Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
ÂŚpiew Duszy
Olga:
Nazwa wyprawy: ÂŚpiew Duszy
Prowadzący wyprawę: Funeris Venatio
Wymagania do uczestnictwa w wyprawie: bycie sobą, łeb na karku
Uczestnicy wyprawy: Olga
Po poranku spędzonym na nauce o tutejszej florze i małym wypadzie do sklepu z bronią Olga poczuła, że czas na obiad. Kupiła podstawowe składniki u pobliskiego handlarza i zajęła się gotowaniem. Nie trwało to długo. Krojenie kilku warzyw i zrobienie z nich zupy nie jest bardzo wymagające. Posiłek też nie trwał długo. W tym czasie zastanawiała się gdzie powinna udać się dalej i co zrobić. Najmądrzej byłoby poszukać pracy. Tylko najpierw trzeba wiedzieć gdzie. Dostała co prawda całkiem pokaźną sumę na początek, jednak miała świadomość, że długo nie zdoła z niej wyżyć. Posprzątała więc po obiedzie i zamykając za sobą drzwi ruszyła na poszukiwania potencjalnego pracodawcy.
Funeris Venatio:
Kobieta ruszyła przed siebie. Uliczki i alejki podgrodzia nie były wybrukowane, co najwyżej udeptane milionami kroków, które wciskały ziemię coraz mocniej i głębiej. Będąc w okolicy przez kilka dni, zaczęła zauważać zależności i widzieć świat nieco bardziej przejrzyście. Miasto, Efehidon, stolica królestwa Valfden, znajdowało się w widłach dwóch wielkich rzek - Amertodonu i tej drugiej, której narrator zapomniał. Ludzie i nieludzie tłoczyli się w przepełnionym podgrodziu lub rozkoszowali się przestrzenią w dzielnicy zarezerwowanej dla wysoko urodzonych, lub wysoko zasłużonych, jak się okazało. Szlachectwo we władztwie Dragosaniego Antaresa, a wcześniej Isentora I Aquila, można było otrzymać za zasługi, nie tylko po krwi. Chociaż jedno i drugie często się łączyło.
Podgrodzie było raczej szare, niezbyt kolorowe, przeciętne. Chatki były proste, wielopiętrowe, gdzie wiele rodzin kłębiło się po ciasnych izbach. Nieliczni mieli na tyle szczęścia, by załapać się na pojedyncze, niskie, raczej wąskie i mało przestronne pojedyncze szaraki. Dawały nieco prywatności, jej namiastkę. Kobieta szła więc tak przed siebie, wychodząc szybko z podgrodzia, skręcając wzdłuż muru przy baszcie szewskiej. Po drugiej stronie, jak nazwa wskazywała, mieścił się cech szewców, którzy robili najróżniejsze buty, jakie tylko ktoś mógłby sobie wymarzyć. Dalej, przechodząc przez bramę, wchodziło się najpierw na wielki targ, pełny teraz ludzi, elfów, maurenów i niziołków, którzy co rusz zachwalali swoje towary i usługi.
Uwagę kobiety przyciągnął niewysoki mężczyzna, raczej dobrze zbudowany, opierający się o swój kram z małymi buteleczkami. Spoglądał na Olgę spod swojego skórzanego kapelusza, bawiąc się wykałaczką trzymaną w zębach.
Olga:
Idąc przez wąskie alejki wciąż próbowała przyzwyczaić się do gwaru i tłumu, jakie panowały w mieście. Przeciskając się przez gawiedź niedaleko szewca zatęskniła za swoją niewielką chatką na obrzeżu lasu, gdzie panowała cisza i nie musiała dzielić z nikim przestrzeni. Przeszłość już nie wróci i muszę przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości. Zacisnęła lekko wargi i wsunęła się przez bramę na ogromny plac, który przez moment dawał wrażenie przestrzeni. Jednak chwilę później odebrał ją ukazując przekrzykujących się handlarzy i masy kupujących lub oglądających przeróżne towary.
Dziewczyna rozejrzała się dookoła nie bardzo wiedząc czego szuka, kiedy nagle jej oczy spotkały się z niebieskim spojrzeniem sprzedającego. Pchnięta impulsem podeszła do jego kramu. Kolorowe buteleczki przyciągały jej uwagę. Zastanawiała się co takiego mogą skrywać? Alkohol? Lekarstwa? Nieznane napary? Ponownie podniosła wzrok i uśmiechając się delikatnie skierowała słowa w stronę handlarza.
-Dzień dobry, panie. Czy można zapytać co takiego skrywają twoje buteleczki?
Funeris Venatio:
Mężczyzna okazał się maurenem, synem pustyni, jak na nich czasem mówiono. Niebieskie oczy, ogolona głowa i śniada skóra pokryta kilkoma tatuażami wychylającymi się zza rękawów i spod kołnierza. Mężczyzna skłonił głowę, gdy kobieta podchodziła do niego, dotknął ronda kapelusza i uśmiechnął się nieco zawadiacko. Odbił się stopą od stelażu, o który się opierał i stał teraz wyprostowany, wydając się minimalnie wyższym niż przed momentem. Jego lniana koszula zdobiona była zieloną nicią w florystyczne wzory, przedstawiające przepiękne, figlarne wręcz kwiaty.
- Witaj, piękna pani. Zaszczyt, przyjemność i uniżenie z mojej strony - odpowiedział, jeszcze raz się skłaniając, szeroko rozstawiając ręce w dworskim geście. Miał maniery, miał ogładę, miał płynność mowy. Ani razu się nie zająknął, nie zatrzymał, nie zawahał. Podał swoje imię, tytułując się Abel, syn Jehowy. W tradycyjnym języku maurenów brzmiało to jako Abel ibn Jehowa.
- Maści, kremy, sole... - zawiesił na moment głos, patrząc kobiecie prosto w oczy, nieco nawet bezczelnie, by po chwili kontynuować - afrodyzjaki.
Olga:
Olga dyskretnie przyjrzała się mężczyźnie, dłuższą chwilę poświęcając na wystające tatuaże. Jej ciekawska natura zapragnęła obejrzeć je w całości, jednak zaraz zestrofowała ją w myślach. Dygnęła lekko słysząc jego przywitanie. Abel. Powtórzyła w myślach. Mężczyzna ewidentnie się jej spodobał.
Dziewczyna podniosła jedną z buteleczek zafarbowaną na zielono, słysząc zawieszenie w wypowiedzi maurena poniosła wzrok patrząc prosto w jego oczy, a widząc jego twarde, bezczelne spojrzenie, a szczególnie słysząc odpowiedź, zarumieniła się i ponownie opuściła wzrok. Buteleczka w jej dłoniach delikatnie zadrżała.
-Niedawno przeszłam przez portal i jeszcze zwiedzam miasto... - zaczęła się tłumaczyć odkładając butelkę. Dziewczyno opanuj sie. To, że facet jest przystojny i miły to nie znaczy, że zaraz masz robić z siebie idiotkę. Nie masz szesnastu lat. Warknęła do siebie w myślach.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej