Forumowy system RPG "Marant" > Dracoński teleport

Zapisz się do gry Marant

<< < (119/127) > >>

Leonard:
Leonard od dziecka marzył o bogactwie i zasłynięciu w szerokim świecie jako wspaniały wojownik. Jako młody chłopak zawsze myślał, że spełnienie tych marzeń będzie proste. Wystarczy przecież trochę dobrych chęci, a bogowie na pewno będą mu sprzyjać. W pewnym momencie coś jednak poszło nie tak. Mauren trafił na plantację kakao i zaczął tam dorywczo pracować. Początkowo chciał tam pozarabiać tylko przez kilka tygodni, a potem ruszyć w dalszą podróż. Niestety, życie miało wobec niego innego plany. Ostatecznie mężczyzna spędził tam pięć lat. O pięć lat za długo. Robota była ciężka i płaca kiepska, ale lepszych perspektyw nie było. Po pierwszych dwóch latach, widząc jak nierealne były jego dawne marzenia, Leo zaczął zaglądać do butelki. Dzisiaj Leonard jest dwudziestoparoletnim alkoholikiem bez wykształcenia i szans na lepsze jutro, który w dodatku musi pracować na czarnucha dla jakiegoś bogacza by nie zemrzeć z głodu. Ale koniec z tym! Tego wieczoru mauren pozwalał sobie na coraz to odważniejsze myśli. W miarę jak ubywało wódki w jego butelce, do głowy Leo napływały coraz to śmielsze pomysły. Przecież musi być jakiejś wyjście z tej sytuacji! Gdy flaszka została już całkiem opróżniona, ostateczna decyzja została podjęta. Leonard podniósł się z ławki i ruszył w stronę portalu na wyspę Valfden zostawiając dawne życie za sobą. Nadszedł czas, by zawalczyć o lepsze jutro!

Rikka Malkain:

--- Cytat: Leonard w 29 Marzec 2019, 15:42:45 ---Leonard od dziecka marzył o bogactwie i zasłynięciu w szerokim świecie jako wspaniały wojownik. Jako młody chłopak zawsze myślał, że spełnienie tych marzeń będzie proste. Wystarczy przecież trochę dobrych chęci, a bogowie na pewno będą mu sprzyjać. W pewnym momencie coś jednak poszło nie tak. Mauren trafił na plantację kakao i zaczął tam dorywczo pracować. Początkowo chciał tam pozarabiać tylko przez kilka tygodni, a potem ruszyć w dalszą podróż. Niestety, życie miało wobec niego innego plany. Ostatecznie mężczyzna spędził tam pięć lat. O pięć lat za długo. Robota była ciężka i płaca kiepska, ale lepszych perspektyw nie było. Po pierwszych dwóch latach, widząc jak nierealne były jego dawne marzenia, Leo zaczął zaglądać do butelki. Dzisiaj Leonard jest dwudziestoparoletnim alkoholikiem bez wykształcenia i szans na lepsze jutro, który w dodatku musi pracować na czarnucha dla jakiegoś bogacza by nie zemrzeć z głodu. Ale koniec z tym! Tego wieczoru mauren pozwalał sobie na coraz to odważniejsze myśli. W miarę jak ubywało wódki w jego butelce, do głowy Leo napływały coraz to śmielsze pomysły. Przecież musi być jakiejś wyjście z tej sytuacji! Gdy flaszka została już całkiem opróżniona, ostateczna decyzja została podjęta. Leonard podniósł się z ławki i ruszył w stronę portalu na wyspę Valfden zostawiając dawne życie za sobą. Nadszedł czas, by zawalczyć o lepsze jutro!

--- Koniec cytatu ---

Zostałeś przyjęty do gry, zaś po przejściu przez portal twoim oczom ukazała się polana i mieniący się w oddali obraz miasta Efehidonu.

Jentis:
Przy stole, nad lichym ogarkiem siedziała postać w której trudno na pierwszy rzut oka doszukać się niewieścich cech. Spożywała pajdę chleba cienko okraszoną omastą o śladowej ilości słoniny. Do tego miast sytnego piwa, dano jej szczyny które nawet obok chmielu nie stały. Wydawała się być niewzruszona gadką rozentuzjazmowanego jegomościa wokół którego zgromadziło się już spore wiano słuchaczy. Pozornie, bowiem z każdym gorzkim łykiem trunku, wchłaniała słowa mężczyzny o utraconym raju, koniec końców wydającym się niedostępnym.
Nie na długo, gdyż w progach staną posłaniec ze szczęśliwą nowiną. Zbieg okoliczności? Znak od losu? Wszak jemu nie warto się sprzeciwiać bo i tak Cię dopadnie.

Rikka Malkain:

--- Cytat: Jentis w 13 Maj 2019, 22:28:47 ---Przy stole, nad lichym ogarkiem siedziała postać w której trudno na pierwszy rzut oka doszukać się niewieścich cech. Spożywała pajdę chleba cienko okraszoną omastą o śladowej ilości słoniny. Do tego miast sytnego piwa, dano jej szczyny które nawet obok chmielu nie stały. Wydawała się być niewzruszona gadką rozentuzjazmowanego jegomościa wokół którego zgromadziło się już spore wiano słuchaczy. Pozornie, bowiem z każdym gorzkim łykiem trunku, wchłaniała słowa mężczyzny o utraconym raju, koniec końców wydającym się niedostępnym.
Nie na długo, gdyż w progach staną posłaniec ze szczęśliwą nowiną. Zbieg okoliczności? Znak od losu? Wszak jemu nie warto się sprzeciwiać bo i tak Cię dopadnie.

--- Koniec cytatu ---

Zostałaś przyjęta do gry, zaś po przejściu przez portal twoim oczom ukazała się polana i mieniący się w oddali obraz miasta Efehidonu.

Kenneth:
W ciemnym rogu pomieszczenia, na podłodze siedział siadem skrzyżnym potwór. Monstrum. Ork. Siedział na podłodze bo śmieszne ludzkie krzesełka były za małe a stoliki za niskie. Siedząc na podłodze mógł się wygodnie opierać o stół i sączyć napój który nazywano tu piwem. Słysząc morrę starą jak na ich standardy i niewątpliwie bywałą w świecie podrapał się po brodzie. "Na przodków... Nowa kraina do podboju" Od razu skarcił się za tę myśl. Mieszkał wśród ludzi od ponad 20 lat, a jednak nie wyzbył się terytorialnych odruchów swoich pobratymców... A może to właśnie od ludzi się go nauczył? Z rozmyślań oderwał go kolejna, tym razem denerwująco skrzecząca morra. Portal do krainy o której opowiadał starzec otworzył się i to niedaleko. Zbieg okoliczności? Znak od przodków? A może kuszenie Krushaka? Kenneth uśmiechnął się do tych myśli. Tym razem nieistotne. I tak zamierzał zmienić siedzibę. W tym mieście cech kowali zaczynał się robić nerwowy. Jeszcze kilka miesięcy i pewnie spaliliby jego kuźnię. Tak jak zrobiono to w poprzendnim mieście. Tym razem Kenneth był mądrzejszy. Sprzedał kuźnię cechowi. Pomacał woreczek z grudkami surowej magicznej rudy który uzyskał za 5 lat krwi i potu. Było warto? Nieważne. Czas na nowe wyzwanie. Podniósł dzban z piwem do poznaczonej bliznami twarzy i jednym chaustem wypił całą zawartość. Położył jedną złotą monetę na stole i przykrył ją pustym dzbanem. Sprzątająca morra zasługuje na nagrodę za swą pracę. Zapluta morra karczmarz już dostała swoją zapłatę. "Czas w drogę." powiedział sam do siebie, poprawiając pas z Ulu-Mulu i zarzucając plecak z narzędziami po czym chwiejnym krokiem ruszył w kierunku w który już biegli inni awanturnicy.
(wszelki ekwipunek opisany w tym poście jest tylko dla celu urozmaicenia opowiastki, nie ma konieczności, żebym rzeczywiście to posiadał po przejściu)

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej