Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

ÂŚwiatło i cień

<< < (2/5) > >>

Funeris Venatio:
Deszcz nie przestał jednak padać. Ziemia pozostała mokra, pozostała śmierdząca i lepiąca się do ciała jaszczura. Jego łuski pokryte były błotem, szlamem i źdźbłami przegniłej trawy. Leżąc na plecach, Kendes nie znalazł ani wytchnienia, ani ratunku. Woda zalewała mu oczy, wdzierała się w nozdrza i do ust. Uszy miał zatopione pod wodą, leżąc nadal na drodze, podmokniętej i rozpuszczonej w swojej materii. Gdzieś niedaleko uderzył piorun, rozświetlając na moment okolicę. Niebo nadal było ciemne i zasnute chmurami.

Kendes z śniącego ognia:
//Gówno na drodze, ulewa stulecia i w dodatku jeszcze burza... twoja zemsta jest okrutna, pewnie zaraz jakiś demon wyskoczy.

Kendes powstał powoli z... tego czegoś co miał pod sobą, po drodze starając się nie popaść w furię z powodu jakże beznadziejnych okoliczności podróżnych. Jako że nic nie przychodziło mu do głowy, a dalsza podróż byłaby wystarczająco męcząca dla już wyczerpanego jaszczura postanowił zejść z drogi na najbliższe trawiaste wzniesienie by usiąść, a skoro deszcz i tak przemoczył go całkowicie to nie miał nic do stracenia, a nawet mogłoby mu to pomóc z ogólnym brudem który go oblepiał.

//Podaj jakiś opis otoczenia plis.

Funeris Venatio:
//No gówno na drodze, a czego się spodziewałeś? ÂŻe Ci płatkami róż wyłożą? Konie jeżdżą, bydło się przegania, świnie, owce, różne zwierzęta. Nikt nie będzie schodził z psem na pobocze tylko dlatego, że temu się chce srać. Tak wygląda każda jedna wiejska droga na świecie teraz, wyglądała kiedyś i jeszcze pewnie długo wyglądać będzie. Wszędzie tam, gdzie zwierzyna w dużej ilości ma dostęp do drogi, na drodze będzie gówno. To po pierwsze.
Ulewa stulecia? Jest środek jesieni, środek wyspy, dwie wielkie rzeki wokół, 200 kilometrów od morza, no cóż... to raczej normalne, że czasem leje. A my jesteśmy w bliskości wielkiego miasta, które z racji swojej temperatury i produkowanych zanieczyszczeń, stwarzają świetne miejsce dla kondensacji kropel wody w atmosferze i wytworzenie chmury deszczowej. Poza tym, wiedziałeś, że sobota, dzień w którym wysłałeś posta, to statystycznie najbardziej deszczowy dzień w okolicach dużych miast?
No burza, burza, jesień mamy, że jeszcze raz przypomnę! I to żadna zemsta, to po prostu pokazanie Ci, że myślenie, najlepiej logiczne, ma przyszłość.
A z demonem byś sobie nie poradził, jakimkolwiek, nawet najsłabszym i kulawym...//

Wzniesienie jakieś w najbliższej okolicy faktycznie było. Może nie było wielkie, pozwalające na obserwację terenu na odległość kilku kilometrów, ale jednak coś tam się znalazło. Kendes doczołgał się tam, ledwie kilkadziesiąt metrów od drogi, lecz zajęło mu to dobrych kilka minut. Był skrajnie wycieńczony, przemoczony, głodny i spadającej temperaturze. Jego szanse na przeżycie malały z każdym kwadransem spędzonym w tej nieprzyjaznej, dramatycznej atmosferze. Noce w środku atunus nie należały do ciepłych, temperatura powoli zaczynała oscylować w dolnych granicach podtrzymujących wodę w stanie ciekłym.
Kolejna, troszkę dalsza błyskawica rozświetliła niebo. Jaszczur dostrzegł, że jest na raczej wypłaszczonym kawałku terenu, równinie, przez którą przebiegała wstęga udeptanego, szerokiego gościńca. Na szlaku nie było absolutnie nikogo, nawet najgorsi bandyci chowali się w takich warunkach po norach, jaskiniach i ciepłych, przytulnych karczmach. Wokół niego rosły drzewa, raczej nie tworzącego zwartego, prastarego boru, chociaż też nie były to tylko pojedyncze, przypadkowe samosiejki. Zero zabudowań, zero śladów cywilizacji. Nie pamiętał dokładnie, kiedy ostatni raz widział ostatnią farmę czy budynek mieszkalny, zapewne z godzinę czy dwie temu, może nawet więcej. Czas zlewał się w jedno, nieprzeniknione ciemności nocy również nie pomagały w osądzie.
Trzecia godzina po północy minęła pewnie kwadrans lub dwa temu, Kendes również i tego nie mógł dokładnie określić. Starał się myśleć trzeźwo, lecz wszelkie myśli przemykały mu przez głowę niczym przez dziurawe wiadro. Jedynym pocieszeniem było to, że wiatr, mimo iż odbierający resztki energii, przeganiał powoli i systematycznie chmury na północny zachód, pomiędzy szerokie widły Amertodonu i Eloriz.

Kendes z śniącego ognia:
//deszcz trochę mnie obmył?

Mimo wszystkich przeciwności Kendes starał się myśleć pozytywnie, co jest dość ważną umiejętnością, szczególnie kiedy wyrusza się na długie wędrówki, bez jakiegokolwiek przygotowania z czyhającym za każdym skrętem widmem śmierci. Pomimo przeciwności losu Kendes, w potwornie ciemnych nocach atonusu, dostrzegł dość porządnie udeptaną ścieżkę, która mogła prowadzić do jakiegoś schronienia, gdyż udeptanie wskazywało na miejsce popularne do przechodzenia, co z kolei oznaczało, że na końcu dróżki znajdować się mogło jakaś karczma, zajazd, czy inne ucywilizowane miejsce, zanim jednak Kendes wyruszył tą ścieżką spędził jeszcze dwie, trzy minuty siedząc na trawie, by pozwolić sobie w myślach na mały monolog Dostaję porządne wynagrodzenie za sprawowanie funkcji Lorda Elekta, w mojej sakiewce brzęczy ogromna ilość grzywien... A JA WCIÂĄÂŻ PARADUJÊ W TYCH GÓWNIANYCH SZMATACH CO JEST ZE MNÂĄ NIE TAK.następnie wstał wziął głęboki wdech, po czym wydech i wyruszył w stronę ścieżki stąpając powoli po niej powoli.

Funeris Venatio:
Deszcze nie miał takich magicznych właściwości, by umyć jaszczuroczłeka z brudu, zlepionego kurzu i błota, które znalazło się na jego ciele. Kendes więc nadal siedział zmarznięty, przemoczony, przy dudniącym wietrze, pośrodku niczego. Wyimaginował jednak sobie, że widzi ścieżkę. Zasypiał, jego oczy przymykały się co pewną chwilę, a on czuł, że niedługo po prostu padnie pyskiem w ziemię, nie będąc móc się podnieść.

//W którą stronę idziesz? Bo tego nie napisałeś...

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej