- Ano, ziemniaków trochu na rynku się pozbyć jadę - i tak sobie trochę pogawędzili, trochę pomilczeli, a po południu dotarli do stolicy. Podróż przebiegła dość szybko, szczególnie Annie, która sobie zasnęła na ten czas. Obudził ją dopiero hałas panujący przy wjeździe do miasta.
- No, chłopcze, tu mogę was wysadzić. Teraz jadę ino na rynek. Muszę towar zawieźć żeby na jutro było. Bywaj!- i powiedziawszy to, pożegnał się z Rodredem i był na tyle miły żeby nie zażądać opłaty.
No, teraz należało tylko odnaleźć ciocię. A w mieście panował wyjątkowy tłok. Każdy albo chciał coś sprzedać, albo kupić, wszyscy gdzieś się spieszyli by załatwić swoje sprawy.