- Czyli to mamy raczej pewne...
Rycerz przysiadł sobie na specjalnie do tego wyciętym kiedyś przez kogoś pniaku. Drzewo, które kiedyś stamtąd wyrastało, musiało być zaiste potężne. Majestatyczne, rozłożyste, pięknie zieleniące, kołyszące się na wietrze, nie poddające się wichurze. Był nawet kiedyś taki bard, Nalepą zwany, on coś o tym śpiewał. Najważniejsze to być silnym, wicher silne drzewa głaszcze, hej. Jakoś tak to leciało. Znając życie, to jegomość już zmarł. A szkoda, zacny był z niego człek. Chodził z tą swoją lutnią, jakąś taką dziwną i niespotykaną. Dżibson, tak ją chyba nazywał. Dziwnie skonstruowany instrument, z niespotykanym wycięciem w pudle, sporo większy, jakoś inaczej strojony, nawet struny były zakładane nie w chórach, ale pojedynczo. Sześć sztuk bodajże. Jakoś tak niespotykanie i w ogóle dziwnie, ale brzmiało to niezwykle. Ten instrument ma wielką przyszłość. Oby nie zginął w odmętach dziejów.