychem, pozbawiając życia. Wyprostowałam się, niemal od razu odpierając atak następnego wroga. Zasłaniałam się tarczą, doskonale wykorzystując wszelkie jej atuty. W bitwie sprawdzała się doskonale. Ustawiłam osłonę pod nieco innym kątem, następne uderzenie wroga wybiło go z rytmu. Wtedy cięłam potężnie zza tarczy, rąbiąc po twarzy, przeciwnik zalał się krwią, padając na ziemię. Uśmiechnęłam się zwycięsko, nacierając na kolejnego członka zgromadzenia. Tarczą odbiłam górne cięcie, sama wyprowadzając układ ciosów. Człowiek osłaniał się mieczem, wyraźnie tracąc siły. Powtórzyłam niedawno wykorzystaną sztuczkę. Odbiłam pchnięcie wroga, wybijając go z rytmu. Gdy cofnął się, przez chwilę nieosłaniany, uderzyłam go potężnie tarcza. Ogłuszony, nawet nie próbował się osłaniać. Zimna stal wgryzła się w jego gardło, chlusnęła struga gorącej krwi.
92/130
Dragosani:
Flamel chwycił oba kielichy. Jeden wepchnął do swej sakwy, drugi zaś podał Aragornowi. A co, trzeba być hojnym! Szczególnie gdy dzieli się nie swoje. Młody mag wybiegł następnie z kaplicy, ściskając różdżkę i wypatrując ochotników do jej wypróbowania. W międzyczasie pobrał nieco mocy i wyszeptał zaklęcie Wietrznej Aury, by nie oberwać zbłąkaną strzałą. Gdy wypowiedział inwokację, wokół niego zawirował wiatr. Teraz był w pełni gotów do walki. Rozejrzał się po terenie opactwa. Ludzie w nim stacjonujący, zaalarmowani wrzaskami i odgłosami bitwy, wybiegli na dziedziniec. Flamel upatrzył w jednym z nich swój cel. ÂŻołdak chyba też go ujrzał, gdyż wrzasnął coś do towarzyszy i napiął łuk do strzału. Wystrzelił i nawet by trafił, gdyby nie Aura maga. Zeleris pobrał nieco mocy i posłał ku mężczyźnie psioniczny pocisk, celując w twarz. Kinetyczna moc pocisku nie była zbyt wielka, lecz wystarczyła by oszołomić na chwilę człowieka i złamać mu nos. Flamel nie czekając wycelował weń różdżka i wypowiedział słowo aktywujące.
- IGOI! - ognista kula wystrzeliła z końca różdżki i poleciała do celu. Rozbiła się o twarz wojownika, zadając mu dotkliwe poparzenia i podpalając włosy. Mężczyzna ryknął w bólu i padł na ziemię. Zeleris doskoczył do niego, wyszarpując sztylet z pochwy i wraził mu go w oko. Wyciągnął ostrze i oddalił się od zwłok, by nie narazić się za bardzo na atak innego wroga.
Lindangol: Wietrzna Aura, Psionika.
91/130
Eric:
Na niebie rozbłysły kolejne światła. Tym razem były to błyskawice. Zadziwieni wojownicy padali martwi na ziemię, zapewne nawet nie orientując się co ich tak naprawdę pozbawiło życia. Diomedes po raz kolejny zadumał się nad mocą magów. Gordian nie był w końcu mistrzem gildii bez powodu. Przy nim Zeleris był jedynie skromnym magikiem. Diomedes jednakże nie miał wiele czasu na rozmysły - w końcu wrzała bitwa, czego nie dało się nie zauważyć. Kruk sprintem przemieszczał się między poniszczonymi namiotami, unikając wykrycia. Chciał, w miarę możliwości, atakować wojowników zgromadzenia z zaskoczenia. Tym razem udało mu się to. Zobaczył biegnącą grupę przeciwników. Nie wychylając się czekał aż się zbliżą. Dystans zmniejszał się szybko, to też Diomedes wyskoczył prosto przed zaskoczonych wojowników, uderzył jednego z nich pięścią w podbródek, a drugie kopnął mocno w przeponę. Obaj zwalili się na ziemię, a Diomedes nie czekając długo przebił obu zgromadzeniowców. Ostatni, którego Kruk nie zauważył na początku, rzucił się do ucieczki. Diomedes podążył za nim w szybkim sprincie. Widząc, że nie uda mu się już dogonić tchórzliwego wojaka, sięgnął po drugi miecz, który miał na plecach i cisnął nim prosto w plecy uciekającego zgromadzeniowca. Ostrze przebiło go na wylot, zabijając na miejscu. Diomedes podbiegł do truchła, wyciągnął z niego miecz, otarł go starannie z krwi i z powrotem włożył do pochwy na plecach.
