Tereny Valfden > Dział Wypraw

Biała rewolucja - Milczenie jest złotem

<< < (6/10) > >>

Anette Du'Monteau:
Szlachcic jednak nie wchodził, a przysiadł obok na ustawionym krześle. Widać chciał chwilę odpocząć i pozwolił ludziom dalej się z sobą witać czy zadawać jakieś pytania.

Koza123:
//Długo sprzątałeś  :P

Konrad czekał, aż strażnicy oddalą się od szlachcica. Miał nadzieję, że coś w końcu zwróci ich uwagę.

Anette Du'Monteau:
Jedynymi, którzy opuścili towarzystwo szlachcica byli plebejusze. Nawet gdy mówca wstał i stanął na wyznaczonym do przemowy miejscu, strażnicy dalej trwali przy nim. Stali tak blisko niego, że chyba czuł każdy ich oddech. Na dachach okolicznych budynków pojawili się obserwatorzy. Nagły wstrząs wyrwał cię z zamyślenia. To zabił dzwon na wieżyczce naprzeciw. Szlachcic zbliżył się do mównicy i rozpoczął swe orędzie.
-Bracia i siostry! Posłuchajcie słów tego, który widzi to co się dzieje i nie boi się o tym mówić. Ostatnimi czasy strach ścisnął nas wszystkich swoimi paskudnymi łapskami. Objął nas w uścisk, z którego trudno się wydostać. Wszystko to za sprawą przeklętych bandytów, którzy chodzą po tym mieście i bezkarnie mordują jego zacnych członków! Kto pozwala im na taką zuchwałość?! Kto pozwala im się potem z tym obnosić?! No kto?! Bo na pewno nie ja, ani wy! - przemawiał człowiek, a za nim tłum ochoczo odpowiadał na słowa, tak jak się spodziewał.

Koza123:
Konrad cały czas stał za plecami szlachcica. Przemawiało to na jego korzyść. Zaczekał chwilę. Nadszedł w końcu taki moment, w którym żaden z obserwatorów nie zwracał uwagi na zabójcę. Ten rozejrzał się jeszcze raz dookoła. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Wyjął sztylet.
-Ja ci kurwa pokaże, kto.- powiedział po cichu sam do siebie. Ruszył w stronę przemawiającego. Kiedy znalazł się bliżej, przyspieszył. Najszybciej jak potrafił wskoczył na podest. Następnie podbiegł do szlachcica, złapał go jedną ręką, zaś drugą poderżnął mu gardło. Zanim strażnicy zorientowali się, co jest grane, Artin przebiegł im tuż przed nosem i popędził w stronę swego konia. Zwinnym ruchem dosiadł rumaka i wyruszył w stronę bram miejskich.

Anette Du'Monteau:
Ucieczka prawie byłaby dobra, gdyby nie okrzyki straży, a potem świst. ÂŚwiat wokół ciebie zawirował. Krzyki ludzi zmieszały się z rozkazami strażników i rżeniem konia. Jeden z stojących na dachu obserwatorów miał przy sobie kuszę i zdołał ranić twojego wierzchowca w nogę. Ten zrzucił cię z grzbietu wcześniej padając samemu na ziemię. Jakimś szczęściem wyrzuciło cię na pobliski stragan i tylko na chwilę zamroczyło. Widziałeś przed sobą biegnących strażników. Zarówno tych, którzy wtedy stali przy wozie, jak i tych, którzy byli niedaleko podestu.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej