Tereny Valfden > Dział Wypraw
Na północ stąd, tylko trochę dalej [Rekrutacja Bractwa ÂŚwitu #1]
Faye:
Nazwa wyprawy: Na północ stąd, tylko trochę dalej [Rekrutacja Bractwa ÂŚwitu #1]
Prowadzący wyprawę: Funeris Venatio
Wymagania do uczestnictwa w wyprawie: Zgłoszenie się w punkcie rekrutacyjnym Bractwa ÂŚwitu
Uczestnicy wyprawy: Faye
Nim wyszła z domu, opatuliła się nowym płaszczem. Czuła się w nim jak córka pastucha. Kiedyś nie do pomyślenia by było, by miała chodzić w jakiejś wełnianej szmacie. W Ilusmirze jej garderoba pękała w szwach od ekstrawaganckich futer i eleganckich płaszczy szytych przez dyktatorów mody i najwyższej klasy rzemieślników.
- Co za chałtura... - wyszeptała do siebie, zamykając drzwi domostwa. Mimo ogólnej niechęci jaką od razu obdarzyła nowe odzienie, trudno było powiedzieć, że nie było ciepłe. To praktyczne zastosowanie nie rekompensowało jednak niedostatku wrażeń estetycznych, ale mogło okazać się użyteczne w nadchodzącej podróży. Miłościwie godząc się na prośbę rycerza Bractwa ÂŚwitu, ruszyła w stronę północnej bramy miasta.
Funeris Venatio:
Podróż Faye minęła raczej bezproblemowo. Około godziny 14.07 dotarła do bramy, którą nie bez kozery nazywano północną. Finezji w nazewnictwie mieszkańcom Efehidonu brakowało widocznie w ilości całkiem sporej, można to było zaobserwować nie tylko na przykładzie tejże bramy. Dla przykładu, ta na południu, o zgrozo!, nazywana była bramą południową. Zero polotu. Faye na pewno taki obrót spraw nie pasował, w końcu nie pasowało jej wszystko, co nie było z jedwabiu, aksamitu, albo nie było podszyte futrem z mysich piczek. Takie życie...
Gdy wyszła poza mury miejskie, musiał przejść jakieś trzydzieści minut piechotą, by odnaleźć miejsce kaźni. Znajdowało się ono tuż przy głównym trakcie, pomiędzy drzewami, na małej ścieżce na lewo od gościńca idąc w stronę stolicy. Dwa zniszczone wozy i jedno ciało - tyle można było dostrzec z daleka, czyli z odległości jakichś siedemdziesięciu trzech metrów i dwudziestu ośmiu centymetrów.
Faye:
Odległość siedemdziesięciu trzech metrów i dwudziestu ośmiu centymetrów nie leżała niestety w zasięgu perfekcyjnej dokładności jej niebieskich oczu. Chcąc nie chcąc, musiała podjąć dalszy trud podróży bo błotnistym trakcie w jej skórzanych, zupełnie niestylowych butach. Cóż, przynajmniej nie musiała się martwić, że się pobrudzą. Opatuliła się mocniej ciepłym płaszczem, przyzwyczajając się powoli do zaskakująco przyjemnego dotyku wełny na ramionach. Każdy jej oddech wzbijał w powietrze delikatne obłoczki pary, gdy krok za krokiem, dystyngowanie i wdzięcznie zbliżała się do miejsca masakry. Instynktownie wyczuwała, że nie spodoba jej się widok, który tam zastanie.
Funeris Venatio:
Złamana oś w jednym z wozów, roztrzaskane koło i powyrywane deski przy burtach. Drugi był przewrócony na bok, w ogóle bez kół, które Zartat jeden wie gdzie się podziewały. Ciało leżące na ziemi zostało obgryzione z części tkanki mięśniowej. Należało uprzednio do jakiegoś mężczyzny, najpewniej kupca.
Faye usłyszała jak coś wskoczyło na przewrócony wóz. To kreshar. Drugi wyłonił się zza drzew za jej plecami.
//2x kreshar. Jeden trzy metry przed Tobą, na wozie, skacze w twoim kierunku. Drugi 20 metrów za tobą, zbliża się powolnym krokiem.
Faye:
Okrutny widok. Bestialsko pokiereszowane zwłoki naznaczone zębami dzikiej bestii. Nie robił już jednak na niej tak mocnego wrażenia, jak mogłaby się spodziewać. Człowiek był wszak zdolny do znacznie gorszych okrucieństw, a nie kierował nim wcale zwyczajny instynkt - jedynie wolna wola i świadomy wybór. To sprawiało, że na każdy ludzki czyn należało spojrzeć z innej perspektywy, która nadawała wszystkiemu sens; pryzmat motywu i emocji tak często rzucał nowe, olśniewające światło na każdy z nich, zawsze odkrywając przerażające tajemnice jakie skrywa człowieczy umysł, tak często skąpany w atawistycznym mroku niegodziwych myśli i pragnień.
Wóz zaskrzypiał pod naporem zwinnych łap kreshara. Widok stroszącego sierść drapieżnika przyspieszył bicie serca Faye. Napiął mięśnie i szykował się do skoku. Drobna kobieta odruchowo uniosła jedną dłoń do ust, drugą zaś zdroworozsądkowo sięgnęła po sztylet. Jednak jej drżące palce wytrąciły go tylko z pochwy, ten zaś zakręcił w powietrzu wirującą trajektorię i z cichym mlaskiem zatopił się w błotnistej nawierzchni traktu. Spanikowana Faye runęła na kolana i obiema dłońmi jęła wygrzebywać broń z miękkich, lepkich objęć brunatnej brei. Kreshar warknął i skoczył prosto na nią. Zacisnęła dłonie na rękojeści i rzuciła się w bok. Uderzenie w bark pozbawiło ją tchu. Runęła na plecy, ale od razu rozpaczliwie podparła się łokciami i zaryzykowała krótkie, być może ostatnie spojrzenie przed siebie. Bestia powoli człapała w jej kierunku. Wyraźnie widziała każdy detal - strużki śliny zwisające z ostro zwieńczonych kłów, każdy nastroszony włos sierści, morderczy błysk w ślepiach tuż... Tuż obok swojego odbicia. Zaschło jej w gardle. Instynktownie rzuciła się do tyłu, zapierając się w śniegu dłońmi i stopami.Nie chcę umierać, nie chcę umierać, nie chcę umierać. Zacisnęła trwożliwie powieki i machnęła na oślep sztyletem trzymanym w dłoni. Zatopił się w ciepłej tkance zwierza z nieprzyjemnym dźwiękiem przebijanej skóry. Usłyszała szaleńczy skowyt, który dał jej odwagę, by zebrać się w sobie i spojrzeć na dzieło, którego dokonała. Ostrze utkwiło w oku bestii. Kreshar wierzgnął dziko i sztylet z mięsistym mlaskiem wysunął się z jego ciała. Krople krwi spłynęły po jej przegubie i zrosiły brunatno-brązową breję pod jej nogami. Była cała umorusana w błocie, nowy płaszcz zaś zupełnie już zgubił swój śnieżnobiały, puchowy kolor. Czekało ją kolejne pranie... Jeśli przeżyje. Rozochocona wcześniejszym sukcesem dźgnęła jeszcze raz, tym razem od góry. Ostrze przeszyło na wylot paszczę kreshara. Bestia zachwiała się na łapach, z jej nozdrzy nieregularnie wydobywały się kłęby pary. Faye wstała na proste, drżące nieco nogi i wraziła sztylet prosto w czaszkę chwiejącej się bestii. Ostrze z głuchym stukiem uderzyło w czaszkę, kreshar zaś runął prosto w lepką, breistą nawierzchnię traktu i zadrżał konwulsyjnie, nim wydał ostatnie tchnienie. Była bezpieczna... Póki co. By się upewnić, rozejrzała się trwożnie dookoła.
//1x kreshar
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej