Królestwo Valfden > Efehidon
Ulica Dragosaniego pogromcy Kagana
Lithan le Ellander:
Noc w mieście nie była spokojna. Miasto rozbrzmiewało bowiem głosami tysięcy nocnych ptaków, skrzekami niezadowolonych dziennych władców przestworzy, a także krzykami i lamentem ludzi. Chociaż ptaki nikogo nie zaatakowały, ludzie atakowali je co chwila rzucając w nie czym popadnie, strącając tyczkami i odganiając ogniem. Ptaki znosiły się w powietrze, zataczały mały okrąg i siadały tam gdzie siedziały wcześniej. Wtedy to kolejni najeźdźcy zaczęli forsować mury i bramy miasta. Niezauważeni pod osłoną nocy. Zmarnowani ludzie powrócili do domów gdy robiło się widno. I wtedy…
Wtedy zjawiły się insekty. Jeden wielki szum zbudził ludzi. Szara jak dym chmura kłębiła się nad stolicą. Kiedy ludzie wyszli na zewnątrz, w powietrzu unosiły się miliony os, pszczół, szerszeni, much, komarów, bąków, motyli, ciem. Ludzie spojrzeli pod nogi na miliardy mrówek, pasikoników, kleszczy, skorków, pluskiew i innego robactwa, które przemierzało wolne pomiędzy ptakami tereny. Kiedy spojrzeli na inne domy, były oni usiane mozaiką pająków, siadających rojami pszczół, szukających swego miejsca pomiędzy ptactwem. Chociaż ani jedna osoba nie została ugryziona na stolicę padł blady strach.
Nawaar:
Wtedy podczas całego zamieszania, ulicą przechadzał dhampir robiąc obserwacje wiedział, że robale tak jak ptaki są kontrolowane, przy użyciu magii. Można łatwo to stwierdzić, dlatego że nikogo nie pogryzły oraz to, że ptactwo je jadło ich tak jak to mają w naturze. Silvaster nie mógł uwierzyć, co widzi. Pewnie oto chodziło Gunsesowi. Pomyślał i ruszył znów, do posterunku straży czekając na odpowiedź.
Lithan le Ellander:
Kiedy pierwsza wiewiórka przebiegła po dachu jednego z zakładów rzemieślniczych nikt się nią nie przeją. Jednakże potem zaczęło się inne piekło. Wiewiórek, łasic, kun, gronostajów, szczurów, myszy i wszelkich innych mały ssaków były tysiące. Biegały po ulicach, skakały od straganu do straganu, przemykały po dachach. Doczekali się i tego. Bowiem drugiego wieczoru plag zjawiły się wszelkie inne zwierzęta. Lecz nie to było martwiące. Jesienna noc zapadła szybko.
- Lećcie po komendanta! - zawołał kusznik z wieży strażniczej patrząc na granicę za podgrodziem, na linię lasu. Podgrodzie oświetlone było ogniami pochodni, dalej zaś były same świecące w ciemnościach oczy.
Całe miasto zostało otoczone przez tysiące wilków, niedźwiedzi, cieniostworów, wiwern, jeleni, kretoszczurów, rotishy, sambirów, taru, wszelkich dzikich roślinożerców i mięsożerców. Całe miasto otoczone było niby armia stacjonowała pod jego murami. Słuchać było pomruki, wycia, ryki i inne dźwięki zwierząt. Wszystkie stały i patrzyły w miejskie mury.
- ÂŚlijcie po kapitana! Jesteśmy... OTOCZENI!
Lithan le Ellander:
Wszyscy z przerażeniem wyczekiwali poranka i tego, co przyniesie on ze sobą. Nie sądzili, że zadziwi ich jeszcze noc. Nad miasto napłynęły bowiem fantastyczne chmury...
Były wysoko, były wielkie i groźne. Rozbrzmiewały groźnymi i potężnymi gromami, rozbłyskiwały setkami piorunów. Nie padało, wiało jednak. Wiatr spłynął do miasto. Wiatr o zapachu trawy, żywicy, rześki niczym górski potok, chłodny niczym górskie szczyty. Spokojny i przyjemny, dał wytchnienie miastu, które gnębił zaduch i smród. Orzeźwiający powiew wywabił ludzi z domów. Weszli między ciche zwierzęta i oddychali pachnącym powietrzem.
Nawaar:
Dhampir stał i nie wiedział, co robić spoglądał najpierw na dzikie zwierzęta, a potem na jeszcze dziwniejsze chmury lub mgłę otaczającą miasto. Miał nadzieję, że ta sprawa zakończy się pokojowo gdy nagle nadeszli druidzi z konkordatu, wszystko zaczęło się jakby od początku. Czyżby wojna domowa?. Te słowa zalewały mu umysł.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej