Diomedes w szaleńczej furii oddał się całkowicie sile swego miecza. Klinga była lekka, Kruk prawie w ogóle nie czuł, że trzyma ją w dłoni. Było zupełnie tak, jakby ostrze zsynchronizowało się z jego ręką. Zostało już tylko dwóch przeciwników. Obaj byli przerażeni i zdesperowani, ale dziwnym trafem nie myśleli o ucieczce. Diomedes postanowił ukrócić ich męki. Splunął na bok i rozluźnił ramię lewej ręki. Wolnym, dystyngowanym krokiem podchodził do dwóch przeciwników. Widać było, że działało im to na nerwy. Diomedes jednak nie zwiększył tempa nawet trochę. Chciał rozkoszować się chwilą, w której pozbędzie się ostatnich pachołków Kwina. Uniósł miecz i zamaszyście przeciął na wskroś klatkę piersiową jednego z bandytów. Ten osunął się martwy na ziemię. Drugi zareagował w ułamkach sekundy - podniósł miecz i ciął od góry. Diomedes również uniósł swoją broń w paradzie. Krzyżowali tak swe klingi przez chwilę, dopóki Diomedes nie zsunął ostrza przeciwnika ze swojej broni i zwiększył dystans mocnym kopniakiem. Kruk i bandyta stali naprzeciw siebie i rzucali sobie mordercze spojrzenia. Diomedes pierwszy wykonał ruch, w pełnym pędzie skoczył na obijmordę i zasypał go gradem ciosów, to od góry, to z boku. Bandycie dziwnym trafem udawało się idealnie przewidywać jego ruchy, lub też miał po prostu szczęście i blokował każde cięcie. Kruk wykonał krótki obrót, zamarkował uderzenie na biodra, po czym przeniósł ciężar ciała na drugą nogę, wykonał jeszcze jeden obrót i precyzyjnym cięciem uciął przeciwnikowi głowę. Otrzepał krew z klingi i odwrócił się w stronę towarzyszy
- No... To chyba mamy spokój...
0/15