- Dobra - mruknął tylko i obmierzając zamaskowane postacie zimnym wzrokiem, odszedł i sam wskoczył na jednego z wierzchowców. Po gorącej sprzeczce z dziwną organizacją nie miał ochoty sprzeczać się i z bratem, tak więc jego zachowanie było dość zrozumiałe. Nie oznaczało to jednak, że zaakceptował tych jegomościów. Wręcz przeciwnie. Starał się jednak oczyścić swój umysł z tych podłych myśli, by móc należycie reagować na wszystko, co się wokół niego działo. Popędził konia i dołączył do ogromnego pochodu. Widząc, w jak wielkiej armii się znalazł, nagle zdał sobie sprawę z tego, jaki jest mały i nieważny. Zrozumiał też, jak wielka bitwa go czeka. Zadrżał na samą myśl z podniecenia. Dawno już nie miał okazji używać swojego wojennego doświadczenia do spraw bardziej wymagających niż grupka bandytów. Wręcz zacierał dłonie na myśl o tym, że niedługo będzie przelewał krew z imieniem Aragorna na ustach. Gdy Zeleris zabrał go "na stronę" by zbesztać młodzieńca, Diomedes nie odezwał się ani słowem, po prostu nie mógł znaleźć słów na swoją obronę, a zaczynanie kolejnej sprzeczki, nawet z kimś, z kim sprzeczać się niezaprzeczalnie lubił, byłoby zbyt dziecinne, nawet jak na niego.