88/130
Istedd:
Popędzon z tłumem, dopełniwszy miary, katownie widząc, słysząc i czując czuł się do ściany przygnieciony tłuszczą ciał, metalu, krzyku, posoki i niepojętej mu wrzawy. Tu uderzyła strzała! Tam miecz hełm z łbem przecinał na dwoje! Tam znów uderzał piorun, a krzyk niemiłosierny i huk rozsadzał mu nieco podpitą i zlaną potem głowę. Jakimś cudem zdołał wyciągnąć miecz i schylić się przed ciosem jakiegoś oponenta, którego miecz napotkał na tarczę sojuszniczego wojaka. Ten to obalił go, jednak nie zabił, zmuszony do parowania ciosu z prawej. Ergard widział, jak leżący wyciąga nóż z cholewy i szykuje się do szyderczego, podstępnego i niehonorowego ciosu w nogi. Nie mógł smagnąć mieczem, czuł, jak drżały mu dłonie. Kopnął tamtego w dłoń i poprawił w twarz. Wstąpił w niego gniew, że tak marna istota człowiecza ośmieliła się podnieść rękę na jego wybawcę anonimowego, który walczył przy nim. Zdzielił kopnięciem tamtego jeszcze dwa razy, po czym miecz jego, wyciągnięty nadal napotkał silne uderzenie oponenta. O mało nie wypadł mu z dłoni, a Istedd zachwiał się i cofnął. Jeden ze zgromadzonych uśmiechał się dość paskudnie i zadał drugi cios, tym razem proste cięcie w głowę. Ergard, miecz trzymając oburącz odbił cięcie i sam zadał kontrę, prowadzony wyćwiczonym na treningach ruchem - jednym z naprawdę niewielu, które znał. Przeciwnik sparował to bez problemu, ale gdy Adaven powtórzył cios nieco pewniej, szybciej i silnej musiał zwiększyć dystans. Moczymorda wiedział, że na dłuższą metę przegra. Musiał zakończyć to szybko, póki dłonie, wiedzione impulsem adrenaliny i gniewu były jakoby rękawicami pancernymi. Zdał wrogowi pchnięcie, które przerodziło się w cięcie. Miecz oznaczył skórę wroga, który warknął jak wilk. Zadał cios naszemu pijaczynie, ale ten potknął się i nieco na bok uleciał, przez co wyratował się bez gardy. Pchnął mocniej i dopomógł sobie ciosem pięści. Tak jego przeciwnik zwalił się z nóg trzymając się za ranę przy szyi, gdzie pierwej raz miecz nieco skórę zaznaczył.
- Litości! - jej jednak nie było w strachu, gniewie. Nikt tu na pardon nie walczył, ale na krew, chwałę i łzy.
87/130
Eric:
Diomedes odetchnął krótko i odwrócił się na pięcie. Zobaczył strzałę lecącą prosto na niego. Dzięki nadzwyczajnemu refleksowi udało mu się przed nią uskoczyć. Zaraz po niej nadleciały dwie kolejne, równie celne co poprzednia. Diomedes wypatrzył nieszczęsnego łucznika. Zaszarżował na niego nie tracąc opanowania. ÂŁucznik w panice wystrzeliwał strzałę po strzale, jednakże jego drżące ręce mocno odbiły się na celności strzałów. Diomedes bez trudu unikał pocisków, ba! Niektóre udało mu się wyłapywać w ręce. Gdy już dostatecznie skrócił dystans łucznikowi zabrakło pocisków. Zgromadzeniowiec w panice wyciągnął miecz i rzucił się do ataku. Na jego nieszczęście - potknął się o kamień i tracąc równowagę zatoczył się prosto na Diomedesa, który uderzył go mocno w twarz knykciami palców. Wykopał miecz z rąk łucznika i począł okładać go pięściami po twarzy. Obita morda przeciwnika nie wyglądała najlepiej. Runął on na ziemię i stękał z bólu. Diomedes kończąc jego cierpienia, dobył miecza i przebił go finezyjnie swym pokrytym krwią ostrzem.
86/130
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej