Przypomnienie:
Gdy już przekroczyli most, deszcz zaczął ustępować. Kosa odwrócił się do towarzyszy:
- Dobra, stop, pora na postój.
Marco podszedł do nich i spytał:
- I co teraz? Dojście do karczmy raczej nie będzie zbyt proste.
Sil na wzmiankę o tym jedynie się uśmiechnął. Podszedł na skraj urwiska i spojrzał w dół przepaści, uśmiech spełzł z jego twarzy jeszcze szybciej niż się pojawił. Jego dwa koledzy spojrzeli po sobie i poszli za jego przykładem. Na samym dole stacjonował oddział orków. Bestie zajęte były swoją pracą i nie zwracały najmniejszej uwagi na to co się dzieje nad nimi.
- Co robimy? - spytał Sil.
- Zaatakujmy ich. - odparł Kosa.
- Zastanów się, są zbyt liczni, wszyscy tam zginiemy. - Ze stoickim spokojem opowiedział Marco.
Grupa którą dowodzili Marco, Sil i Kosa liczyła zaledwie piętnastu ludzi, orków zaś było dwa razy tyle. Pomiędzy zielonoskórymi dwóch jednak się wyróżniało. Byli to Thet i Her-tok.
Trójka wojowników przyglądała się z góry poczynaniom orków. Każdy jeden zastanawiał się co teraz nastąpi. Chwilę później do ich uszu dotarły okrzyki oraz bełkot orków. Bestie rozbiegały się na wszystkie strony, dobywały broni, lecz z niewiadomych przyczyn padały na ziemię jak muchy.
- Co się do cholery dzieję?! - Z głupią miną zapytał Sil.
- Nie mam pojęcia, ale teraz jest szansa! Atakujemy! - Krzyknął Marco, który przebiegł już przez most i teraz pędził stromą ścieżką w kierunku obozu orków. Reszta oddziału nie kazała na siebie czekać. Każdy jak jeden mąż dobył broni i ruszył za przywódcą. Sil i Kosa bez namysłu pobiegli za całą resztą. Gdy w końcu wojownicy dotarli na miejsce byli nieźle zasapani, lecz zobaczyli grupę ludzi w czarnych pancerzach i z łukami w rękach. Sporo osób miało przy pasie lekki jednoręczny miecz, pozostali posiadali ciężkie topory lub potężne długie miecze przewieszone przez plecy. Wyglądali groźnie. Marco złapał oddech i podszedł do mężczyzny stojącego na czele oddziału. Za wojownikiem podążyła reszta grupy. Mężczyzna chroniony przez masywny czarny pancerz spojrzał na Sil'a, który wciąż nie pozbył się z twarzy głupiej miny, lekko przymrużył oczy i zapytał:
- A wy kim jesteście? - Po tych słowach, jego ręka powoli powędrowała ku wiszącemu przy pasie mieczowi.
- Też chcieliśmy o to zapytać. - Parsknął Kosa.
Mężczyźnie lekko się uśmiechnął:
- Jesteśmy łowcami orków, nie widać? - Po czym wskazał palcem na ciała orków rozsiane pomiędzy drzewami.
Kosa pobladł, a wśród oddziału dało się słyszeć stłumione szepty.
- Spokojnie, nic wam nie zrobimy. Oddział! Pozbawić te truchła uzbrojenia. - Z pogardliwym uśmiechem wydał komendę przywódca łowców.
Ziemia przesiąkła krwią orków, ciała były wszędzie, lecz ani śladu po Thecie i Her-toku. Wszędzie zaroiło się od postaci w czarnych zbrojach, rozmawiali między sobą i zbierali oręż po zielonoskórych. Marco źle czuł się w tym miejscu. Bez słowa machnął na swoich ludzi i ruszyli w dalszą drogę. Nie odeszli zbyt daleko gdy w ich stronę odwrócił się przywódca łowców orków i powiedział.
- Uważajcie na siebie. W okolicy karczmy jest dość duży patrol orków. Chyba nie chcecie być ich przekąską? - Po tych słowach skierował się w stronę swoich ludzi, sprawdzić czy nie zostawili nawet bełta na ziemi.
Wojownicy wędrowali chwilę w milczeniu. Marco nagle się zatrzymał.
- Nie damy rady przebić się grupą, musimy się rozdzielić. - Powiedział Marco patrząc na swoich towarzyszy. - Każdy z nas bierze ze sobą czterech ludzi. Ja pójdę do latarni morskiej, Ty Kosa zbadasz teren w okolicy starego klasztoru Innosa, a Ty Sil sprawdzisz co się dzieje w okolicy wieży bandytów w górach.
Sil i Kosa skinęli głowami na znak, że rozumieją i ruszyli każdy w swoją stronę.
Kosa dotarł do klasztoru i przeczesywał teren, lecz bez powodzenia, nie było tutaj żadnych śladów orków. Sil wraz ze swoimi ludźmi dotarli do wieży bez problemu i także szukali, również bez powodzenia. Prawdziwe problemy spotkały trzeciego wojownika.
Marco po nie długiej drodze dotarł do dawnej farmy Akila. Na jego nieszczęście zastał tam grupę orków wraz z ich niewolnikami.
''Poczekamy tu trochę'' - pomyślał Marco i dał znać swoim towarzyszom, żeby się ukryli w zaroślach. Po wielu godzinach zapadł zmrok, grupka wreszcie wyszła z ukrycia. W połowie drogi do farmy natknęli się na łowców orków. Został tylko ich niewielu, dowódca i sześciu innych.
- Pst. Nie idźcie tam. - odezwał się szeptem dowódca.
- Dlaczego? - spytał Marco.
Z oddali dało się słyszeć śmiechy i głosy orków. ÂŁowca wcisnął kawałek kartki w rękę Marco i powiedział:
- To Thet!
Po tych słowach skierował swoich ludzi w przeciwną stronę. Buntownicy patrzyli z niepokojem na dowódcę. Nie wiedzieli co dalej robić. Wśród nocnej ciszy dało się słyszeć jedynie ciszy szelest liści. Coś jednak nie dawało Marco spokoju. Rozejrzał się dokładnie dookoła siebie, na krótką chwilę zawiesił wzrok na skraju lasu i zaparło mu dech w płucach. To orkowie! Buntownicy chwycili w dłonie broń. Zielonoskórzy jednak nie zaatakowali. Marco nie czekając na nic krzyknął ''Za Innosa'' i ruszył wraz z resztą buntowników wprost na Theta, którego rozpoznali wśród przedstawicieli jego gatunku. W ciemnościach dało się słyszeć szczęki stali. Wszędzie bryzgała krew i padały ciała. Thet został raniony w ramię i nogę. Lecz orków było zbyt dużo. Ludzie padali jeden za drugim, aż został tylko Marco. Wojownik widząc, że nie da już rady, zaczął uciekać. Orkowie ruszyli za nim wykrzykując coś w swoim własnym języku. W trakcie biegu Marco zdołał przeczytać dwa słowa, które znajdowały się na kawałku kartki - "Girion Orkowie''.
Marco nie rozumiał tych słów. Po chwili jednak musiał wyrwać się ze swoich własnych rozmyśleń, gdyż przed nim było urwisko. Wojownik zatrzymał się. Stał na samej krawędzi. Spojrzał za siebie, lecz tam już czekali na niego orkowie. Z grupy wyszedł Thet.
- Głupia Moro. Wiem co planowałeś, lecz skończyło się to kompletną porażką. Wyruszyłeś z obozu z morami Kosą i Silem.
- Nie prawda. - odparł na to buntownik.
- I było was wszystkich piętnastu, prawda?
- ÂŁowcy! - krzyknął Marco.
- Nie. Ci głupcy już dawno przegrali. Dowiedziałem się tego od innej mory.
Marco czuł jak szybko bije jego serce, lecz umysł wciąż pracował jak należy.
- Girion... - cicho powiedział wojownik
- Jaka mądra Mora. - odparł Thet.
Rebeliant był wstrząśnięty. Jednak nie dał się opanować emocjom. Płynnym ruchem odwrócił się na pięcie w stronę urwiska i skoczył.
- Sil, masz coś? - spytał Kosa, który wrócił z odziałem do wieży.
- Nie, nic. A gdzie jest Marco?
- Myślałem, że jest z Tobą, a to ja przybędę ostatni.
Obaj wojownicy zamyślili się, a reszta ich grupy nadal przeszukiwała stare kufry i zniszczone szafy. Cała ta wieża była w opłakanym stanie.
Marco otworzył oczy. Widział przed sobą bezkresny błękit nieba. Pod plecami czuł piasek. Powoli podniósł się na nogi, czuł silny ból. Rozejrzał się i zobaczył łódź, namiot, a przy nim mężczyznę rozpalającego ognisko. Pirat spojrzał na wojownika i powiedział:
- Witaj buntowniku. Nazywam się Skip i mam dal Ciebie wiadomość.
Marco chwiejnym krokiem podszedł do ogniska.
Nie jestem w temacie Twojego opowiadania, ale postarałem się coś z niego zrobić. Teraz porównaj swoją wersję z moją.