Tereny Valfden > Dział Wypraw
Tajemnice Starożytnych II- Cichy zwiad
Hagnar Wildschwein:
-Kurwa jego mać!- wrzasnął krasnolud nurkując za sosnowym stołem. Gdzieniegdzie zaschnięta żywica tworzyła wariackie wzory, a łącząc się z innymi wyciekami powstawała cudowna rzeźba przypominająca statek kołysany przez fale do wiecznego snu pośród skał dna oceanu. Ledwie ostatni maszt padł na głębi kiedy dwa bełty już zagryzały paznokcie w wyczekiwaniu na zwolnienie mechanizmu. Wysłużona, wielokrotnie napełniana zapewnieniami o kresie swej pracy kusza krasnoluda osiadła w pewnych dłoniach Domenica. Tryby znały swe miejsce... Znały brodacza. Zaraz miały poznać przeciwnika. Szkło posypało się po podłodze po raz wtóry. Ciężkie buciory zadudniły na zewnątrz o kamienną podmurówkę karczmy. Z donośnym gwizdem i okrzykiem pełnym euforii i zapału oraz niezdrowej emocji ÂŁowcy zamierzali się do skoku.
-Krwi!- wrzasnął jeden z napastników zgrabnie przelatując nad framugą.
Nie mojej psi synu! pomyślał krasnolud i opierając się ramieniem o blat wymierzył kuszę w łapiącego równowagę ÂŁowcę Głów.
Młodzik, szkoda go... pomyślał zwalniając bełty... Te przemknęły odległość dzielącą Domenica od wroga w czasie szybszym niż mrugnięcie oka. Nie zdążyły nawet obwieścić swej obecności charakterystycznym świergotem. Płomień kominka tylko na chwile rozświetlił je niczym gwiazda najjaśniejsza by przed wyrokiem straszliwej śmierci mogły zaistnieć...
-O matko...- wyrwało się z ust człowieka, którego twarz została rozszczepiona przez dwa pociski z krasnoludzkiej kuszy.
Strzał dwoma pociskami
87 bełtów.
4\5
Elrond Ñoldor:
- To się, kurwa, robi ciekawie! - krzyknął elf w stronę krasnoluda. W tym momencie siedział za zwalonym stołem obok Aragorna. Był rozgardiasz, to trzeba było przyznać, tak samo jak i to że wrogowie nacierali, ani myśląc o kryciu się skoro przeciwnicy to właśnie robili.
- Qiiltuarishesh Arishesh, Izanisheshhu Ilish... Spróbujcie kurwa tego - mruczał elf pod nosem. W jego otwartej dłoni zmaterializowała się magia. Czarna kula nito płynu, nito gazu obracała się we wszystkich możliwych osiach. Elf na sekundę wychylił się zza stało. Ujrzał ogrom zniszczeń poczynionych przez krasnoluda i położenie bandytów. Wyprostował dłoń, a kula ze świstem, porywając ze sobą wszystkie śmiecie z innych stołów, wyrżnęła w najbliższego z bandytów trafiając w twarz. Gdy dym, wywołany uderzeniem opadł, dało się widzieć martwą tkankę, pogniłą, naznaczoną głębokimi bliznami. Gdy człowiek padł na podłogę, reszta jego towarzyszy stanęła jak wryta, by w kolejnej setnej sekundy ratować się ucieczką za stoły...
3/5
(Czar: Tchnienie ÂŚmierci)
Hagnar Wildschwein:
-ÂŁadnie, ładnie- powiedział rozjuszony krasnolud wyglądając zza rogu ławy. Kiedy spostrzegł, że napastnicy pierzchają za meble, nad którymi zapewne zapłakałby karczmarz pochwycił za odrzucone falą magiczną krzesło i posłał je za stół, za którym przypuszczalnie ukryci niczym szczury siedzieli ÂŁowcy głów.
-Parapapara, i'm lovin it!- zanucił pod nosem brodacz i podjął leżący pośród wszelkiego rupiecia topór. Zdążył szybkim ruchem wytrzeć ostrze z miodu i tłuszczu oraz kurzu obecnego wszędzie. Dopiero teraz jego cząsteczki osiadały na wszystkim wokół przypominając przyszłemu właścicielowi o porządkach, które wiszą nad nim jak... Jak topór krasnoluda nad jednym ze stołów bowiem Domenic zdążył się już przemieścić.
Stary Maciejasz powiedziałby, że stara lipa upadła pod naporem siekiery w wiekowym lesie. Poczułby to dzikie podniecenie i żałość związane z upadkiem drzewa, które umiłował jak i zielone lasy całe. Tak bowiem upadła służąca za marną zasłonę ława, za którą ukrył się złoczyńca pod ostrzem karła.
Oczy jego płonęły grozą i potężną chucią... Niezaspokojoną przez wieki i hordy. Tak bowiem wyglądał krasnolud doprowadzony do ostateczności. Dyszał ciężko mimo iż nie czuł zmęczenia. ÂŁowca też począł dyszeć kiedy zerwał się na równe nogi i drżącymi rękoma szukał miecza, którym mógłby się obronić. Ostrze zasyczało wyciągane z pochwy. ÂŁowca głów zasyczał w geście pojednania ze stalą, która to miała zatrzymać naturalny proces przemijania. Krasnolud zawirował. Cięcie spadło na prawy bark. Ukośne parowanie nadzwyczaj wprawnie wyszło władającemu mieczem. Szybko wyprowadzona kontra roztrzaskała się na trzonku toporzyska. Brodacz ruszył do szarży i przyparł wroga do ściany. Poroże jelenia osiadło błyskawicznie na deskach karczmy. Zęby siłujących się bestii zwarły się. Iskry sypały się z oczu, dym z uszu leciał nie lada.
Siła z jaką but zatrzymał się na pancerzu karła odrzuciła go kilka kroków w tył, a miecz wymierzony w pierś zmusił do kolejnych stąpnięć. Srebro świeciło się blado przyprawiając o najgorsze myśli. Domenic przełknął ślinę i wywinął się w swym ulubionym obrocie. Zdezorientowany ÂŁowca odskoczył nie wiedząc jak reagować na rozpędzony mithril.
-Szczerze powiedziawszy, trochę mnie poniosło- opowiadał Domenic siedząc za kuflem w karczmie w odległym Torgonie.
-Ostrza ni chuja nie widziałem spod ściany!- rzekł brodacz pociągając pienistego płynu koloru złota. Ku rykowi innych biesiadników.
Zagłębione po sam drewniany trzon ostrze tkwiło w ścianie, a sam trzon przyszpilił napastnika. Nie czekając długo brodacz dobył zza pasa sztyletu.
Nie hołduję temu, ale... dlaczego nie... pomyślał wbijając żelastwo w szyję ÂŁowcy głów.
2\5
Hagmar:
Aragorn siedział nadal za dębowym stołem, jednak nie z tchórzostwa jakby się mogło wydawać. Elf czekał na dogodny moment by użyć wcześniej przygotowanej runy, okazja nadarzyła się kilka sekund po tym jak Domenic zatapiał ostrze sztyletu w szyi ÂŁowcy, jeden z dwóch pozostałych przy życiu przeciwników zbliżał się do nie spodziewającego się ataku krasnoluda. W tym samym momencie Aragorn wstał zza stołu.
-Heshar! Wykrzyknął a kulę ognia rzucił w kierunku ÂŁowcy, ostatnią rzeczą jaką w swym krótkim i żałosnym życiu zobaczył ów człowiek była rozjaśniająca dość ciemne pomieszczenie jasna jak słońce kula. Sekundę później na ziemi leżał trup z zwęgloną i dymiącą pozostałością twarzy. Ostatni z żyjących ÂŁowców Głów otoczony przez dwóch elfów i krasnoluda, którzy bez większego wysiłku pokonali czterech ponoć najlepszych płatnych morderców na znanym świecie trząsł się jak galareta ze świńskich nóżek...
-Jest mój. Rzekł z niezwykłym spokojem, niemal bez emocji Aragorn. Powolnym ruchem wyciągając srebrny miecz z pochwy, przeciwnik w swej głupocie rzucił się na elfa z mieczem uniesionym w górę tak jakby chciał rozchlastać Aragornowi łeb, cios ten bez trudu elf sparował po czym od razu wyprowadził kontrę wykonując cięcie w lewy odsłonięty bok ÂŁowcy, srebrne ostrze wbiło się w stalową zbroję na tyle by zranić i zachwiać bandytą. Gdy przeciwnik był lekko zdezorientowany Aragorn lewą ręką chwycił przeciwnika za ramię zaś trzymanym w prawej ręce miecze wykonał pchnięcie, miecz dzięki temu że elf jakby przysunął ÂŁowcę do siebie wszedł w ciało aż po rękojeść kończąc tym samym żywot ÂŁowcy.
0/5
[Blok z odbiciem, Klasyczne pchnięcie, Pchnięcie, Srebrne Ostrze IV]
Elrond Ñoldor:
- Masakra - stwierdził elf opierając się o czysty kawałek ściany. W ręku trzymał potężny dzban miodu pitnego z którego raz po raz pił.
Ogólnie rzecz biorąc karczma była w rozsypce. Większość krzeseł była w rozsypce, stoły poprzewracane, pocięte, strzaskane. Garnce, miski, kufle, jadło, picie, wszystko wlało się po podłodze. Na dodatek siedem trupów. Karczmarz, bandyci i jakiś chłop zapewne zabity przypadkiem. A na to wszystko można by dołożyć krasnoluda mocującego się z toporem którego nie dawał rady wyciągnąć ze ściany...
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej