Poeta dobył kiścienia. Wyciągnął go zza pasa, chwycił drewniany trzonek i spokojnie opuścił łańcuch. Srebrne ogniwa zachrzęściły, gdy metal rozwijał się, uwalniając nabijaną niewielkimi kolcami kulę. Funeris przejechał nią po posadzce, zgrzytnęło przeciągle. Poruszał ramionami, przekręcił głowę. Chrupnęło. Odwrócił się w stronę towarzyszy.
- Tam na dole znajduje się wielki jak góra demon. Istny behemot. Broni przejścia, więc kierujemy się w dobrym kierunku. Schodzę na dół, odwrócę jego uwagę, zaatakuję. Liczę, że wesprzecie mnie w boju. W kilka osób powinniśmy sobie z nim poradzić. - Na powrót spojrzał w stronę wejścia do monstrualnej piwnicy warowni, w której się aktualnie znajdowali. Idealne miejsce, by polować na demony.
Postąpił pierwszy krok. Zartacie, Panie ÂŚwiatła, wspomóż mnie w boju. Choćbym szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, albowiem Ty jesteś ze mną. Tyś mym pasterzem, moim światłem, mostem nad wzburzoną rzeką. W Tobie pokładam swoje życie, Tobie je oddaję, Tobie ofiaruję. Niech się dzieje tak, jak zapisane zostało. Wierzę. Dwa schodki zostawił za sobą. Kula światła nadal wisiała nad jego głową, schodziła za nim, przemieszczała się jak wierny pies. Właśnie, dobrze, że Thesaurus został w domu. To chyba nieco za wiele dla bądź co bądź psa. Wiernego, inteligentnego, ukochanego przyjaciela. Nie mógłby narażać jego życia.
Schodził kamiennymi schodami w dół. Kiścień luźno zwisał z prawej ręki, tarcza w lewej ciążyła znajomo. Krok za krokiem piwnica wyłaniała się z mroków. Nadal niewiele było widać, na posadzce i ścianach zalegały potężne i złowrogie cienie. Ciężki oddech potwornego demona niósł się po sali. Kroki okutych w srebro butów raz po raz stukały o kamienie. Szerokie schody, po których wielokrotnie stąpali żołnierze, były nieco wyślizgane i na pewno od dawna nie sprzątane. Bestia wyłaniała się z mroku. Cielsko wysokie na sześć metrów, szerokie na ponad dwa. Przeciwnik nie miał broni, nie nosił pancerza. Nie potrzebował. Stał jak słup soli, niczym zamieniony w kamień potwór. Sapał ociężale. Funeris Venatio, odziany w czerwono-złotą przeszywanicę i srebrną zbroję zszedł na sam dół. Demoniczny behemot ruszył naprzód. Kula światła unosząca się nad głową zakonnika oświetlała teren za oponentem. Marszałek Bractwa ÂŚwitu miał wrażenie, że ktoś stąpał za nim po kamiennych schodach, lecz nie odwracał się. To chyba Patty. Na pewno ona. Dystans, który dzielił dwie postacie z różnych światów zmniejszał się momentalnie. Wielkie, umięśnione i porośnięte gęstym włosiem nogi bestii z otchłani dawały mu przewagę w biegu. Przed taką szarżą nie da się wykonać bloku, jest to po prostu niemożliwe. Lecz on nie miał zamiaru blokować. Kilka metrów przed spotkaniem swojego przeznaczenia Funeris zdematerializował się. Każda jedna cząsteczka jego ciała poczęła tracić swoją materialną powłokę, przenosząc się na nieskończenie krótki moment w stan duchowy, wspierany przez boską magię. W umyśle człowieka wizualizował się obraz, na którym jego ciało znika z jednego miejsca i pojawia się w drugim. Tak po prostu. Odrobiona zaczerpniętej magii, wiara we własne siły i moc... i dokonuje się przemieszczenie. Najpierw stopy, następnie piszczele, uda, korpus, ręce i głowa. Cały pancerz, odzienie, broń, reszta wyposażenia. W jednej chwili to zniknęło. W czasie krótszym niż tysięczna część sekundy, całość pojawiła się kilka metrów dalej. W miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stała noga behemota. Funeris obrócił się na jednej nodze, tarczą manewrował, by zachować równowagę i uderzył z piruetu swoim kiścieniem. Srebrna kula przeszyła powietrze i trafiła prosto, gdzie demon powinien mieć ścięgna podtrzymujące ruchy stopy. Wiedział, że trafi. Wiedział, że się przebije. Wiedział wreszcie, że demony są podatne na srebro, z którego jego broń została wykonana. Wiedział też, że bestia poczuje uderzenie i to da chwilę jego towarzyszom.