Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Nikt nie jest czysty!

(1/3) > >>

Viktor:
Nazwa wyprawy: Nikt nie jest czysty!
Prowadzący: Marduk Draven
Wymagania: pozwolenie prowadzącego
Uczestnicy: Gascaden, Viktor


Zebranie ekwipunku zajęło Viktorowi raptem kilka minut. Po wpadnięciu do swojej celi mężczyzna szybko otworzył drewnianą skrzynię, w której trzymał cały swój dobytek, i wyciągnął z niej dwie nowe sztuki broni – sztylet z czystego srebra, oraz kiścień. Obie te rzeczy rekrut otrzymał od Bractwa, by mógł skuteczniej pełnić swoją posługę. Obuch knecht przymocował do tego samego pasa, na którym nosił pochwę z prostym obywatelskim mieczem. Mając teraz ostrze po prawej stronie i kiścień po lewej, Viktor czuł się dużo pewniej niż z samą tylko klingą. Jeśli zaś o sztylecie mowa, to dla niego mężczyzna miał nowy pas. Założył go w ten sposób, by ukosem przecinał jego pierś, a później pochwę ze srebrnym puginałem przypiął do niego po prawej stronie. Gotowe. Teraz wystarczyło sięgnąć po leżącą obok siennika tarczę, również będącą darem od Zakonu, i założyć ją sobie na plecy, oraz przerzucić przez ramię niewielki lniany worek. Młody zakonnik zwykł nosić w nim swoje osobiste rzeczy. Nie było ich wiele i nie miały prawie żadnej wartości, ale niektóre z nich mogły przydać się na trakcie. Dobrym przykładem takiego przedmiotu było chociażby krzesiwo. Tak wyszykowany, mężczyzna opuścił swój pokój. Kolejnym celem, zgodnie z planem, był klasztor. Ten sam, w którym jeszcze kilka dni temu Viktor składał swoją świętą przysięgę. Chociaż budynek leżał niedaleko placów treningowych, o tej godzinie wypełnionych po brzegi ćwiczącymi braćmi i siostrami, w jego wnętrzu panowała absolutna cisza. Grube mury i solidne wrota doskonale tłumiły wszelkie dźwięki dochodzące z zewnątrz. Po przekroczeniu progu tego świętego miejsca, tak jak za pierwszym razem, młody rekrut skupił całą swoją uwagę na posągu Zartata. Ignorując zupełnie resztę otoczenia, stanął przed kamienną statuą i opadł na kolana.
-Panie mój, polecam Twemu miłosierdziu duszę mojego brata Kiellona, który za sprawą innych Twych sług opuścił ten ziemski padół. Oddał on swe życie z własnej woli, niech więc czyn ten wyjedna mu nagrodę w raju. Proszę, przyjmij jego duszę do krainy światła i pokoju i przyłącz ją do grona Twych wybranych.
Ciężko powiedzieć, dlaczego Viktor zdecydował się na tę modlitwę. Nie znał przecież zmarłego krasnoluda, nigdy nawet nie zamienił z nim słowa. Jego śmierć wstrząsnęła nim jednak. Być może dlatego, że z początku wydawała mu się okropnie niesprawiedliwa. Było tak do momentu, kiedy sam archanioł przemówił do prostego knechta i rzucił na te sprawę nieco światła. Niestety, Viktorowi w dalszym ciągu ciężko było zrozumieć całe zajście. Miał nadzieję, że samotna modlitwa uspokoi go i wygna z jego umysłu wszelkie wątpliwości. Nie zawiódł się. Czując jak po wypowiedzeniu słów ogarnia go dziwny spokój, zakonnik postanowił zostać tutaj jeszcze trochę i poświęcić się medytacji. Gdy poczuł już wreszcie, że wszystko jest takie jak być powinno, poprosił jeszcze Zartata o wsparcie podczas swojej nowej wyprawy i opuścił klasztor.
-Panie mój, Tyś jest Drogą, Prawdą i ÂŻyciem. Niech ta podróż przyniesie mi tylko to, czym Ty chcesz mnie obdarzyć. Z radością przyjmę szczęście, z pokorą zniosę ból i cierpienie, jeśli taka będzie wola Twoja. Wyruszam w Twoje imię, prowadź mnie Zartacie!
Ze wzgórza, na którym stał kościół, rekrut skierował się prosto do stajni. Stamtąd odebrał swój tymczasowy środek transportu. Wspaniałego ogiera bojowego, który miał mu służyć w trakcie podróży do Ekkerund. Ciężko opancerzony wierzchowiec prezentował się naprawdę niesamowicie, nic zatem dziwnego, że młody zakonnik czuł się niemalże wzruszony gdy przejmował lejce z rąk stajennego. To zwierzę było godne paladyna! Nie chcąc by towarzysz wyprawy musiał na niego czekać, knecht szybko zaprowadził swojego konia na dziedziniec zamkowy. To tam miał niedługo spotkać się z nieznajomym rycerzem.

Gascaden:
Gascaden długo nie mógł uwierzyć w to co się stało w kapitularzu. Nie znał zbyt dobrze Kiellona, lecz nie był to dla niego zupełnie obcy krasnolud. Był sympatycznym, choć trochę rubasznym brodaczem. Po tym co się stało, Jaszczuroczłek udał się do sali treningowej gdzie próbował rozładować złe emocje po stracie towarzysza. Dobył swojej broni i wpadając w szał niszczył każdy napotkany manekin, które w większości składały się ze szkieletu zbudowanego z dwóch kawałków drewna w formie krzyża ubrane w lniane worki napełnione słomą. Nieruchomi przeciwnicy otrzymywali po serię ciosów, aż całkowicie nie zostaną doszczętnie zniszczone, połamane i porozrywane na kawałki. Gascaden wpadł w istną furię, uwalniając z siebie pokłady skumulowanej energii w postaci emocji, które go ogarnęły po ostatnich wydarzeniach. W końcu stracił nad sobą kontrolę i nie panował nad tym co robi, ostatnimi czasy zdarzało mu się to co raz częściej. Destrukcyjne działanie przerwał jeden z knechtów, który wszedł do sali treningowej w poszukiwaniu rycerza. Mogłyby to być właściwie ostatnie chwile życia rekruta, gdyby Gascaden w porę się nie powstrzymał. Już zamachnął się młotem na człowieka i tuż przed jego twarzą zatrzymał broń. Dopiero po chwili dotarło do niego co prawie uczynił. Przerażony knecht powiedział co chciał powiedzieć i czym prędzej opuścił salę treningową. Jaszczuroczłek odprowadził wzrokiem rekruta, a następnie rozejrzał się po sali. W pomieszczeniu panował istny chaos - wszędzie znajdowały się drzazgi, połamane kije i resztki worków ze słomą. Rycerz przyjrzał się dokładnie temu co zrobił i dotarło do niego, że posunął się za daleko. Potrząsnął z niedowierzania głową i opuścił czym prędzej pomieszczenie. Udał się do swojej celi gdzie zabrał najpotrzebniejsze rzeczy i ruszył w kierunku głównego dziedzińca w siedzibie Bractwa ÂŚwitu.
Kalendarzowo było już późne Atunus i było to wyraźnie widać gdy Gascaden pojawił się na głównym dziedzińcu. Drzewa i inne krzewy otaczające dziedziniec miały już praktycznie nagie ramiona, na których trzymały się już jedynie najwytrwalsze z najwytrwalszych liście, które wciąż opierały się sile wiatru i nie zamierzały spaść. Pozostałe, które opuściły ramiona drzew, tańcząc w rytmie atunusowego wiatru z pełną gracją, wyglądały jak tancerki w kolorowych sukienkach, spadały na środek dziedzińca, tworząc piękny, barwny dywan. I właśnie ten barwny dywan sprzątało miotłami kilku knechtów tworząc z liści kilka stosów i gdy para rekrutów zamierzała już przenieść jeden stos na płachtę, aby następnie wyrzucić niepotrzebne liście gdzieś w rów poza zamkiem, niespodziewanie zawiał silnie wiatr przeszkadzając knechtom w robocie i rozpraszając liście w wszystkie strony silnym, wietrznym podmuchem. Rekruci westchnęli i powrócili ponownie do syzyfowej pracy jaką było grabienie liści od nowa. W całej tej walce człowieka z siłami natury gdzieś pośrodku stał młody rycerz przyglądający się wynajętemu, potężnemu, gniademu wierzchowcu. Poprawiał uzbrojenie wspaniałego konia oraz uzupełniał zapasy w jukach, bo wiedział, że czeka go i jego towarzysza długa podróż, więc należałoby się jakoś na nią przygotować. Gdy już wszystko sprawdził i był gotów do drogi, pozostało mu jedynie czekać na pewnego knechta. Zamiast zająć się na wypatrywaniu towarzysza, Gascaden zapatrzył się na dumnego ogiera, który majestatycznie wyglądał na tle atunusowego krajobrazu.

Marduk Draven:
Na dziedzińcu zebrał się zaiste mocny wiatr, który szumiąc uderzał w płaszcze i włosy, efektywnie rozwiewając je i niszcząc starannie ułożone fryzury wielu rekrutów, rycerzy bądź paladynów. Temperatura odczuwalna spadła przez to o kilka stopni. Jednak słońce rekompensowało to, było wczesne popołudnie
Gascaden poczuł nagle coś. Jakby poczucie obowiązku. Coś podpowiadało mu, że powinien zaprzestać wpatrywania się w konia zaciężnego i zacząć szukać, chociażby innych konnych, bo na  dziedzińcu była tylko jedna, inna prócz niego osoba z opancerzonym wierzchowcem.

Viktor:
Widząc jak na dziedzińcu pojawia się jaszczuroczłek w zbroi rycerza prowadzący za sobą wierzchowca podobnego do tego posiadanego przez Viktora, młody zakonnik zawahał się. Czyżby to był jego nowy kompan? Przed podejściem i przedstawieniem się powstrzymywała go tylko, wstyd to przyznać, rasa obcego. Nowy rekrut Bractwa, odkąd pamiętał, nie przepadał zbytnio za łuskowatymi. Nie czuł się w ich towarzystwie bezpiecznie, tak samo zresztą jak przy orkach. Przyczyną jego niechęci do tych nieludzi nie było jednak żadne tragiczne wydarzenie jak, na przykład, spalenie rodzinnej wioski Viktora przez hordę zielonoskórych. Do niczego takiego nie doszło, powód był zupełnie inny. Knecht najzwyczajniej w świecie uważał, że wspomnianym rasom bliżej jest do zwierząt niż do ludzi. Według niego były to niecywilizowane dzikusy, które nie powinny żyć w społeczeństwie. Patrząc jednak teraz na stojącego przed nim rycerza człowiek miał szczerą nadzieję, że nie miał racji. W przeciwnym razie, oby ten tutaj był przysłowiowym wyjątkiem od reguły.
Na Zartata, musi nim być. Inaczej Zakon nie przyjąłby go w swoje szeregi, głupcze.
Kierowany tą myślą, rekrut zbliżył się wreszcie do łuskowatego. Nigdy nie był dobrym kłamcą, ale postanowił, że spróbuje nie zdradzać się ze swoimi uprzedzeniami. Głupio byłoby posprzeczać się z towarzyszem podróży jeszcze przed jej rozpoczęciem. Poza tym, to był pasowany rycerz! Z racji tego należał mu się szacunek.
-Witaj, sir. Zgaduję, że to z tobą mam pojechać do Ekkerund. Mam na imię Viktor.

Gascaden:
Jaszczur przez moment zapomniał, że na kogoś czeka i zatracił się w patrzeniu na wierzchowca. Dopiero gdy koń zarżał widząc podchodzącego człowieka, Gascaden oderwał wzrok od niepaprzystokopytnego zwierzaka w chwilii gdy ktoś zaczął mówić (chyba) do niego. Odwrócił się do rozmówcy i przyjrzał mu się dokładnie. Wyczuł od niego wrodzoną chyba już w każdym człowieku niechęć do wszystkiego co nie wygląda tak samo jak człowiek lub elf. Wiele razy jaszczuroczłek zmagał się z rasistowskimi docinkami i prześladowaniami tylko i wyłącznie ze względu na to, że posiadał łuski i ogon. Z biegiem czasu uodpornił się na tego typu zaczepki i nie reagował na docinki. Nawet w Bractwie, gdy dołączył do Zakonu, czuł na sobie wzrok ludzi, wzrok typowy, którym traktowano "odmieńców". Z czasem jednak, gdy Gascadenowi udało się uzyskać pas rycerski i ostrogi, bracia zakonni darzyli go szacunkiem i nie próbowali nawet zaczepiać go ze względu na to, że jest jaszczuroczłekiem.
- Witaj, jestem Gascaden. Gotów żeś na podróż?
Jaszczurzy rycerz wyciągnął rękę w kierunku Viktora w geście przywitania, pokazując tym samym, że nie jest jakimś barbarzyńskim odmieńcem i jest ucywilizowany jak każdy inny w Bractwie.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej