Tereny Valfden > Dział Wypraw
Tańce z liszami - Na ratunek Aragornowi
Hagmar:
Idźcie, my was osłonimy.
Julian:
Zacząłem skradać się po murach bacznie się rozglądając szukając potencjalnych wrogów. Skierowałem wzrok na miasto. Całkiem ładne. Ciekawe jakby się tu mieszkało. Nie czas jednak na rozmyślania. Nagle zauważyłem nie dalej jak 100 metrów przede mną jakiś delikatny ruch. Nadchodzą. W moim kierunku biegło dwóch żołnierzy. Szybko zanalizowałem sytuacje. Na moją korzyść działa to, że chodnik na murach jest dość mały i będą musieli mnie atakować pojedynczo. Jednak jest ich dwóch. Zaprę się tarczą i próbuje ich zwalić z murów.Do ziemi brakowało jakiś 5 metrów, jeśli nie zginą będą przynajmniej ogłuszeni. Wyciągnąłem miecz z pochwy, a tarcze zamarłem o ziemie. Czekałem.
Nagle jeden z nich zaczął biec wolniej, aż w końcu się zatrzymał. Zmęczył się, to moja szansa! Zaszarżowałem na pierwszego żołnierza. Wojownik, który był tuż przy mnie zgłupiał. Zamachnąłem się i trafiłem żołnierza w ramię, a potem tarczą zwaliłem go na ziemie. Usłyszałem tylko krzyk, ponieważ już biegłem w kierunku kolejnego wojaka, ten nie chciał podzielić losu kolegi. Zaatakował mnie pierwszy. Uniosłem tarcze w jego kierunku. Jego miecz ześlizgnął się pierwszy, wtedy ja zamachnąłem się i trafiłem żołnierza w klatkę piersiową, kolejny raz zaatakowałem i trafiłem w to samo miejsce. Troszkę przesadziłem z siłą. Wojownik zachwiał się i upadł. Atak spowodował powstanie wielkiej rany, z której było widać żebra. Wojownik zachwiał się i upadł.
- Nie żyje. Idę szukać kolejnych.
Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, ten odezwał się:
- Nie, proszę dobij. Proszę dobij!
ÂŻołnierz zamknął oczy. Uniosłem miecz i wycelowałem w klatkę piersiową. Trafiłem
-Koniec zabawy na murach. Zejdę na dół i zobaczę jak dają sobie radę wojska cesarskie…
Gunses:
- Wtedy cała reszta musiałaby się wrócić, a więc nasz obecny trud byłby daremny. Zostać tutaj nikt nie może. Idziemy grupą! - rzekł Ra. Chwilę później zarzucił płaszcz na ramiona i kaptur na głowę i poszedł do balkonu, wyjrzał i wrócił do swoich
- Hmm... Mamy takie możliwości. Możemy starać się po cichu przekradać coraz wyżej, albo możemy zwędzić kilka strojów strażników i udać, że prowadzimy krasnoludy do jednej z cel.
Eric:
- No nic - westchnął, ale miast lęku na jego twarzy pojawił się szaleńczy uśmiech. Dawno już nie nakarmił swego miecza szkarłatną posoką, a teraz zbliżała się idealna ku temu okazja. Co z tego, że istniało duże prawdopodobieństwo, że zginie. Oczywiście, bał się śmierci, to była wrodzona ludzka cecha, która niejednokrotnie w stanach większego niebezpieczeństwa na tyle wyostrzała zmysły, że zapewniała przetrwanie. Ale on miał już pewną przewagę. Raz doświadczył śmierci. Nie bał się jej już tak panicznie, co pozwalało mu zachować pewien odsetek zdrowego rozsądku na polu bitwy. Ruszył hardo za bratem. Gdy dogonił brata, uśmiechnął się do niego porozumiewawczo.
- Kryj moje plecy, ja będę krył twoje. Inaczej może się to źle skończyć - powiedział i mrugnął figlarnie.
Hagmar:
Tak wygląda stolica. Późno daje ale dopiero znalazłem.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej