Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Kuszenie Evening Antarii
Evening Antarii:
Nazwa wyprawy: Kuszenie Evening Antarii
Prowadzący wyprawę: Isentor
Wymagania do uczestnictwa w wyprawie:uczestnictwo w wyprawie "W tajnej służbie Jego Królewskiej Mości".
Uczestnicy wyprawy: Evening Antarii
Zimna dłoń, która dotknęła jej czoła - to było ostatnie co zapamiętała. Później opadła bezwładnie na deski pokładu.
Tausae:
Evening Antarii obudziła się w zimnym i ciemnym lochu o kształcie okręgu, wysokim na dobre 10 metrów, zwieńczonym kratą z czerwonej rudy, przez którą nieśmiało wpadały promienie popołudniowego słońca. Anielica była skrępowana łańcuchami z czerwonej rudy na rękach i karku. Znajdowała się w pozycji klęczącej, na kolanach. Kostki miała unieruchomione i przypięte do podłoża metalowymi obręczami. W jej skrzydła zatopiono gwoźdźcie, zostały nimi przybite do podłoża. Anielica poczuła zimny dotyk na czole i ponownie odzyskała przytomność. Przed jej oczyma znajdowała się sylwetka tajemniczego bytu.
Evening Antarii:
Powrót do rzeczywistości był bolesny. Całe jej ciało promieniowało tym bólem. Docierał do jej mózgu zewsząd. Zdrętwiałe nogi, zniewolone ręce i skrzydła. Skrzydła... One najbardziej ucierpiały. Poprzebijane gwoździami, przygwożdżone do ziemi. Była jak ptak- nie dość że w klatce, to zaszczuty i zgnębiony, bez możliwości obrony.
Chłód sprawiał, że cała się trzęsła, a z jej ust leciała para. Nie wiedziała, czy to z zimna czy z bólu cała tak dygoce. Wiedziała jednak, że władzę nad nią sprawuje teraz ta istota, która skuła ją kajdanami. To na jej rozkaz anielica mdlała czy budziła się. Tutaj Eve była bez szans. Znów była zwykłym, szarym człowiekiem, bez żadnej mocy, tak samo narażonym na śmierć jak i zwykły szczur. Byle choroba, przeziębienie, nieszczęśliwy przypadek, mógł być powodem śmierci. Tylko, że ona czuła się gorzej. Kiedyś doświadczyła swej anielskiej potęgi. Być może na Valfden nie było takich demonów, którym nie dałaby rady. Tutaj była nikim i doświadczała tego po stokroć.
Uroniła łzę, ale zacisnęła zęby i uniosła głowę do góry, by spojrzeć na pana demonów. Miała wrażenie, że piekło jest zimne i ciemne, jak tu, w tych lochach. I jest się samemu, jest się bezradnym.
-Czego chcesz!? Kim jesteś!? Czemu ma to służyć?- wydyszała przez zęby. Słychać było jej złość, nie mogła przecież pokazać, że się boi. -Moja dusza należy do Zartata. Możecie mnie więzić, ale nie złamiecie mnie...
Tausae:
- Nazywam się Tausae, droga siostro. Niegdyś należałem do niebiańskich istot, było to zanim otworzono mi oczy na cierpienie mojej nowej rodziny. Twoja dusza może jeszcze należeć do Zartata, ale wkrótce to ja stanę się jej jedynym właścicielem. Upadły anioł przyłożył wskazujący palec do czoła Evening, wyciągnięcie informacji od osłabionej kobiety przyszło mu bez trudu. - Evening Antarii, Bractwo ÂŚwitu, anielica w służbie Zartata - widzę wszystko bardzo wyraźnie. Tausae zwiększył nacisk palcem na czoło anielicy próbując przywołac jej największe wspomnienie lęku.
//Opis wspomnienie swojej postaci, kiedy bała się czegoś najbardziej w życiu, była wręcz sparaliżowana przez strach.
Evening Antarii:
ÂŻycie Eve nie obfitowało w straszne momenty. Prócz tego, oczywiście. Była to jak dotąd najgorsza sytuacja, w jakiej się znalazła. Jednak nie bała się teraz tak bardzo, jak wtedy...
Był jesienny, szary dzień. Nad ziemią unosiły się gęste mgły. W nocy zdarzał się mróz, ale w dzień wciąż było ciepło. Więc te mgły, gęste jak mleko, zasnuwały świat i całe miasteczko, w którym mieszkała dziewczyna. Ranek był więc posępny i zimny, nie zapowiadał się jednak źle. Eve miała wtedy sześć lat. Okolicę znała jak własną kieszeń. Las, plaża, klif, rynek w miasteczku, statek ojca - nic nie miało przed nią tajemnic. Dziewczynka pewnego dnia wybrała się za miasto. Miała iść do przyjaciółki jej mamy odebrać szytą na miarę sukienkę. Eve ruszyła dziarsko gwiżdżąc wesołe piosenki. Po drodze zerwała trochę kwiatów, wiadomo, taka mała dziewczyna nie mogła iść prosto ścieżką, tylko zwiedzała znajomą okolicę bardzo beztrosko, nie martwiąc się ani o czas, ani o czekającą mamę.
W pewnym momencie zboczyła z głównego szlaku przez las. Jej nogi poniosły ją do zagajnika, całkiem upiornego. Drzewa rosły tam jakieś powykręcane, ciemne, przypominały małej Eve potwory, jakby zaraz miały się ruszyć i złapać ją. Wyobraźnia dziewczynki podpowiadała jej różne obrazy, przerysowane, przesycone tym, co słyszała w bajkach o magicznych potworach. Ciekawość... ciekawość to pierwszy stopień do piekła. A tego dnia Eve była wyjątkowo ciekawska.
Wśród starych drzew stała dwupiętrowa chata. Była zaniedbana, ale dałoby się w niej mieszkać. Nieco pokryta mchem, ale ścieżki wokół niej nie były zarośnięte. Drzwi były uchylone... Kusiło, by zajrzeć. Drewniane podłoga skrzypiała pod stopami małej dziewczynki. W przedsionku stała para butów, wisiał płaszcz. Eve poszła do drugiego pokoju, minęła schody na górę.
Na stole płonęła jedna świeczka. Wosku nie było już dużo. Jednak to nie światło zwróciło uwagę dziewczynki. Krew. ÂŚmierdząca posoka błyszcząca się na podłodze. A w jej środku ciało kobiety. Miała powykręcane nogi i ręce, połamane w wielu miejscach. Nie miała powiek, białka jej oczu były wyschnięte. Jedno ucho leżało obok. Była naga, lecz jej ciało nie leżało białe, zimne i spokojne. Było porozcinane, poranione, postrzępione, z powyrywanymi kawałkami skóry, oszpecone, potworne, straszliwe. ÂŻadne robaki nie chodziły po niej, trup był świeży.
Eve krzyknęła wystraszona i zaczęła płakać. Chciała biec, lecz nie mogła. Nogi jej drżały, mózg był zdominowany przez ten obraz okrucieństwa. Nagle usłyszała skrzypienie na schodach. Kroki... powolne, ale stanowcze. Męskie, zdecydowane kroki.
Dziewczynka wybiegła z chaty, biegła i płakała, krzyczała, potykała się. Lecz mężczyzna, wysoki, o surowej twarzy, z zimnym wzrokiem, swoimi wielkimi krokami doganiał ją. Biegł coraz szybciej, a Eve wydawało się, że nie wyjdzie z tego cało. Pomógł jej las. Ten sam, zasnuty mgłą i ciemny. Pomógł jej przeżyć.
Evening szybko znalazła spore wgłębienie w ziemi. Wpadła między zarośla i znalazła kryjówkę w pniu drzewa. Musiała siedzieć cicho, a łzy wielkości ziaren grochu znaczyły jej twarz wilgotnymi ścieżkami. Zakryła usta dłonią. Milczała.
Lecz mężczyzna jej szukał. Słyszała jego kroki na liściach, zdenerwowany głos, gdy kazał jej wychodzić. Dłonie nadmiernie się pociły, a świadomość, że morderca jest w pobliżu była paraliżująca.
Minął wieczór, minęła noc...
Dopiero wtedy dziewczynka zdecydowała się wyjść z ukrycia. Nikogo nie było w pobliżu. Las znowu był cichy, a nie pełen potwornych wołań zwyrodnialca. Zdrętwiałe nogi tym razem nie odmówiły posłuszeństwa. Z kołatającym sercem i duszą na ramieniu Eve biegła co tchu do domu. Chciała już być bezpieczna, schować się w ramionach matki, ale to wydarzenie nigdy nie przestanie do niej powracać w najgorszych koszmarach.
Anielica warknęła i potrząsnęła głową, by nie czuć już tego zimnego, złego dotyku.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej