Tereny Valfden > Dział Wypraw

Wiosenny spacer

(1/14) > >>

Rodred:
Nazwa wyprawy: Wiosenny spacer
Prowadzący wyprawę: Evening Antarii
Wymagania do uczestnictwa w wyprawie: bycie Rodredem
Uczestnicy wyprawy: Rodred

- Pancerz? Jest.
- Topór? Jest. Hmm lekko wyszczerbiony, będę go musiał domyć i podostrzyć.
- Tarcza? Jest.

Po upewnieniu się iż wszystko ze sobą zabrałem ruszyłem w drogę powrotną do Efehidon z areny na, której przed chwilą stoczyłem bój. Niestety nie udało mi się złapać, żadnego wozu powrotnego więc wracałem na piechotę licząc, że coś będzie przejeżdżać.

Evening Antarii:
Ten trakt był dość mocno uczęszczany. ÂŁączył on bowiem ze sobą dwa najważniejsze miasta wyspy. Codziennie podróżowało nim wielu handlarzy i kupców, wożąc cały swój dobytek na obładowanych wozach z nadzieją sprzedania wszystkiego w porcie albo na rynku w stolicy.
Dzisiaj było wyjątkowo... pusto. Zbliżał się już wieczór, nikt nie chciał udawać się w nocną podróż. Tylko paru konnych przejechało obok Rodreda, ale nawet na niego nie spojrzeli. Mieli swoje sprawy, gdzieś się spieszyli. Potem jeden staruszek na ośle, ale on pewnie niedaleko miał gospodarstwo i wracał na noc do domu.
Odezwał się jednak do mężczyzny zachrypłym, słabym głosem.
- Dokąd tak spieszno, hę?- odkaszlnął. - Tutaj bywa niebezpiecznie... Wokół same lasy i tylko pojedyncze domy. Uważajno młodzieńcze na siebie- ostrzegł go starowinek.

Rodred:
- Do domu z areny wracam. Szkolony w boju jestem i niemal grosza przy duszy nie mam. Nikt mi na trakcie nie zagraża ,a i po co? Uznając słowa staruszka za zwykłe zrzędzenie  starszych ludzi ruszyłem dalej, mówiąc tylko na odchodnym. - Jak by mnie ciemna i głucha noc zastała, toż to na pewno jakowaś karczemka się po drodze natrafi.

Evening Antarii:
- Tu? W okolicy nie ma żadnej, o ile sobie dobrze przypominam- podrapał się po siwej głowie. Staruszek miał swoje lata i dużo wiedział. A przynajmniej dobrze znał te strony. - Bywaj, młodzieńcze. - Na odchodne machnął ręką w stronę Rodreda, trochę jakby z rezygnacją, trochę jakby na pożegnanie, i skręcił gdzieś w bok - zapewne w dróżkę do swego gospodarstwa.
Rodred został sam. Nie było jeszcze całkiem ciemno, było szaro. Słońce zaszło już za horyzontem. W oddali, na zakręcie, mężczyzna usłyszał szmery, jakieś pospieszne gadanie i szelest liści. Nie mógł jeszcze dojrzeć co się tam dzieje.

Rodred:
Zerkam za siebie czy jak by co mam gdzie uciekać i ruszam do przodu pewnie. - Jak się ściemni to sobie rozbije szałas. Rozglądam się za dogodnym miejscem na nocleg jednocześnie wypatrując po drodze potencjalnej zasadzki. idąc tak powtarzam sobie dobrze mi znane słowa Prawa Cienia:
Jestem nieśmiertelny,
jestem ciemnością,
wieczną nocą, która rozciąga się na odległość gwiazd.
Nie można mnie przezwyciężyć, bo nie ma nikogo potężniejszego niż ja.
ÂŚwiatło słońca może odegnać noc,
ale w końcu wszystko powróci do mnie,
jam jest ciemnością,
jam jest dzieckiem nocy.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej