Forum dyskusyjne > Dyskusje na każdy temat

Evanger

(1/3) > >>

Roger:
Zamieszcze tu tylko Prolog i kawalek pierwszego rozdzialu, z prosba byscie ocenili troche tego tekstu i czy dalsza czesc ma sens.
Moze to wyglada kulawo, jednak ocencie.
Potem bedzie duzo watkow z gospodarka, ekonomia, strategia, taktyka, walka, polityka itd.


Prolog

  Nocą drapieżcy szukają pożywienia, a gdy je zobaczą, ich oczy zwężają się w skupieniu. Czekanie na dobry moment to podstawa, by potem zagłębić kły w niewinnym stworzeniu, by jego krew spływała po twarzy, a mięso pozowlilo żyć innemu stworu. Taki właśnie był Ethard, syn władcy Królestwa Ludzi Andgila IV. ÂŻadne słowo nie ukryło się przed jego słuchem, żaden zdrajca nie uciekł przed jego ostrzem. Jego ciało było zwinne i giedkie, jak u węża, a wzork przebijał największa ciemność.
  Gdy był mały, dowiedział się że jest pól-wapirem, gdyż wampirem był jego dziadek. Tego samego dnia poszedł na ulicę czarnej magii i odnalazł wampiry, które go uczyniły swoim. Mógł chować kły i pionowe źrenice u oczu kiedy chciał, jego skoki były wyższe niż elfów, a posługiwał się meiczem i łukiem lepiej niż Gwardia Królewska. Jego ojciec zaniepokoił się wtedy i powiedział ''Cóż za stworzenie siedzi w mym synie, wierni sludzy? Czyż jego moce nie są nadzwyczajne już w tym wieku? Jednak niepokoi mnie to, tak samo jak cieszy. Straż już go nie może zatrzymać by gdzieś poszedł, a ostatnio groził mi śmiercią za to że nie pozwoliłem mu wyruszyć ze mną, na wyprawę przeciwko orkom. Coś go opętało i muszę zrobić to dla jego dobra...''. Wtedy rozkazał dwudziestce najlepszych rycerzy, zamknąć go w lochach. ÂŻałował, gdyż to był jego jedyny syn, jednak odwiedzał go i starał się mu pomóc, przyprowadzając lekarzy, by stwierdzili co mu jest, jednak żaden z nich nie chciał nić powiedzieć gdy to odkrył, więc Andgil każdego kazał powiesić. Wściekły wyruszył cztery lata później na południe Republiki, gdzie sto tysięcy orków, zbierało siły. Ethard to wykorzystal. Gdy służba przyszła z kolacją, obezwładnił ich i strażnika. Z lubością zanurzyl kły w ich szyjach, jednak na tym poprzestał. Wziął od strażnika dwuręczny miecz i doszedł poza zamek, tajnymi przejściami.
  - Synu, czy ja cię nie znam? - usłyszał Ethard, idąc do miasta, za plecami.
  Tę słowa należały do jakiegoś starca, trzymającego mały sztylet i laskę.
  - Jako że ja cię nigdy nie widziałem, tak samo ty mnie, żegnaj poczciwy człowieku - tymi słowami chciał uciąć dyskusję i odejść, lecz starzec położył rękę na jego ramieniu.
  - Ethardzie, nadal jesteś po tylu latach życia głupim dzieckiem, by uciekać w lochów, gdy idzie wojna?
  Wtedy chłopak go rozpoznał. Był to Desor, jego dawny nauczyciel walki mieczem i wiedzy o wojsku. Jak nic, chwycił go w ramiona i uściskał jak brata, bowiem gdy był w lochach, usłyszał płotki że Desor zginał w potyczce z hersztem orków.
  - ÂŻyjesz, ty stary draniu... A ja myślałem żeś wyciągnął nogi przed orkami i spłonął na stosie w jednym z ich plugawych miast, gdzie leży również Akhor.
  - Czyżbym cię nie uczył, że wiara to jedną z najpotężniejszych sił?
  Tak gawędzili sobie jeszcze parę minut, zapominając o tym że stoją pośrodku poła, koło zamku w stolicy Królestwa Ludzi.
  - Uciekajmy synu, gdyż widzę dym unoszący się nad zamkiem!
  Tak było w rzeczywistości. Czarny dym unosił się coraz na większa skalę, a jego opary wiły się i robiły się coraz bardziej gęste.
  Szybciej niż pociągi krasnoludów, gnali obaj przez poła i lasy cztery dni i cztery noce.
  Po długiej wędrowce zobaczyli dym, unoszący się nad polami, tam też stali rycerze Królestwa. Nie zdążyli zrobić ni kroku, a strzały przebiły Desora, którego podtrzymał Ethard. Wtedy poprzysiągł zemstę na jego ojcu i wszystkich co mu służą.
  Tak uciekł na południe, z którego nigdy nie wrócił, a ja opowiem co tam się stało. Posłuchajcie tylko.



  Evanger zacisnął mocniej palce na swoich wiernych ostrzach i wstrzymał oddech.  Jego czarne włosy powiewały na wietrze, a czarna szata wzbijała się i opadła w  rytmie wichury. Dobrze zbudowane nogi zgięły się w kolanach, a ostrza wykonały w  jego rękach młynek, czekając niecierpliwię gdy będą mogły zanurzyć się w cielę  zbója. ÂŁowca nagrod pochylił się jeszcze trochę i spojrzał zza korony drzewa. Most był wciąż pusty, podobnie jak i ścieżka prowadząca do karczmy jego  przyjaciela Groma*.
  Wreszcie to się stało. Na moście pojawił się jakiś wysoki cień, a po chwili cały  zbój wynurzył się zza rogu i utykając na jedną drogę, przeszedł jakby nigdy nić  pod drzewem.
  - Twa klinga stała się czerwona od krwi, z dniem kiedy przestałeś być uczciwym  obywatelem Królestwa Ludzi i obrabowałeś wieśniaka - szepnął Evanger, skacząc  przed niego
  - Zejdź mi z drogi kmiocie, albo porachuję ci wszystkie kości!
  ÂŁowca Nagrod uśmiechnął się niewinnie i wysuwając zza rękawa, wcześniej ukryte  ostrza skoczył do napastnika. Szybkim ruchem prześliznął się mu pomiędzy nogami,  ominął miecz i zanim tamten się odwrócił, wbił mu ostrza w plecy.
  - Zaopiekuję się twoim złotem - szepnął mu jeszcze do uchą i wyjął mu z kieszeni  pięćdziesiąt sztuk złota, które ukradł wieśniakowi po czym zrzucił jego ciało w krater pod mostem.




Gdzie potem beda te rzeczy co mowilem? Zdradze. Nasz bohater bedzie mial dosc ze swoimi przyjaciolmi Impierum, po czym stworza wlasna kryjowke dla siebie, niezalezna od podatkow. Wtedy rozwienie sie ona w miasto, tym samym zaczynajac ciagla polityke, wyscig zbrojen wszystkich ras**, walke w gospodarca, architekturze itd.

* - Wiem, wiem nie mam glowy do imion to sciagam, ale juz niewielu co kieruja sie swoja zasada robienia imion fantasy
** - Ludzie (podzieleni), wikingowie, jezdzcy tygrysow, orki, taureny, nieumarli, krasnoludy chaosu, mroczne elfy, demony, krasnoludy, elfy, gnomy, rasy mityczne, wampiry, wilkolaki i duuuuzo innych

Roger:
Palce Evangera, unosiły się i opadały na ladę, w jednym i zgodnym rytmie. Jego oczy,zwężone niczym u jastrzębia, który nurkuję, by złapać swoją ofiarę w szpony, wpatrywały się w długie, czarne włosy Groma (właściciela karczmy i przyjaciela Evangera) opadały mu na twarz, a jego postrzępione ubranie barmana, dawało mu bardzo dziwny wygląd. Był on przywódcą wszystkich ÂŁowców Nagrod, jako że to była grupa, w której Grom przydzielał każdemu inne zadania. ÂŻaden z ÂŁowców Nagrod, w tych okolicach, nie działał pojedynczo. Obaj czekali właśnie na innych z ich fachu, którzy mieli już ponad godzinę temu, stawić się na zebranie w gospodzie. Minuty mijały nieubłaganie, a ich przyjaciół, nie było ani widać, ani słychać.
Wtem usłyszeli rzanie koni i stukot kopyt o podjazd karczmy, z których obaj wywnioskowali, że jedzie tutaj napewno więcej ludzi, niż tych, ilu powinno się zjawić.
Natychmiast, ich ręce powędrowały do rapierów i obaj zaczęli się skradać pod zamknięte drzwi, z których mogli zajrzeć przez klapę na zewnątrz.
Tak jak myśleli, to nie byli ci, których się spodziewali, tylko oddział Gwardii Królewskiej, który liczył sobie prawię setkę rycerzy o lśniących zbrojach przykrywających każda cześć ciała prócz twarzy, kapturach z kolczugi i czerwonych tunikach z herbem Królestwa Ludzi - gryfem. Wszyscy trzymali dwuręczne miecze, a na plecach nieśli ogromne kuszę bojowe. Ich konie przykrywały rożne królewskie materiały i zbroję, tak samo lśniące w promieniach księżyca, jak i zbroję ich panów.
- No dobra! - rozległ się donośny głos, dobrze znany każdemu, ponieważ należał do generała, który był najbardziej chciwy i podstępny że wszystkich - Zanim wyruszymy w dalszą drogę, spędzimy tutaj noc! Ja i czterech z was, poprosi o pokoje dla tych o większych stanowiskach. Spytamy się również właściciela, czy zdoła dać kolację wszystkim. Wyjmijcie z pakunków wszystkie kocę i co tam macie do spania, po czym rozłóżcie koło  ścian gospody i przy płocie. Pod tym największym drzewem, macie rzucić wszystkie bagaże. I na Boga, zaprowadźcie konie do stajni i każcie stajennym je umyć! ÂŚmierdzą gorzej niż ÂŚmiertelna Ulica, w naszym rodzinnym mieście i stolicy Królestwa Ludzi: Yvallu.
- Ale Panie... Jechaliśmy cztery dni na słońcu, bez postojów i z szybkim posiłkiem, który składał się że starego chleba i wody!
- Masz rację Mawirusie, ja sam nie czuję się po tym dobrze. Zaraz zamówimy porządna kolację dla wszystkich.
- Nie mamy złota.
- To co? Wkoncu nie jesteśmy żebrakami, czy chłopami uciekającymi przed pracą z pola, prawda? Coś się nam należy!
Evangerowi to wystarczyło. Skinął głową do Groma, który zaczął wycierać szmatką butelki za ladą, jakby nigdy nic, a Evanger narzucił na głowe kaptur i usiadł przy stoliku obok, jako że każdy go bardzo dobrze znał.
- Witam chłopi! - krzyknął generał Granrok, otwierając kopniakiem, drzwi karczmy. Jego biała broda i łysina, była przykrytą pod hełmem, lekkie kawałki kolczug w czerwonej tunice, na miejscu łokcia, ramienia i rękawicy, jak i wystawna czerwona peleryna, wyszywana po bokach złotą nicią, dawały mu wygląd bogatego i groźnego człowieka.
- Witam, witam generała, w tym cudownym dniu, koło najpiękniejszego z miast świata! - odpowiedział Grom, starając się, by jad w jego głosie, nie został wychwycony przez czujne uszy generała lub rycerzy.
- Poprosiłbym tyle bochenków chleba, sera, szynki, kiełbas, wołowiny, steków, miodu, placków z jagodami i wiśniami, misek gulaszu, zupy rybnej, kartofli, ile pan tylko mą!
- To będzie około stu tysięcy koron - odpowiedział Grom, pokazując złośliwie swój perłowy uśmiech.
- Tak, tak, tak... Dla zwykłych ludzi, to tak! Jednak my, jesteśmy najlepszym oddziałem Gwardii Królewskiej, która utrzymuję ciebie, twoich przyjaciół i tę rudere, przed atakami rożnych barbarzyńców. ÂŁaskawie też przydzielamy ci tę ziemię i sprzedajemy od naszych kupców zapasy, więc dawaj człowieku co masz! - warknął generał.
- Ta karczmą... Ten towar... To jest ścieżka, która kieruję moje życie i która daję mi zarobek... - wycedził Grom, przez zaciśnięte zęby.
- Szukasz problemów? - powiedział szybko Granrok, wyciągając miecz i przystawiając klingę do gardła Groma.
Ten jednak był na to przygotowany. Wyciągnął natychmiast swój rapier, zanurkował pod ladę i odpychajac się mocno nogami od podłogi, skoczył wysoko nad ladą, i chwycił brodę generała, ciągnąc ją za sobą na podłogę.
- Szukasz kłopotów, kmiocie?! - powiedział jeden z rycerzy, wyciągając miecz, a zaraz po nim zrobiła to reszta.
- Rączej WY ich szukacie, przychodząc tutaj - powiedział Evanger, gdy Grom ogłuszył generała.
- Spadamy - mruknął jeden z rycerzy, biegnąc do wyjścia, a reszta pognała za nim.
Szybko wrzucili generała do otwieranej klapy w podłodze, po czym wzięli trochę towaru na plecy i sakiewki w kieszeń, otwierając tylne wyjście.
- Oni zaatakowali Granroka! Połowa na konie! Do Broni! - usłyszeli jeszcze w oddali, gdy wyszli na tyły karczmy i ukryli się pod choinkami, koło drogi.
- Tutaj jesteście... - usłyszeli za plecami głos, przeciągający sylaby.

Roger:
  Jaskinia miała już dużo pomieszczeń. Pierwsze, które było już przed ich przybyciem, pełniło wciąż służbę jako jadalnia. Zamiast krzeseł, postawili na każdym miejscu, wygodne i miękkie fotele, a srebrne kielichy, talerze, sztućce i świeczniki, dobrze komponowały się z obrusem. Położyli w pomieszczeniu też dywany i parę obrazów. Pochodnię zasilane, magicznym ogniem, paliły się w dzień i noc. Dalej była kuchnia i spiżarnia, mająca zapasy mięsa i wody, na parę miesięcy. Następne pomieszczenie, posiadało tylko wykute w skalę schody, prowadzce w gorę, albo w dól. Na dolę zrobili drzwi i pomieszczenie, pełniące rolę biblioteki. Raven dostarczył tam z klasztoru, księgi dotyczące historii, magii, walki, polityki, gospodarki, ziół, profesji i paru innych. Gdy szło się w dól schodami, można było otworzyć tajne przejście, prowadzące do skarbca, który wzrósł do olbrzymich rozmiarów. Na górze, mieściło się już dużo sypialń i zbrojownia. Większość z robotników i strażników, mogła już tam sypiać.
  Polanka była siedzibą mistrzów. Przy skałach stało już 8 piecow, kowadeł i wiader z narzędziami, alchemicy mieli przy choinkach swoje mikstury, rośliny i minerały, stolarze pracowali zaraz za palisadą. Droga prowadząca z labiryntu do ogromnych polanek i drogi do kryjówki, miała kształt odwróconego ''Y'', przez co zrobili taką samą palisadę z bramą, wieżą i rowem, przed tymi wejściami. Jako że skały nad nimi i korony drzew, które rosły na wyższych poziomach, zasłaniały ich całkowicie, wycieli w tym ''Y'' wszystkie drzewa i oczyścili z głazów, zostawiając wyższe poziomy nienaruszone, w przypadku, gdyby spotkali APL. Zrobili z kamienia duże wozostrady, a po ich dwóch stronach, zbudowali kammiene, parterowe domy. Podzielili je też na dzielnicę, czyli te najbliżej polanek, zostawili dla farmerów, dając im duże ogrody, by mogli uprawiać warzywa, a na polanach za to, zrobili domki z ogordzeniem dla hodowli krów, owiec i wieprzy, a na reszcie, posadzili zboże. Oprócz domów dla farmerów, postawili też inne, przy których mieściły się warsztaty dla krawców, garbarzy, zielarzy, inżynierów, piekarzy i innych. Na skrzyżowaniu drogi, postawili ogromny targ na trawie, gdzie były narazie, byle jak sklecone stragany i parę wozów. Wzdłuż ''głównej drogi'' postawili piętrowy budynej, gdzie na parterze była ogromna stajnia, a na piętrze karczma. Postawili też przy wozostradzie, jako standard (dzisiaj znane nam stację benzynowe) naprawę wozów i kół, paszę dla koni i szybki posiłek, na dalszą jazdę, jak i plan dróg w labiryncie i poza nim.


***


Szybko sprowadziło się do miasta mnóstwo farmerów, myśliwych, bandytów i rożnych innych mieszkańców spoza miasta, którzy mieli ciężki żywot, byli buntownikami, albo byli nękani przez Granroka, jako że on objął dowództwo, nad terenami przyległymi stolicy. 
Wszyscy z obozu, powitali ich z otwartymi ramionami, dali domy i pracę, jaką wykonywali, lub jaką chcieli wykonywać. Oni natomiast, posadzili w ogrodach mnóstwo owoców i warzyw, ozdobili dom w środku i na zewnątrz, lub ożywili miasto, swoimi dzielami i unikatowymi warsztatami.
Targ był ciągle przepełniony, a karczmę otwierano tylko na posiłki, bo ciągle było w niej pełno klientów. Na kolacje, całe miasto było zapraszane do jaskini, na wystawną ucztę. Podatków nie było, jednak Evanger postanowił, by cześć z ich uprawy lub rzeczy wyrobionych, trafiała do jaskini, żeby rozwijać wciąż miasto.
Największą z hodowli, były owce, jednak farmerzy szybko zaczęli budować specjalne zagordy za domem, dla dzikich zwierząt, dających jakieś mięso lub materiały, albo klatki dla krwiopijców, których jad z żądła, odpowiednio wyrobiony, dawał eliksir leczniczy.
Oficjalnym strojem strażników, był strój bandyty, który głownie był z rożnych futer wilków, trochę skóry pod nim, sakiewek u pasa i torby na jedzenie. Robotnicy mieli zwykłe stroję jak w mieście, czyli czarne spodnie, buty i tuniki. Strażnicy nosili kuszę bojowe i miecze, lub włócznie, a robotnicy mieli u pasa pałki.
Palisadę z bramą, ulepszono by była z kamienia, podobnie jak wieża, jednak wciąż przykrywali bluszczem i gałęziami drzew, by pozostało wejście niezauważone.
Wzdłuż wozostrad w mieście, posadzili małe na półtora metra, choinki i grządki z kwiatami.
Tak minęły pierwsze 4 miesiące, w czasie których tylko nieliczni, wystawili nos poza labirynt, nie wiedząc że ucieczka ożywiła całe miasto, ani to, że dokonano ostatnio w nim strasznego mordu na Królu Andgilu, jego doradcach, gubernatorze i paru ważnych obywatelach.

Roger:
- Jak sytuacja? - spytał pewien osobnik, w czarnym płaszczu z kapturem i dwoma ostrzami w dłoniach, probując przetrzeć w twarzy kroplę wody i utrzymać się na nogach, w czasie huraganu.
- Pogrzebu Andgila nie będzie. Jego ciało, pokryjomu dano do grobowca następnego dnia, by nikt nie zaatakował orszaku i pogwałcił świętości - odkrzyknął zwiadowca, probując przekrzyczeć wiatr i którego kontury były ledwo widoczne na deszczu.
- A kto by zaatakował w mieście? - uslyszeli trzeci głos, należący do starego maga Kruków.
- Wojna już się zaczeła! Potrojono straż na murach i w samym mieście, grupy zbrojne wyruszają wciąż poza miasto, oczyszczać lasy i pobliskie drogi z potworów i bandytów! Na najwyższej skalę Lasu Orków, która wystaję ponad koronami drzew, zauważono herszta zielonoskorych i obstawę wojowników! Zobaczyli też ich starego szamana Grush-Paka, trzymającego ich potężny artefakt - Laskę Ognia! Widziano też gobliny w kopalaniach i nieumarłych na bagnach! WÂŁADCA MROKU, POWRACA!
- To niemożliwe! Jak by dostali się do stolicy, bez, jak kiedyś, kampani wojennej przez lata lub wieki? Miliony wojowników orków, goblinów, taurenow, nieumarłych, bandytów, szkieletów, kręgów Boga Zła i ÂŚmierci Ithara i może jeszcze nawet demonów, nie przechodzi sobie głównym szlakiem do Yvallu i nie puka w bramy, krzycząc ''Elooo! Jestem Lindsay Lohan, wpuście mnie!'' - odkrzyknął Raven, z ironią w głosie, mając za plecami z pięćdziesięciu wojowników.
Zwiadowca jedynie wzruszył rękoma i zawrócił w stronę gospody, zostawiając Ravena i Evangera na szlaku, prowadzącym do Lasu Orków.
- Idziemy na zwiad? Zostaw tu tych ludzi, na Gila! - krzyknął Evanger, używając przezwiska Andgila, teraz gdy okazał się zwykłym opętańcem i ślepcem na to, co dzieję się pod jego miastem.
Kruk, kiwnął głowa i zeskoczyli z wozostrady, prosto na jakieś drzewo, w granicach składowania wojsk zielonoskorych, pokrytych brązową sierścią na miejscu wojownika, który był większy niż ich topory.
Zeskoczyli z drzewa i zaczęli się skradać przez las, chowając się co chwila za jakimś kamieniem, czy też używając magicznego zwoju ''Pokrycie'', który maskuje całe ciało kolorami i roślinami, w zależności od terenu, w jakim jest aktywowane.
Nagle, zauważyli jakiś namiot, przed którym leżało dość dużo futer, łuk i strzały. Podchodząc powoli do materiału, pokrywającego namiot, wyjęli ostrza i ustawili się po obu stronach wejścia. Raven skrzyżował jeden palec i rozległo się chrapnięcie. Drugi palec i sytuacja się powtórzyła, dopiero jak ostatni z palców, przyległ do dłoni, wbiegli obaj do namiotu, wymachując ostrzami i przecinając wszystko co w nim było.
Jednak gdy to zrobili, ktoś był już przygotowany. Do namiotu wszedł człowiek, o bardzo jasnej cerze, zielonym stroju, z cisowym łukiem w rękach. Dopiero potem zorientowali się, że leżał on przed namiotem na ziemi, nie zauważając go pod stertą futer.
- Witajcie Evangerze i Ravenie, za których głowy, dają już milion koron - przemówił czystym głosem z akcentem Normanda, człowiek.
- Jesteś ÂŁowcą Orków, tak? - spytał jak zwykle poinformowany, Kruk.
- Zgadza się, a wy obudziliście zwierzynę w promieniu paru mil, jako że tu jest ogromne echo, a zwierzyna chodź ma brązowego wojownika (tradycyjny zart ludzi), uszy ma jeszcze większe i bardziej brązowe. Chodź nie wiem dokładnie, czy to co usłyszą, wyczują i co dotkną, dociera do ich...eee...mózgu, ma znaczenie. Podsłuchałem waszą rozmowę na drodze i z chęcią do was się przyłącze, ale najpierw... - założył cięciwę - polowanie!
Nikt z nich już nin więcej nie powiedział. Ruszyli do głębi lasu, przez co niebo, chodź i tak ciemne, było już całkowicie niewidoczne. Czasem zabili jakiegoś wilka, czy ścierwojada (duży ptak na dwóch masywnych nogach i z wielkim dziobem, o kolorze skóry człowieka, z niebieskim piuropuszem na głowie).
Po dwóch godzinach, usłyszeli chrząkanie, rzyganie i odgłosy typowo seksualne, świadczące że orkowie toczą jakaś dyskusję, dlatego w tamtą stronę się skierowali:).
- Uhrgg yhhh, ahhh ahhh, srak wprak rzak, chrzmaja swhwoje jajcha przy chobie! - usłyszeli, probując powstrzymać się od śmiechu, rozumiejąc slowa.
- Rzyhaj nah shwoich hershowa, Hrahroku Hragusie Hrakicjanie!
- Tyhh naj przelithowag te showa! Naphysz na papher!
- Papheru jeszhe ni ma tyh krethyn!!
Usłyszeli teraz swist miecza i odgłos głowy, upadającej bez ciała na ziemię. Przygotowali broń.

Rohgard:
 Więc jak obiecałem zabieram się do oceny :)

 Przeczytałem wszystkie "części" Twojego opowiadania, które szczerze mówiąc bardzo mnie zainteresowało. Opowiada o losach ÂŁowcy Nagród, tajemniczego Evangera, który mając dość życia w otoczeniu chaosu i wszechobecnego "burdelu" świata zakłada coś w stylu własnej kolonii, w której panuje wszechobecny dobrobyt :)
 Powiem krótko, całość jest bardzo dobrze zbudowana, to co piszesz przekazujesz spójnie i w sposób całkowicie zrozumiały dla czytelnika. Nieliczne literówki nieznacznie pogarszają komfort czytania. Posiadasz bogatą wiedzę na temat słownictwa oraz synonimów większości wyrazów.
 Teraz zastrzeżenia co do opowiadania. Zauważyłem, że starasz się przeciągnąć jedno zdanie jak najdłużej i to niestety psuje efekt zamierzony. W niektórych miejscach dziwnie zamieniasz kolejność wyrazów, toteż niektóre zdania musiałem przeczytać kilka razy, żeby dokładnie je zrozumieć.
 Teraz krótkie rady :) Następnym razem przed wrzuceniem opowiadania przeczytaj je kilka razy, postaraj się o korektę błędów, które rzucają się w oczy i zapamiętaj: Prawdziwego pisarza wyróżnia zdolność do samokrytyki :)

Opowiadanie oceniam na 7/10 :) i powodzenia w dalszym pisaniu!

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej