Krasnolud skończył, ładować pistolety, które były gotowe nieść śmierć piratom. Kiellon będąc już znudzony od tego całego czekania na dalsze polecenia bądź zostania oddelegowany do misji, stał i nic już nie robił. Zbroja mu trochę ciążyła, bo nawet usiąść za wygodnie nie mógł a nogi zaczynały odczuwać lekki ból. Właśnie wtedy wypadł Marduke, który przygotował polecenie nawet dla brodacza. - Uwiniemy się w piętnaście! Krzyknął i zaraz zwołał chłopaków zakonnych, żeby ruszyli się. - Bracia padły rozkazy, pora ruszać na front! Brać konie i nie zapomnieć o Zirael naszego marszałka. Do dzieła! Rozkazał i poczuł się na moment fajnie, ale po tym marnym przedstawieniu sam ruszył podpokład galeonu, gdzie zastał swoje koniśia. Koń zarżał miło na widok brodacza. Całe szczęście, że nim mu się nie stało inaczej miałby do pogadania z czarnym orkiem. Kiellon jednak nie czekał, tylko odpiął go i wyprowadził powoli na główny pokład, by po trapie zejść na plażę, jednakże nim wsiadł, wziął sobie krzesełko, żeby wgramolić się na ogiera, ale koń nie był głupi i lekko, uklęknął dając szanse brodaczowi na wejście i po chwili się udało! Koń wyprostował się i był gotów jechać ze swym jeźdźcem, gdzie tylko zechcą. W międzyczasie pozostali rycerze bractwa wyszykowali się i czekali na dalsze polecenia. Jeden z zakonników trzymał dwa konie i czekał na pojawienie się Marduke. - Marszałku! Wszystko gotowe! Czas na nas! Wykrzyknął, żeby słyszał, aby się pośpieszył. Kunanie nie będą czekać a trzeba zdobyć całe miasto i pomniejsze posterunki!