Tereny Valfden > Dział Wypraw
Tajemnice Starożytnych - Ostatnia Krew
Mogul:
Walka... wojna... bitwa... rzez... masakra.. rzez... coraz to nowe okreslenia nachodzily chlopakowi na mysl opisujac sytuacje ktora miala miejsce. kazde nowe okreslenie z kazdym uderzeniem ktore bylo coraz silniejsze. ocian wiedzial ze nie powinien tego robic ale bawil sie przeciwnikiem. napawal sie jego strachem, czul jego slabniecie... chlopak w koncu po jakies chwili postanowil skonczyc walke. nie uderzyl tak samo jak poprzednio lecz pchnal go w lewe pluco... trafilo. uslyszec mozna bylo charkniecie, dlawienie sie krwia, duszenie... wyciagnal ostrze i od razu doskoczyl do kolejnego przeciwnika. tutaj nie zamierzal sie bawic. chcial napic sie krwi. chlopak zastanowil sie jak wytracic bron z reki opponenta. poczekal na jego atak. ten cial z ukosa, nie bylo jak wytracic ostrza wiec chlopak zrobil unik. wrog probowal pchnac go w brzuch. tu popelnil blad. chlopak lekko odskoczyl, zawirowal bronia i dopial swego. uciol wrogowi dlon. nie czekajac na reakcje doskoczyl do jego szyi i wbil swe ostre kly w gardziel. chlopak odzyskal w ten sposob sporo energii...
-2 prosze odjac
Istedd:
Cios jednak nie nadchodził. Resztki ludzi zgromadzenia ostawały właśnie wyżynane jak bydło. Próbujący wycofać się z bitwy i ratować tym sposobem życie wpadali pod miecze. Bici niemiłosiernie bronili się jednak z rozpaczą, nieraz jako zwierzę do rogu zagnane gryźć potrafi. Rozejrzał się jeszcze raz, tym razem w poszukiwaniach jakiegoś towarzysza; twarzy, która bardziej mu się zarysowała w myśli. Nie dostrzegł jednak kogoś takiego, a bynajmniej dostrzec nie potrafił. Splunął. Zdziwił się, że ślina koloru była wiśni. Jęknął głucho. Zaczynał czuć skutki walki i ból odzywał się. Rozdarł szatę jednego z leżących trupów, przy czym odruchowo sprawdził, czy tamtego trzos czasem nie jest ciężką sakiewką opatrzony. Widocznie żołdak stracić musiał pieniądze, bo nie miał ich przy sobie. Przynajmniej jednak zdołał opatrzyć ranę fragmentem ubrania tamtego. Niespodzianie jeden z oponentów, który wyrwał się z pierścienia przeciwników gnał ku nim co sił. Trzymał miecz, acz w stanie takiej paniki, w jakiej był uciekający raczej ów kawał żelastwa nie był groźny Ergardowi. Ten ostatni już raz, obiecał sobie w duchu uniósł miecz, nabrał zamachu i ciął okrutnie, bez jakiejkolwiek finezji w szyję tamtego. Miecz nie odciął głowy, wszystek winą trzymającego. Utknął jednak głęboko... Krew chlasnęła w powietrze, a ciało tamtego opadło bezwładnie na ziemię. Ostatnim odgłosem, jaki przewinął mu się przez zapełniony obrzydliwymi widokami walki było gulgotanie. Wyciągnął miecz, dość chwiejnym krokiem oddalił się z tego miejsca. Starał się unikać pojedynkujących się, ale jednakże cały czas pola walki nie opuszczał. Wrzawa bitewna zaczynała bardzo powoli słabnąć, wedle jego opinii Dies Irae nastąpił i skosił tu tyle głów, ile kufli piwa wypił.
24/130
Vitnir:
Aerandir nie musiał szukać wroga, wróg znalazł niego. Zdziwił go zapał jaki pałał w atakującym go człowieku, zadawał cięcia z lewej z prawej. Wampir nie chciał przerywać zabawy, której dostarczał mu przeciwnik, jednak ciągłe bloki po pewnym czasie się nudzą. Przy następnym ataku zablokował cios odpychając wroga w tył, po czym kontratakował uderzając w dłoń przeciwnika, który nie zdążył podnieść broni, by dalej walczyć. Ostrze wypadło ze słabnącego uścisku. Wampir nie czekając chwycił przeciwnika za gardło i podniósł Go w górę, uchylił wolną dłonią maskę i wgryzł się w szyje wroga. Upijając nieco krwi rzucił człowieka na ziemie, który powoli krztusił się krwią. Aerandir ruszył na następnego, ten znalazł sobie kont mierząc z łuku. Wampir biegł ukośnie w stronę wroga, ten zdołał wystrzelić jedną strzałę, gdy Aerandir skoczył w jego kierunku, odbił się nogami od klatki piersiowej przeciwnika i wylądował o dwa metry przed nim robiąc dla pokazu młynek mieczem. Obrońca padł na ziemie, zdołał się podnieść i wyciągnąć miecz. Wampir zadał cios, który napotkał ostrze przeciwnika. Ostrza skrzyżowały się, wampir zaczął nacierać mieczem co poskutkowało zawirowaniem oręża. Po jednym takim kółku dłoń obrońcy nie zdołała dalej udźwignąć takiego ciężaru. Miecz wyleciał w górę, pozbawiając człowieka obrony, co skończyło się przebiciem jego gardła.
22/130
Hagmar:
-IGOI! Kolejny pocisk i kolejny trup. To było za proste, ale jakie efektowne i zabawne.
-IGOI! I kolejny, który? Aragorn przestał liczyć kilka trupów wcześniej, na placu zaczęło zbyt intensywnie śmierdzieć spalonym ludzkim mięsem...
4/130
Eric:
Diomedes wpadł między grupkę wrogów liczącą dokładnie cztery jednostki. Wykrzywił usta w szyderczym, okropnym uśmiechu i rozpoczął taniec ostrza. Natarł z obrotu na troje z nich, trafiając tylko jednego z nich, lekko przecinając brzuch. Kropelki krwi padły na udręczoną rzezią ziemię. Diomedes pchnął mocno, lawirując pomiędzy wojownikami. Cios został sparowany, więc Kruk musiał szybko przemieścić się na jakieś inne miejsce, coby go szybko nie dopadli. Sparował dwa ciosy, wykonał szybki pół obrót i odciął głowę jednemu ze zgromadzeniowców. Krew trysnęła na wszystkie strony, a głowa posłana siłą cięcia ku górze spadła, uderzając donośnie o ziemię. Diomedes trzymał gardę zasłaniając się przed kolejnymi dwoma ciosami. Zataczał lekkie półkole, cały czas pozostając w ruchu. W końcu pchnął jednego przeciwnika od tyłu, wykręcając nadgarstek. Zostało już tylko dwóch, zdruzgotanych wojowników. Gdyby mogli, pewnie by się poddali. Honor jednak nie pozwalał im na takie godne pożałowania zachowanie. Diomedes od razu poczuł do nich szacunek, co jednak nie mogło zmienić jego zamiarów. Ruszył w ogromnym pędzie na szyk przeciwników, rozdzielając ich, i chlastając jednego pięścią prosto w twarz. Kruk obrócił się i uskoczył zwinnie przed pchnięciem, a potem kopnął kolanem schylonego przeciwnika prosto w twarz. Wykonał zręczny, finezyjny obrót i ciął przez ramię jednego z wojowników. Krew znów trysnęła na umęczoną ziemię. Diomedes już miał dość jej widoku, dość zapachu gnijących ciał, dość tej bitwy. Jednakże nie mógł przestać walczyć. Musiał, dla dobra bractwa, dla dobra swych kompanów, dla dobra swego brata i dla dobra świata. Zgromadzenie Angelosa było niebezpieczną organizacją, nawet bez swojego władcy, który dawno już wąchał kwiatki od spodu. Diomedes kończąc swoje dzieło rozciął szyję przeciwnika jednym prostym cięciem i obrócił się na pięcie, natychmiastowo parując cios ostatniego przeciwnika. Stal szczęknęła donośnie, a Diomedes odbił w bloku broń przeciwnika i zwinnie przeskoczył w prawo tnąc po żebrach. Wojownik skulił się, zasklepiając ranę ręką, ale nadal bronił się przed ciosami Diomedesa. Kruk miał jednakże ułatwioną sprawę, więc kopnął, podcinając nogi przeciwnika i uderzył go mocno barkiem. Zamachnął się z obrotu, jednakże o dziwo przeciwnikowi udało się jeszcze unieść broń do bloku. Diomedes uskoczył na prawo i znów ciął po żebrach. Wojownik padł na ziemię i pojękiwał cichutko z bólu. Kruk nie chcąc już dłużej przypatrywać się cierpieniom przeciwnika, chwycił miecz i zakończył jego żywot prostym cięciem. Miecz. To on decydował o życiu i śmierci. I w tej sytuacji ta kwestia była od niego zależna. Diomedes machnął lekko mieczem, z którego zleciały kropelki krwi. Patrzył na pogorzelisko z obrzydzeniem. W ustach czuł kwaśny smak. Od tego wszystkiego robiło mu się nie dobrze. Bitwa była okropna, brutalna i bezlitosna. W niczym nie podobna do poprzedniej, która skończyła się stosunkowo szybko. Ciała zdobiły teren prawie tak gęsto jak drzewa las. Diomedes zaklął cicho pod nosem, rozmasowując nadwyrężone ramię. Mimo wszystko bitwa zbliżała się ku końcu, co można było zobaczyć i po coraz liczniej zdobiących ziemię ciałach. Diomedes zaklął ponownie i splunął.
0/130
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej