Autor Wątek: Nie przybywajcie do Khorinis  (Przeczytany 271 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline MonarchistaAutor wątku

  • Kret
  • *
  • Wiadomości: 3
  • Reputacja: 0
  • Monarchista nie ma żadnego wpływu.

    • Zobacz profil
Nie przybywajcie do Khorinis
« dnia: 29 Październik 2017, 15:56:35 »
O zaginięciach było głośno od dłuższego czasu, aczkolwiek traktowano je w kategorii plotek i miejskich legend. Dopiero gdy mój kuzyn zniknął bez wieści, postanowiłem osobiście zbadać co tak naprawdę dzieje się w portowym mieście Khorinis; spakowałem więc prowiant, i po rejsie na statku wraz z niestrudzoną dalekimi podróżami grupą kupców, przebyłem jałowy szlak handlowy ciągnący się wzdłuż Górniczej Doliny.

Wyspa była, zgodnie z zapowiedziami starszyzny, całkowicie dzika. Tereny dawniej zamieszkałe przez najemników, czy niezależnych kłusowników, teraz wyglądały obco, zalesione i potraktowane przez czas zupełnie nie przypominały krainy sprzed wielkiej wojny. Panowała tu dziwnie pusta atmosfera, wypełniona długowieczną ciszą, z którą wojował jedynie szum gęstego lasu. Wiatr jakby szeptał tajemnice w nieznanym mi języku, i stąpając po ziemi, niekiedy czarnej niczym popiół upadłej cywilizacji, miałem wrażenie jakobym był jedynym, być może pierwszym, człowiekiem który dotknął wyspę swą stopą. Nieswojość potęgowały w groźny sposób wygięte gałęzie, agresywnością ostrzegały ciekawskich awanturników przed dalszą wędrówką. Pokonując długą, zatartą niemal drogę wśród wszędobylskich drzew, czułem niepokój, acz nie wiedziałem przed czym. Być może bałem się właśnie tej niewiedzy. Wystarczą przypuszczenia, kilka niedomówień i wyobraźnia – tak wykreowany zostaje największy potwór, wyjadający trzewia naszych głów.

W końcu ponad drzewami ukazała się wieża, a zaraz następna, kawałek po kawałku słynne portowe miasto odsłaniało przede mną swoje zagadkowe oblicze. Wysokość starych rozpadających się murów nie zezwalała na ujrzenie choćby dachów domostw, unosił się jeno kłębiasty dym, prawdopodobnie odpowiedzialny za poczucie przeze mnie nieznośnego fetoru zgnilizny, gdy stanąłem u bram. Dwaj strażnicy, wyglądający jakby nie zażyli kąpieli od co najmniej miesiąca, spojrzeli tylko na mnie badawczo, po czym skinęli głowami.

Zaprawdę nie mam bladego ni zielonego pojęcia jakie unikatowe słowa i bluźniercze wyrażenia prawowicie oddałyby nędzę, smród i rozpad tak dobrze wszak zapisanego na kartach historii Khorinis. Postanowiłem, że przed znalezieniem pensjonatu w celu odpoczynku po podróży, przejdę się uliczkami miasta by na własne oczy przekonać się o prawdziwości przekazywanych mi informacji o upadku tegoż miejsca. Zdecydowałem się ruszyć w kierunku portu, podążając za zapachem ryb wymieszanym z wilgotną bryzą morskiego powietrza. Minąwszy tym samym przejście do górnego miasta, które teraz nie różniło się w ogóle od południowego rejonu, porównywałem zastaną zamarłą przestrzeń z zasłyszanymi i przeczytanymi historiami.

Po śmierci Lorda Hagena zwierzchnictwo objął jego jedyny syn Lantus. Niedoświadczonemu władcy przyszło się zmierzyć z kryzysem po wysłaniu wojsk w głąb Myrtany na wspólną walkę z zastępami orków, a także biedą spowodowaną wyczerpaniem się złóż rudy w Górniczej Dolinie. Straciwszy swoje jedyne źródło utrzymania, odseparowane wielką wodą od pozostałych miast, Khorinis swe kontakty handlowe ograniczyło wyłącznie do eksportu ryb i leczniczych roślin, w sprzedaży których niegdyś pośredniczyło magom ognia, zanim i ci się wynieśli. Rolnictwo upadło krótko po tym jak Lord Lantus rozkazał wszystkie okoliczne farmy wziąć pod dzierżawę. Poza miastem funkcjonowała chyba jedynie latarnia morska. O uzależnionym od połowów ryb Khorinis mówiono żartobliwie iż droga tu prowadzi w jedną stronę, bo każdego czeka tu śmierć z niedożywienia, ponieważ panuje tu taka bieda, że nie ma nawet co kraść. Aczkolwiek ludzie tu wciąż żyli, musiało więc im wystarczać na przetrwanie. Z drugiej jednak strony – obserwując zmiany wywołane zamknięciem pobliskiej kolonii karnej i równoznacznym załamaniem gospodarki w tej odizolowanej, nękanej przez głód i zepsucie mieścinie, powodowały mój brak zdziwienia wobec pogłosek o przypadkach ludzi, których ślad urwał się właśnie tu. Nawet prowadzącą przez góry drogę do Jarkendaru uniemożliwiały niezliczone ilości trolli, co jeszcze bardziej potęgowało beznadziejność sytuacji, w jakiej znaleźli się mieszkańcy wyspy.

Kiedy już dotarłem do dzielnicy portowej, skierowałem się ku małej karczmie, skąd dochodziły pijackie okrzyki i ogólna wrzawa. Do tej pory myślałem że bardziej śmierdzącego miejsca w królestwie nie ma. Myliłem się. Zasiadłszy przy ladzie zamówiłem kufel piwa, aby gospodarz nie pomyślał że przyszedłem tu tylko z zamiarem wypytania go o wszystko. Lekko zielonawy na skórze jegomość zmierzył mnie wnikliwym spojrzeniem, po czym wypełnił kubek pienistą substancją. Gdy sięgnąłem po sakiewkę wypełnioną monetami, poczułem na sobie podejrzliwe spojrzenia, a w oczach samego karczmarza zobaczyłem dziwaczny błysk, trwało to jednak zaledwie chwilę, i wychudzony facet wrócił do swych obowiązków. Sącząc powoli trunek, zastanawiałem się od czego zacząć rozmowę. Zależało mi bowiem na zrobieniu pozytywnego wrażenia, by nie zrazić do siebie potencjalnych źródeł informacji. Kiedy w kubku skończyło się piwo, a mi nadal brakowało pomysłu, zwrócił się do mnie siedzący obok będący na rauszu zarośnięty chłop w postrzępionej, dziurawej marynarskiej koszuli, i o spiczastym nosie.
- Nowy w mieście, co? Jakiż to powód przytargał cię do tego przeklętego kurwidołu?
- Chcę odwiedzić mego kuzyna, ponoć nie wcześniej jak miesiąc temu przybył w te rejony. Nazywa się Hosper. Nie wiesz gdzie powinienem go szukać?
- Nie znam gościa – odparł i oblizał wargi.
- No trudno. Jutro z rana o niego popytam. Dobranoc.
To wyrzekłszy wstałem i ruszyłem szukać szyldu noclegowni. Znalazłem ją na drugim końcu miasta, w środku było ciepło za sprawą kominka. Siedząca na fotelu kobieta w średnim wieku podniosła wzrok znad książki i twarz jej na mój widok wyraźnie się ożywiła. Zadowolona że wreszcie ma jakiegoś klienta, z werwą wyciągnęła pióro i ryzę pergaminu by przejść do transakcji.

Pensjonat nie był zły, jeśli porównać go ze stanem całej reszty. Schowałem rzeczy do kufra i obmyłem twarz w stojącej przy łóżku drewnianej misie. Możliwe iż w kącie mego oka przebiegł szczur, ale obojętny na te rewelacje, zmęczony runąłem na łóżko. 

Obudził mnie dziwny swąd. Wyciągając się na ziemi czułem że spałem przez długi czas. Zaraz… na ziemi? Zaskoczony omiotłem wzrokiem wszystko wokół. Znajdowałem się w małym pomieszczeniu zamkniętym żelazną kratą. Ciarki przeszły mi po plecach jak gromadka pająków, aż paranoicznie zacząłem chylić głowę przed niewidzialnymi pajęczynami. W ciemności dało się dostrzec kontury przeróżnych gratów, nienadających się do użytku. Zbadałem rękoma wilgotne ściany, lecz nie było żadnej dziury bądź fragmentu muru podatnego na uderzenie. Podobnież uczyniłem z kratami, i ku mojemu zadowoleniu, w prawym dolnym rogu brakowało małego elementu, który najwyraźniej został niedbale odpiłowany. Wątpiłem w to że się zmieszczę, ale nie miałem innego wyboru. Choć nieco przymulony, prawdopodobnie na wskutek działania jakichś medykamentów, z całych sił zacząłem odpychać się nogami od gruntu, i tym samym przeciskać się na drugą stronę przez nierówno obcięty otwór. Nagle poczułem ostry, piekący ból. Okazało się, że ostro zakończony kawałek kraty wżynał mi się w brzuch. Pomimo czerwonej rany, kontynuowałem przeciskanie się, z przerwami na odsapnięcie po wysiłku nagradzanym cierpieniem, ale jednocześnie zbliżaniem się do całkowitego opuszczenia więziennej celi. Po kolejnym silnym odepchnięciu, byłem pewien, że właśnie rozciąłem sobie pępek. Czując jak krew umyka z miejsca rozerwanej koszuli wprost na ziemię, w słyszanym tylko w mojej głowie krzyku i ze łzami w oczach, wydostałem się na wolność. Zdyszany i zlany potem ruszyłem przed siebie, ręką tamując krew uciekającą z rozprutego brzucha. Pośród ciemności spostrzegłem, że jestem pod ziemią, a mianowicie w kanałach. Co chwilę korytarz rozgałęział się w identycznym skrzyżowaniu, czasami natykałem się na wypełnione pokwikującymi szczurami małe kanciapy z rupieciami, przeznaczonymi na śmietnik, może handel. Podążałem za obcym mi zapachem, który tutaj zdawał się być jeszcze bardziej intensywnym, aż natknąłem się na mdławe światło dobywające z wejścia na środku jednego z korytarzy. Zakradłszy się za winkiel nasłuchiwałem najdrobniejszego dźwięku, i upewniwszy się że nikogo nie ma wewnątrz, wychyliłem się. Albowiem to co zobaczyłem w jedynym oświetlonym miejscu sieci podziemia przechodzi wszelką wrażliwość człowieka, wpierw dane mi było zwymiotować. Na samym dole, tuż pod miastem przesączonym nieznaną silną wonią, która wnikała w przechodniów, znajdowało się wielkie pomieszczenie z ogromnym paleniskiem, a na palenisku owym piekły się połacie mięsa. Zbliżywszy się do stołu, wśród pokrojonych porcji ujrzałem ludzką rękę, i w panice paraliżującej myśli, zacząłem bezsensownie biec przez korytarze. Po tym jak usłyszałem niesione przez echo liczne kroki, skręciłem do jednej z rupieciarni.

Jeśli mają ze sobą świeczki lub lampy, bez trudu podążą za szlakiem mojej krwi. Zszokowany, w jednej z komód znalazłem pióro i kałamarz, a tuż obok wejścia stoi sterta pożółkłego papieru. Prawda musi zostać odkryta – kartki zamierzam ukryć z powrotem w komodzie w nadziei, że w jakiś sposób zostaną przeczytane przez kogoś z zewnątrz. Jeśli skończy mi się atrament, będę pisał krwią z rozszarpanego brzucha. Przypomniały mi się słowa jednego z handlarzy, z którymi odbyłem morską podróż. Powiedział on, że miejsce do którego się udaję jest zapomniane przez boga. Usnułem jednak inną tezę – to miejsce, w którym to ludzie zapomnieli o bogu. Dzieje się tu coś złego. Słyszę jak się zbliżają. Nie wiem czy uda mi się ujść z życiem, ale obojętnie co się stanie, piszę tę opowieść by wszystkich ostrzec. Nie przybywajcie do Khorinis.

 

 

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 
SMF 2.0.15 | SMF © 2011, Simple Machines
Enotify by CreateAForum.com

DarkBreak by DzinerStudio
Copyright 2005-2014 Tawerna Gothic - Oficjalny Polski serwis o grach z serii Gothic. Wszelkie prawa zastrzeżone.