Tereny Valfden > Dział Wypraw

Tajemnice Starożytnych - Ostatnia Krew

<< < (33/45) > >>

Lees:
-Prowadź szefie, uwielbiam takie wycieczki. - powiedział Lees i podszedł do Aragorna.

Anette Du'Monteau:
-Ja się chętnie wybiorę. Nie zostawię cię samego sir. - zgłosił się mauren.

Dragosani:
- Rozumiem. - stwierdził Zeleris. Przyjrzał się kolejno kobietom. - Takż eto, że teraz, po śmierci Angelosa domu już nie macie. - dodał. - Poniekąd z naszej winy. - dodał z uśmiechem. - Hmm... jestem w stanie jednej z was zapewnić dach nad głową, wyżywienie i takie tam. - rzekł po chwili. Spojrzał jeszcze raz na kobiety.
- Ty. - wskazał jedną z ludzkich kobiet o kruczoczarnych włosach. - Jak masz na imię? - zapytał.  
- Savara. - odpowiedziała po chwili. Flamel rzucił okiem na Zeyfara i jego "wybrankę".
- Zatem, droga Savaro. Jeżeli wyrazisz zgodę, przyjmę cię do swego domu. - rzekł.
- O... oczywiście, panie. - odpowiedziała niezbyt śmiało. Zeleris machnął ręką.
- Jaki tam "panie". Po prostu Zeleris. - odparł i wyciągnął do niej dłoń. Dziewczyna podbiegła uśmiechając się ładnie. Słysząc słowa Aragorna chwycił ja niespodziewanie za rękę i ruszył za towarzyszami by dorwać się do skarbca.

Anette Du'Monteau:
-Dobrze postępujesz Zelerisie. - rzekł Zeyfar. Ja uznaje zasadę, że nikogo nie można mieć na siłę czy nawet posiadać. Cenniejsza jest taka osoba, która z własnej woli jest z Tobą. - mówił kapitan spoglądając to na Lattai to na Zelerisa.

Istedd:
Posłyszawszy słowa maga ogarnął go lekki wstyd. Nie dlatego, że ze względu na nieznajomość Kruczego Bractwa, nie mieszał się w to, ale dlatego właśnie, że nie pomyślał chociażby o pozamykaniu otwartych oczu martwych. Miecz przewiesił przez plecy. Ten ciężar, który napierał mu na plecy zaczynał maleć i stawać się mniej wyczuwalnym. Ergard czuł inny ciężar, który podźwignął w dłonie. Ciężar zabitego człowieka, którego historia dobiegła końca. Każdy, który poległ tutaj skończył, a może rozpoczął właśnie swoją drogę? Wiara Istedda była jego sprawą. Mimo to, nie krępował się z uszanowaniem zwłok poprzez ułożenie je na stosach. Krążący i wyławiający z tego morza ciał i krwi wyglądali jakoby nocznice, upiory, albo nawet miecielnice. Mimo to, cały ten teatr nie był sztuczny. Krew była prawdziwa, ból i zmęczenie nie były maskami w teatrze, a trudy wyprawy naprawdę już teraz na twarzy wyczytać można było. Moczymorda (o dziwo) nie przeszukiwał sakiewek zabitych. Był dziwnie milczący i nieobecny, jak również niezwykle blady i posępny.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej