Poszedł dalej. Przed siebie. W ciemność jasność. W muzykę. Bo lubił muzykę. Sporo rodzajów muzyki, należało zaznaczyć. Lubował się w prostych, skocznych melodiach ludowych, które przepełnione były piszczałkami, bębenkami, dzwonkami i lutnią. Uwielbiał karkołomne rytmy, pędzące na złamanie karku, przy których spocone ciała roześmianych ludzi łączyły się w ciasnych splotach, gdy biesiadnicy łapali łapczywie oddech, próbując wrócić do świata żywych. Uwielbiał pokraczne harmonie, zmiany tempa, gładkie melodie i dźwięczne akordy. Lubował się w dodawaniu kolejnych instrumentów, tworzeniu symfonii, bawieniu się konwencją. Oktawa nałożona na pierwszą linię dawała tyle głębi, jakby znaczyła początek nowego utworu. Ale lubił też prostotę. Chóry, msze, kantaty, wolne i leniwe pasaże, płynne zagrywki i schematyczne pasaże. Widział w wielogłosie drugie dno, nakładał wiele warstw na prostą z pozoru melodię, która zmieniała metrum i łamała swój rytm, grając raz triolami, potem zaś na cztery, by wrócić znowu do trójek, ale dwa razy szybszych, bardziej szaleńczych, próbujących nadążyć za basem płynącym w tle.
Poszedł więc dalej. Przed siebie. W jasność. W muzykę.