Tereny Valfden > Dział Wypraw
"Na umrzyka skrzyni"
Gunses:
Słońce ostatniego dnia praktycznie się nie pokazało. Ciężkie zimowe chmury co chwila przysłaniały niebo. Było zimno, temperatura była lekko powyżej zera. Na trakcie, gnane lekkim wiatrem poruszały się opadłe i zeschnięte liście. Jechaliśmy po trakcie wytyczonym przez bór. Podłożem była ciosana wieki temu skała, zniszczona wiatrem i deszczem, spękana mrozem. Ważnym było, aby uważać na konie, by nie wstąpiły w niewielkie rozpadliny i nie skręciły nogi. Las wydawał się drzemać. Wicher szarpał koronami drzew, wył w gołych gałęziach i zielonych lub srebrno-niebieskich igłach sosen i świerków. Z każdym podmuchem , który wkradał się także i tutaj słychać było skrzypienie konarów. Rzekłbyś, że słyszysz wisielców kołyszących się na wietrze. Droga przebiegała przez mały wodospad. Gunses ostrożnie przeprowadził konia, uważając na to, aby nie za szybko kroczył po obłych kamieniach. Gdzieś w oddali wyły wilki, na starym dębie dała o sobie znać sowa, a w koronie wielkiego i krzywego niczym starzec świerku, coś co nie było czymś normalnym syczało przeraźliwie odganiając podróżników. Gunses nie przejmował się tym. Był zawodowym zabójcą potworów. Był członkiem Zgromadzenia Cienia. Wyszkolonym do walki z potworami, jakie tworzyła natura, czy naturze przeciwni ludzie. Natomiast jego natura, czyniła go drapieżnikiem, łowcą, zabójcą. Jego miecz i szpon, jego kły, nadludzka siła i zręczność i znajomość walki z potworami, pozwalały czuć się bezpiecznym i zapewniać bezpieczeństwo kompanom. W dodatku, Gunses nie był tu sam. Kompania jechała dalej. Gunses co chwila wyprzedzał ich o kilkanaście metrów, unosił dłoń przed siebie i kilkoma szybkimi gestami palców kreślił dziwne znaki w powietrzu. Nie, nie były to sztuczki magiczne. Droga prowadziła przez hrabstwo Revar. Hrabstwo należące do Gunsesa Cadacusa, a co za tym szło, do Wampirów. Gunses jeszcze za swojego panowania ustanowił te ziemie związane nie tyle z nim, co z Sabatem Nieśmiertelnych. Miały więc one swoich staników. Zwiadowców, Myśliwych, Gońców Leśnych. Wiele punktów w lasach i górach, nieustannie strzeżonych przez Nieśmiertelnych. Cadacus roztaczał więc opiekę widzialną i niewidzialną nad towarzyszami. A wszyscy jechali pośród uśpionego górskiego lasu...
Lord Hejgen:
Anims patrząc na Elronda jak żuje mięso, przypomniał sobie ten wielki ból. Po tym Anims powiedział - O jezu ale boli. - i padł nieprzytomny na wóz
Mogul:
- To było najpiękniejsze co dziś zrobił. Odetchnął, dopijając całe piwo. Było w miarę chłodne, w sam raz na wieczorne picie. Ork spojrzał się na kompanię. Kierowali się w nieznaną mu stronę, ale nie było to ważne. Ważne było to, że stare dni powróciły. Może jego sprawność jeszcze nie, ale wszystko z czasem. Można powiedzieć, że brakowało mu tutaj jego starych braci. Co jak co, ale w towarzystwie innych znajomych orków czuł by się tu inaczej. Pewnie zacząłby się wywyższać. Mogul uśmiechnął się. Pomyśleć, że kiedyś był wysoko w pozycji u orków, a nawet dowodził swoim oddziałem. A to wszystko przepadło przez tego jednego. Kurwa, za dużo o tym myśle.
- Dawej no kolejne, bo jeden to mało z deka.
Elrond Ñoldor:
Widząc co zrobił ranny, dłoń starca powędrowała do jego twarzy w wymownym geście.
- Chlejesz jak... ork. Albo krasnolud. Smakiem piwa trzeba się delektować... Wychlejesz mi wszystko poza tym. Nie wiem, czemu sam się nie wyekwipowałeś odpowiednio - powiedział rzucając mu przedostatniego browara, jakiego miał za pazuchą.
Mogul:
Ork wyszczerzył kły. Przecież on się delektuje tym smakiem. Dlatego go tak szybko wchłania. Gasi to przy okazji pragnienie.
- Zapomniałem, no, jakby tak to ująć. Czekam na domenicówkę z zasobów Szwadronu, czyli też moich. Kiedyś ja Ci fundne coś do picia. Mogul zrobił naprawdę mały łyczek, spojrzał się na butelkę jak na idiotę i wypił jednym duszkiem połowę.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej