Tereny Valfden > Dział Wypraw

Niepokoje na południu...

<< < (2/37) > >>

Eric:
- Nożesz kurwa - zaklął bardzo subtelnie. Zreflektował, że rudy to faktycznie nie kolor, a charakter. Najwyraźniej go zwiodła, bo nigdzie tu nie widział tawerny. Szkoda, że nigdzie nie mógł dostać tak rzetelnych informacji, jak właśnie w karczmie, gdy wcześniej napoi się kogoś piwem. Widać było, że nie może ufać kobietom, tak więc o drogę postanowił zapytać mężczyzny. Zauważył takiego, który wyglądał, że zna się na rzeczy. Był tęgi i barczysty, a jego bujny wąs (kontrastujący z niezbyt bujnymi włosami na głowie) sugerował, że często macza go w pianie piwa.
- Eee, przepraszam bardzo, ale przyjechałem tu z daleka i szukam jakiegoś dobrego miejsca na nocleg - zaczął. - Mógłby mi pan wskazać, gdzie takie znajdę? - miał nadzieję, że ów facet udzieli mu prawdziwych informacji. Wielokrotnie przekonywał się, że mężczyźni zazwyczaj są szczersi od kobiet.

Dragosani:
Darlenit

Czarnoskóry adept ruszył więc tam, gdzie jak się orientował, powinien znajdować się port. Dotarł tam po kilkunastu minutach i udało mu się nawet ani razy nie zgubić drogi. Może to dlatego, że pamiętał kierunek, który wskazywał drogowskaz. Albo po prostu czuł zapach ryb. Właśnie ów zapach był czymś, na co zwracało się uwagę najpierw wkraczając na przystań. Nie powinno to jednak nikogo dziwić, wszak miasteczko to zajmowało się połowem ryb. Gdy Darlenit podszedł do nabrzeża dostrzegł wody delty rzeki. Jego wyostrzony zaklęciem wzrok pozwolił mu jednak spojrzeć dalej. W oddali widać było miejsce, gdzie rzeka wpadała do morza. Lecz morze nie było takie, jakie być powinno. Młodzieniec widział pasmo bladej, zielonkawej mgły. Oparów o bardzo niezdrowym wyglądzie. To była ta słynna klątwa Valfden, zesłana przez podstępnego Meaneba. Ona między innymi izolowała wyspę, uniemożliwiając podróż na pomiędzy wyspa i kontynentem w sposób konwencjonalny.
Ludzie pracujący na przystani zajęci byli przeładowywaniem jakiś skrzyń, rozplątywaniem sieci, wrzeszczeniem na podwładnych i ładowaniem beczek z rybami na wozy. Byli zajęci codzienną pracą na przystani. Rzecz jasna, rozmawiali przy tym, lecz były to rozmowy typowe dla zabicia czasu. Nic ciekawego nie można było z nich podsłuchać.

Diomedes

Tymczasem drugi wysłannik Gildii Magów próbował dowiedzieć się gdzie jest karczma. Oczywiście nie miało to nic wspólnego z tym, ze zapewne chciał się napić i nic nie robić. On pracował! Zapytany mężczyzna wpierw spojrzał na nowicjusza ze zdziwieniem. Widocznie w pierwszej chwili nie wpadł na to, ze chodzi mu o karczmę. W końcu w karczmie to pił, a nie szukał noclegu. Lecz już po chwili jego zwoje mózgowe przeanalizowały pytanie dogłębniej.
- Ha! - odparł. Miało to pewnie jakieś znaczenie, lecz niejasne dla nowicjusza. - To musisz chopie iść do Harwina! - odparł, lecz to jeszcze nie była pełnia informacji. - On ma karczmę. Tam ma piwo, łóżka i piwo. A to bedzie tam. - wskazał jedną z uliczek. - Pódzie tędy i lewo potem. Na pewno trafi. - z zadowoleniem uśmiechnął się, ukazując wszelkie braki w uzębieniu.

Izabell Ravlet:
I tu też nic? Bogowie mi nie sprzyjają dzisiaj - narzekał w myślach mauren. Myśli kłębiły się w jego głowie, ale nic ciekawego nie wymyślił. Wrócił więc do drogowskazu. Przyglądając się mu, uśmiech zawitał na jego twarzy. Zastanawiał się, jakież to problemy spotykają Diomedesa. Podniósł głowę wyżej - i wpadł na pomysł. Skierował swe kroki na wschód - na posterunek milicji. Może oni będą mieli jakieś informacje?

Eric:
Diomedes miał szczerą nadzieję, że w końcu uzyskał rzetelne wskazówki. Poszedł więc ochoczo wskazaną drogą. Skręcił w lewo, gdy trzeba było i przeszedłszy kilka kroków począł rozglądać się za czymś, co mogłoby być szyldem karczmy Harwina. Od tego łażenia po mieście robił się znużony. Naprawdę chętnie napiłby się piwa, a jeśli jeszcze można by to było połączyć z wydobyciem jakichś informacji, to byłby wniebowzięty.

Dragosani:
Darlenit

Czarnoskóry adept udał się zatem na posterunek. Dziwnym było, że nie poszedł tam od razu, w końcu było to miejsce najbardziej oczywiste. Tutejsza milicja musiała zostać powiadomiona o zaginięciu. Droga na posterunek zajęła maurenowi kilkanaście minut. Po drodze, tego że uliczki miasteczka były swoistym labiryntem, adept nie zgubił się. Cóż, w końcu nazywał siebie "tropicielem". Coś to musiało dawać. Posterunek milicji okazał się budynkiem, co było doprawdy szokujące. Co więcej, budynek ów był mniejszy od przeciętnej karczmy, lecz zbudowany został dość solidnie - z kamienia. Z zewnątrz można było stwierdzić, że posiada piwnice, gdzie znajdują się cele. Pozwalały się tego domyślić grube kraty widocznie nad brukiem. Szczelina nimi wypełniona była wąska, więc nikt nie miał szansy przez nią się przecisnąć, nawet po wyłamaniu krat. Pytanie zatem się nasuwa "Po co wbudowano te kraty?". Odpowiedź była oczywista i powiedział by ją każdy pracownik tego, jakby nie patrzeć, urzędu. A brzmiała ona "Tradycja!"
Mauren wszedł zatem na posterunek. O dziwko żaden strażnik nie stał przed wejściem. Wewnątrz budynek nie prezentował się zbyt okazale. Pomieszczenie do którego wszedł adept zdawało się być swoistym połączeniem korytarza, poczekalni i gabinetu. Zawierało kilka drzwi, prowadzące do innych pomieszczeń, co było cecha korytarzy. Stały w nim krzesła pod ścianami, co charakteryzowało poczekalni. Zaś przy przeciwległej ścianie korytarzo-poczekalnio-gabinetu stało biurko, za którym siedział jakiś mężczyzna. Cecha gabinetu. Gdy człowiek usłyszał kroki Darlenita, podniósł głowę. Był to mężczyzna w średnim wieku. Siwiejące włosy zdradzały pracę w nieustannym stresie, co potwierdzała twarz pokryta zmarszczkami. Symbole na uniformie informowały, ze jest on dowódcą tego posterunku. Jego mina zaś zdradzała niezadowolenie z widoku gościa.
- Karczma jest nieco dalej. - warknął i wrócił do przeglądania papierów na biurku.


Diomedes

Tymczasem na Diomedesa została rzucona pogarda. Mężczyzna nie był chyba zachwycony tym, że po pierwsze, nowicjusz przez dłuższą chwilę stał jedynie i gapił się skretyniałym wzrokiem, a po drugie, nie podziękował. Wąsacz odszedł więc, nie zaszczycając Diomedesa spojrzeniem. Jednak jego informacje okazały się właściwe. Po krótkiej wędrówce po uliczkach miasteczka, chłopak odszukał cel swego życia - karczmę! Szyld z napisem "U Harwina" wisiał nad drzwiami prowadzącymi do budynku, który był zaskakująco mało obskurny. Z wewnątrz dochodziły odgłosy sugerujące liczne rozmowy, oraz tęgie picie piwa. Po wejściu do środka okazało się, że wstępne przypuszczenia okazały się prawdziwe. Po pierwsze, karczma była całkiem przytulna i porządna. Daleko jej było do brudnych lokali, gdzieś z mrocznych alejkach w okolicach portów, które zwykle się kojarzą z nadmorskimi tawernami. Po drugie, prowadzono tutaj liczne rozmowy. Wiele stolików było zajętych i przy każdym z nich ktoś z kimś o czymś rozmawiał. Stolików zaś było około piętnastu. Po trzecie, goście tego przybytku pili piwo. Wystrój tawerny był dość typowy. Po jednej stronie znajdowała się długa lada, za którą karczmarz wycierał szmatką szklankę. Stoliki zajmowały pozostałą część sali. Obite drewnem ściany zdobiły elementy nadające morski klimat. Suszone rybie łby, całe ryby, koła sterowe... pod sufitem wisiała sieć rybacka.  

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej