Wampir oparł się plecami o mur budynku. Mur był ciepły. Ogień trawił i palił wszystko co znalazło się na jego drodze. Rozejrzał się. Obok niego, pod murem stały sągi drewna, siekiera, piła. Domownicy przygotowywali się do zimy. Przygotowywali opał, aby ciepło ognia ogrzewało mury ich dworu. Nie przypuszczali, jak ogień może na prawdę rozgrzać... Gunses wbił mecz w jedną z bali po czym założył na głowę i zawiązał rzemienie maski, tworząc nieprzebitą kurtynę dla słońce. Wyciągnął zza pasa rękawicę. teraz już tylko jedną. Kiedyś te czarne i długie do łokcia rękawice, stworzone z alistru i skóry zdobiły obie dłonie Wampira. Kiedy... Teraz lewą dłoń zdobił szpon. Taki obcy. Taki inny. Taki szpetny. Ale taki swój, naturalny i potężny. Gunses naciągnął więc samotną rękawicę na prawą dłoń. Ujął doń miecze. Wampir osobiście pokrywał rękojeść skórą bazyliszków i rzemieniami, mającymi co 2,5 cm supeł. Rękawica nawet jeśli pokryta rosą czy wodą nie miała prawa ślizgać się na rękojeści, a to dawało wielką przewagę Wampirowi. Gunses wyszedł na pole bitwy, pośród pogorzeliska widział horror, dramat, istne piekło. Widział jakoby energię uchodzącą z martwych ciał. Często była czarniejsza niż smoła. Była formą dymu o ludzkich kształtach. Wiele z nich pokrywał ogień. Wiele było w okowach. Gunses pamiętał co mówił Isentor, a mówił iż Wampir może teraz dostrzegać świat astralny, świat duchów i zjaw. I teraz to widział. Duchy bandytów, te czarne zmory zapadały się pod ziemię. Z wielkim krzykiem i przerażeniem. Niektóre próbowały uciekać, te płonące. Ale w ślad za nimi rzucały się chmary czarnych wygłodniałych psów. Psów, które szarpały i rozdzierały dusze, które zadawały jej nieustający ból. Czuć było od nich moc pana świata zmarłych. Rasher. To jego wysłannikami były owe upiorne psy, które miały zatrzymać i przytargać potępioną duszę przed jego oblicze. Gunses do tej pory nie widział podobnych scen. Wiedział jednak, że bestie te, nie widoczne dla innych ani nie widzące same żywych, dopóty nie są groźne, dopóki nie ukażą się jawnie w naszym realnym świecie żywych. Gunses, choć połączony szponem z astralnym światem był częścią żywego świata, nie był więc otwarcie narażony na atak istot astralnych, póki te istniały tylko w swym świecie. Czyżby?
Wampir szedł dalej. Liczba bandytów drastycznie zmalała. Gunses kroczył dalej. Tuż przed nim twarzą do ziemi leżał człowiek z przestraszonym strzałą płucem.
- Strzała Aragorna - rzekł cicho Wampir - Dobry strzał. Powolna i bolesna śmierć - rzekł niekryjący zadowolenia ze strzału kompana stojącego gdzieś tam, daleko na wzgórzu. Bandyta grzebał w ziemi zaciskając i prostując palce. Łkał z twarzą w trawie. Wampir obracał miecz w dłoni. Nie patrząc na człowieka obok skierował miecz ostrzem w dół i przyklękując na kolano wbił ostrze po połowę w serce człowieka. Przekręcił. Człowiek skonał. Jednocześnie czarne upiorne psy dostrzegły nowego zmarłego i rzuciły się w pościg za jego duszą, która chciała oszukać swój los i uciec przed męką. Wampir nie oglądał się za siebie, gdy demoniczne psy przebiegały obok niego. Usłyszał tylko mentalny krzyk rozszarpywanego ducha. Wampir skoncentrował się na świecie realnym, tamten drugi zagłuszył w sobie. Na placu pozostali bandyci. Jeden z nich, oszalały i zdekoncentrowany rzucił się w szaleństwie w stronę Cadacusa. Nieśmiertelny widział strach i łzy w oczach człowieka. Wiedział, że tamten pogodził się ze swym losem. Atak rozdygotanych rąk, drżący miecz, chybiony cios. Wampir nie popełnił takiego błędu Odwrócił się w przeciwnym piruecie. Ciął szybko i delikatnie. Pod ucho. W tętnice. Krew rozlała się po ziemi. Oczy bandyty gasły długo...
21/4/25