Krasnolud nie miał tyle szczęścia, by z perspektywy ciepłego wozu oglądać zajście. Opuszczony przez towarzyszy podróży stał jak ten kołek przy pniu i jedyne co widział to Peanuta, który z werwą ruszył na przeciwników. Brodacz dodatkowo nie miał przy sobie tarczy, ta leżała pośród pustych butelek na wozie. Czym prędzej więc wyciągnął zza pasa młot i rzucił wymowne spojrzenie na rabusiów. Ci pewni swego zbliżali się do samotnego krasnoluda. Ten zerwał się nagle niczym dzik w potrzasku, a podpity był więc jak dzik sapał i stękał, w kierunku lasu. Z racji wzrostu i konarów sterczących uniknął sunącego nad głową miecza. Zdążył jedynie zawirować młotem w ręce i z jaką taką precyzją uderzyć na odlew w korpus przeciwnika. Szarża ta nie tyle atakiem była co sprytnym wymknięciem się od pewnych guzów, których, jak mawiał, lepiej unikać niźli zbierać. Zakotłowało się, ktoś się zwijał z bólu, ktoś skakał przez pień, ktoś próbował zablokować drogę brodaczowi. Tymczasem on odgrażał się zza swoistych żerdzi zwalonych gałęzi
5/10 (jeden ranny)