Funeris nie przebijał się uliczkami miasta, nie ocierał się o spocone futra kunańskich marynarzy, kupców i straganiarzy. Wzbił się w powietrze, robiąc nieco zamieszania. Niektórzy wskazywali go palcami, coś krzyczeli, inni szeptali pomiędzy sobą. Jedni z niedowierzaniem, drudzy z podziwem, trzeci z zawiścią. Różne charaktery spotykało się oczywiście również wśród tych inteligentnych i rozumnych kotowatych. Anioł jednak nie miał czasu się nad tym rozwodzić, gdyż już mknął nad dachami magazynów i składów, mijając żurawie portowe i obserwując ludzi, krasnoludy, orków i oczywiście dwunożnych futerkowych przyjaciół korony Valfden. Szybko zlokalizował Trzcinowy bazar, naprawdę charakterystyczny punkt miasta. Potem już banałem było wylądowanie przy odpowiednim zajeździe, w którym wszyscy powinni się już dawno zebrać. Gdy wylądował, zobaczył wierzchowca Melkiora przywiązanego do koniowiązu. Nie zobaczył jednak Yody, swojego ogiera. Otworzył więc drzwi od karczmy w chwili, gdy członek byłego już rodu Tacticusów przekraczał próg.
Karczma była dobrze urządzonym zajazdem, oferującym kilka schludnych pokoi, dwie spore sale do picia, jedzenia i zabaw, oraz jedną tylko wspólną salę sypialnianą dla mniej zamożnej klienteli. Kilka rzędów ław i stołów było zastawionych jadłem i napitkiem, przy której siedzieli głównie ludzie i elfowie, jak szybko skonstatował Funeris. Niewielu było kunan, oprócz karczmarza i jego świty naliczył ledwie czterech. Ogólnie rzecz ujmując grubo ponad połowa zajazdu pozostała wolna.
- Melkiorze, a gdzie reszta? - odezwał się z tyłu, dościgając kompana.