//Droga Rino, trudno wejść do rektoratu nie wiedząc, czy jest on otwarty. A jeszcze niedawno był zamknięty, ja też nie przypominam sobie, bym pisał, że ktoś go otworzył.
Kobiety stanęły przed rektoratem. Tłum zrobił się jeszcze większy, stało przed nim zdecydowanie więcej osób, kunan, elfów, ludzi, niziołków i dwie krasnoludzice. Wszyscy z teczkami, torbami przerzuconymi przez ramię, stosami kartek, naręczami zwojów. Wysocy, niscy, różnie ubrani i pachnący. Każdy z kimś rozmawiał, plotkował, prawił komplementy i obgadywał koleżanki. Ktoś mrugał, ktoś sapał, ktoś drapał się za owłosionym uchem. Jakiś żak gasił pragnienie z małego bukłaka, wyraźnie będąc na kacu. Gdzieś tam pod ścianą stał jakiś elf, który się o nią podpierał, gdyż miał mały problem z zachowaniem równowagi. Dało się to zauważyć wyraźnie, gdy do niej podchodził.
- A wy mieliście mnie tylko odnaleźć, tak? Nikt wam przy okazji nic dla mnie nie przekazał? Nie mieliście mi niczego dostarczyć?
Klemens wreszcie podszedł do nich. Funeris wstał zza stołu, gdy człowiek się zbliżał. Ubrany był w zielonkawy kubrak, raczej lekki i zwiewny, gdyż temperatury na Zuesh były wyższe niż na Valfden, przynajmniej średnio. Miał świetne, skórzane buty, szarawe spodnie, białe mankiety koszuli wystające spod dubletu. Na szyi miał przewiązaną prześwitującą szarfę w barwie przegniłej zieleni. Na palcach pierścienie i sygnety. Zmierzwionych włosów nie spinała żadna opaska, parę niesfornych kosmyków spadało na czoło.
Anioł, mierzony wzrokiem niektórych gości, uśmiechnął się radośnie, uścisnął prawicę Klemensa, chwytając mocno i pewnie. Mniejszy człowiek wyraźnie odczuł owy uścisk, lecz nie dał po sobie poznać, że miażdży mu się dłoń.
- Ach, cóż to za świetny dzień. Jeszcze nie ma południa, a już sam Zartat odwiedził moje progi. Witajcie, witajcie serdecznie. Klemens Muran, do usług - powiedział, kłaniając się w stronę paladyna i wyciągając do niego rękę. Jego dłoń już nieco odsapnęła po spotkaniu z Funerisem.