Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Piechur

(1/4) > >>

Egbert:
Nazwa wyprawy: Piechur
Prowadzący wyprawę: Rikka z Maer
Wymagania do uczestnictwa w wyprawie: BRAK
Uczestnicy wyprawy: Egbert, + ewentualni chętni


Z samego rana Egbert postanowił wyruszyć w drogę. Jakby nie patrzeć od gminy Javemir dzieliło go wiele kilometrów, a za jedyny środek transportu miał obecnie własne nogi. Zabrał więc cały swój dobytek, na który składał się kiepski miecz, ubrania i odrobina żywności, po czym opuścił swoją chałupę na podgrodziu. Pewnie nie będzie go tutaj przez dłuższy czas, dlatego przed odejściem mężczyzna zdecydował się zabić drzwi kilkoma deskami. Nie żeby miał w środku coś wartościowego, albo jakoś specjalnie przywiązał się do nowego domu. Po prostu po powrocie do stolicy nie chciał spotkać w swoim mieszkaniu jakichś dzikich lokatorów.
Marszem pokonał sieć błotnistych alejek dzielnicy biedoty i wyszedł poza miasto. Smród podgrodzia szybko ustąpił typowym wiejskim zapachom, których źródłem były okoliczne gospodarstwa i farmy. Ten chłopski krajobraz byłby całkiem miły dla oka, sielankowy prawie, gdyby nie te zbiorowiska biedaków starających się uciec przed wojną. Uchodźcy, którzy nie znaleźli swojego miejsca za murami i bali się spędzić noc na podgrodziu, rozbili obozy właśnie tutaj. Wokół pełno było namiotów i na prędko skleconych szałasów. Patrząc na twarze tych wszystkich ludzi Egbert po raz kolejny doszedł do wniosku, że gdy już dochodzi do wojny, wbrew wszystkiemu, najlepiej być właśnie żołnierzem.

Rikka Malkain:
Dzień był ciepły i bezwietrzny, chociaż przy tym dość pochmurny. W każdym razie, póki co, marsz okazał się być dla wędrowca całkiem przyjemny. Dobrze, że ci wszyscy bezdomni nieszczęśnicy nie muszą martwić się jeszcze chociażby deszczem. To znaczy, z pewnością mają teraz większe zmartwienia niż pogoda, ale zimą może się to zmienić. Lepiej nie myśleć co stanie się z tymi ludźmi gdy spadną śniegi. Ty jednak zostawiłeś za sobą ostatnie gospodarstwa i głównym traktem ruszyłeś na południowy wschód.

Egbert:
Szedł. Nie zważając na upływ czasu, Egbert nie zmniejszał tempa marszu idąc przed siebie pewnym żołnierskim krokiem. Mijał pieszych kupców, całe karawany, oraz zwykłych podróżnych. Częstym widokiem w ostatnich dniach byli również maszerujący wojacy. Tym razem jednak na żadnych nie trafił. Minął się za to z grupą cyrkowców. Szczerze mówiąc, wyglądali bardziej na żebraków niż na artystów, ale nie ma się czemu dziwić. Popyt na ich usługi musiał znacznie zmaleć po wybuchu wojny. Zajęty rozmyślaniem nad celem swojej podróży, piechur parł naprzód niestrudzenie pokonując metr za metrem. Z każdym krokiem coraz bardziej zbliżał się do Bastardo i nowej kompani. Z pewnym roztargnieniem przywołał teraz w myślach swoich dawnych kompanów, nauczycieli, przełożonych i podwładnych. Większości twarzy i tak nie mógł sobie przypomnieć, nie wspominając już o imionach. Ilu z nich poległo? Zbyt wielu, ale jemu jakoś udało zachować się przy życiu. Nie zamierzał się tym jednak teraz kłopotać. W swoim życiu będzie musiał stoczyć jeszcze niejedną walkę i ta myśl ani trochę go nie przytłaczała.
Wiedział, że podróż nad morze zajmie mu kilka dni, dlatego teraz zaczął zastanawiać się nad swoim noclegiem. Nie miał przy sobie ani grzywny, więc jakakolwiek karczma czy zajazd z miejsca odpadały. Wszystko wskazywało na to, że będzie musiał przespać się na polu leżąc w jakimś stogu siana, lub rozbić obozowisko w lesie. Trzeba będzie też zatroszczyć się o coś do jedzenia.

Rikka Malkain:
Późnym popołudniem, gdy zjadłeś już wszystkie swoje skromne racje żywnościowe, natrafiłeś na trakcie na przeszkodę. Ktoś inny mógłby ją zwyczajnie ominąć, ale dla ciebie było to wręcz niemożliwe. Jakiś wewnętrzny głos nie pozwalał ci przejść obojętnie obok okazji do pomachania mieczem. Trzeba było się wmieszać. Prosty wóz kupiecki został zatrzymany przecz trójkę mężczyzn pod bronią. Jeden z woźniców leżał martwy nieopodal miejsca zdarzenia, drugi zaś wczołgał się pod wóz chcąc ratować swoje życie. Podczas gdy jeden z bandytów próbował go stamtąd wyciągnąć, pozostali dwaj stali już na wozie i zajęci byli przerzucaniem towarów. Nie widzieli cię, a prócz was na trakcie nie było nikogo.


* Niziołek bandyta
* Bandyta x2

Egbert:
Fakt, w takiej chwili Egbert nie mógł zwyczajnie odpuścić. Już stanowczo za długo nie stoczył dobrego pojedynku. Nie przerywając marszu wprawnym ruchem dobył miecza i wolno, jakby gromadząc siły, zakręcił nim młyńca w powietrzu. Pierwszy miał być bandyta próbujący dopaść kupca. Wojownik przyspieszył. Rabusie na wozie dopiero teraz dostrzegli pędzącego na nich olbrzyma. Krzyknęli ostrzegawczo do swojego towarzysza na ziemi, ale dla niego było już za późno. Zanim zdążył się wyprostować i odwrócić, Egbert zaatakował. Z rozmachem, korzystając z rozpędu i całej swojej masy, wyprowadził potężne cięcie od góry. Miecz wbił się głęboko w ciało bandyty pomiędzy głową a lewym barkiem. Rudobrody dałby sobie rękę odciąć, że gdyby tylko jego broń była ostrzejsza rozpłatałby w tej chwili przeciwnika na dwoje. Pozostało mu jeszcze dwóch, dlatego szarpnięciem wyrwał miecz z ciała pokonanego, którego trup bezwładnie zwalił się na ziemię. Tamci byli już przygotowani do walki, więc nie było nawet mowy by poszło z nimi równie łatwo. Nie musiało. Wojownik był spragniony wymagającego starcia, więc wolał żeby ta dwójka stanowiła wyzwanie. Uśmiechnął się widząc jak tamci patrzą na ciało kompana i zawarczał jak dzikie zwierzę. Nie zrobił tego naumyślnie, złowrogi pomruk sam wydobył się gdzieś z głębi jego wielkiego cielska. To jego dzika natura za wszelką cenę próbowała wyrwać się na zewnątrz.

//
Niziołek bandyta x1
Bandyta x1

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej