Forum dyskusyjne > Dyskusje na każdy temat

Sivaldowska saga

(1/3) > >>

Istedd:
Wrzucając to tutaj, mam nadzieję, że dzieło moje, oparte zarówno na historii, co i własnej fantazji spodoba się Czytelnikom. Dzięki waszym ocenom (mam nadzieję, przychylnych, ale i takich, które wskażą moje błędy) dzieło to będzie kontynuowane. Pisząc to chciałem jak najbardziej oddać klimat sagi. Saga, jeżeli ktoś nie wie, cóż to za ustrojstwo pozwolę sobie wyjaśnić mu cytując wikipedię, bo tak.

"Sagi - (islandzkie sĂśgur) staroskandynawskie dzieła epickie o legendarnych lub historycznych bohaterach i wybitnych rodach - wyprawach Wikingów, migracji na Islandię."

"Początek wyprawy"
Snorri i Erak nasłuchawszy się chciwie opowieści starego już Karlsefniego postanowili wyruszyć do Winlandii. Uznano to za niezbyt dobry pomysł.  Nie tylko dlatego, że znaki na ziemi, niebie i w świątyni świadczyły o niepowodzeniu planowanej wyprawy, ale i większość okrętów wracała właśnie do portu Stavanger. Tegoroczne wyprawy nie obfitowały w łupy, a jedynie heroiczną walkę i liczne podróże do Walhalli. Wielu ginęło od mieszania się w konflikty druidów. Płacone kwoty przez następców Karola Wielkiego, jedynego prawdziwego mężczyznę z jajami, który bronił krańców swych ziem przez jarlami: Thorsteinnen, Gudlaugiem i Ingolfem nie wystarczały, aby napełnić kieszenie miejscowych kapitanów, którzy coraz częściej rościli sobie prawo nawet do ludzi! Niezadowolenie rosło z dnia na dzień. Nikt nie przypuszczał jednak, że Snorri, Erak, Hallgerðr i FĂĄlki zignorują ostrzeżenia starszych. Zadufani w swoje doświadczenie wyruszyli do Winlandii niewiele dni przed nastaniem zimy.
Długo trwała nocna narada. Postanowili, że bez zimowania dopłyną tam, a powrócą, kiedy zima dwukrotnie minie i wielkimi bogactwami odegnają nędzę i przebłagają bogów. Zabrać miano snekkary Eraka, Snorriego i FĂĄlkiego. Hallgerðr dowodzić miał, jako najstarszy na swym drakkarze; a było ich na czterech statkach trzystu czterdziestu ludzi. Wypłynęli nie pożegnawszy swych żon i rodzin, zabierając tyle jedzenia, aby wystarczyło w zapasie. Płynęli z wiatrem, NjĂśrðr im sprzyjał. Dziób przyozdobili głową smoka Vaeaerdonr. Bogi sprzyjały im przez drogę. Długo już płynęli, kiedy kapryśne wody uderzyły w ich burty. Thor grzmotem oświadczał, że mają zawrócić. Dziób drakkara rozłamał się a załoga wydawszy przeraźliwe okrzyki zawróciła. Oni nie byli odważni i zostali ukarani. Nigdy nie dano im wrócić do portu, a pamięć o ich nie była długa. FĂĄlki, którego starszym był Hallgerðr stracił trzech ludzi. A byli to ludzie najmniejszej wiary. Nastroje były coraz gorsze. Minąwszy długim łukiem osady swych braci wypłynęli na wody Winlandzkie. Drogi nie było już wiele, ale bogowie dali znać o swym niezadowoleniu.
Okręty wpłynęły w nieprzeniknioną mgłę, która stawiona przed nimi była jako druga przeszkoda. Nawołujący imienia Odyna Erak i Snorri wypłynęli z niej bez szwanku.  FĂĄlki nie powrócił. Pamięć o nim zaginęła. Jarlowie snekkarów pozostałych wiedzieli, że bogi nie są im przychylne. Był to pierwszy raz, kiedy załoga poczęła szemrać na Snorriego. I to rozgniewało bogów jeszcze bardziej. Zerwała się burza tak wielka, że wyczuwano nawet drgania Lokiego i truciznę, jaka go trawiła. Fale podnosiły tak wielkie, jak wielkie były ich okręty a opadały z siłą tak wielką, jak wielka była potęga natarcia ich muru tarcz. Gniew zniszczył okręt Eraka.
Ostały jarl jednak nie cofnął się i wreszcie ujrzano rzekę, która najpierw wpadała do jeziora, a potem do morza. Tam zatrzymali statek i nie schodząc na ląd dwie noce pili za poległych. A wojów sześćdziesięciu. Wreszcie dotarli do Winlandii, krainy winem płynącej, z ziemią tak żyzną, że chciwy Snorri nie czuł smutku za śmierć towarzyszy, a radość za własne przeżycie. Bogowie postanowili ostatni raz ukarać jego ludzi. Najbardziej mu wierni i jego brat, wybrawszy się na ląd zaginęli i nie powrócili. Pamięć o nich zaginęła po chwili. Broni nie dano im ze sobą zabrać - tak chciał Odyn. Zdarzyło się pewnego ranka, że gdy załoga wracać chciała stanął na dziobie jeden z nich i począł mówić z biegłością i mądrością dorównującą jego piękności twarzy. Był wysoko urodzony, a zwał się Dargo. Był on mądry i oczytany, potrafił zapisywać runami długie pieśni i sagi, ani razu nie błądząc w znakach i nie ściągając klątwy. W boju był on twardy i nieustępliwy, a miecz dzierżył przebiegle. W wyprawach wielu uczestniczył wraz z jednym człowiekiem syna jarla Karlsefniego. A zwał się on Sivald. Był on człowiekiem oszpeconym na twarzy, który w wielkiej boleści skrywał swoje uczucia, albowiem nie mógł mieć potomnych, mimo kobiety, jaka była mu przeznaczona przez wolę Sif. W walce był przerażający, wpadał w szał i często bez tarczy rzucał się tam, gdzie walczono. ÂŚlady bojów znaczyły jego ciało, ale widać było i czuć dziwną aurę, jaką roztaczał. I teraz, kiedy wdrapał się na dziób za Dargoiem przemówił do nich z zapałem. Postanowiono tutaj ostać i radować się, dopełniając przyrzeczenia dla bogów. Na jarlów wybrano Dargoa i Sivalda, którzy podzielili między siebie ludzi. A każdemu z nich przypadło dwudziestu czterech ludzi. A było ich łącznie pięćdziesięciu ludzi. Gdy zabezpieczono okręt Sivald wyruszył w głąb lądu zabierając miecze.
A wrócił z wieściami, że stawy są pełne ryb, lasy pełne zwierzyny, a na pobliskiej nizinie znaleźli pola dzikiej pszenicy. Czując, że pomimo wspaniałych bogactw tej ziemi, zawsze będzie towarzyszył im strach i konflikty z tymi, którzy ostali w domach. Rozpalono wielkie ognisko na cześć Odyna, pijąc miodem za poległych i Dargo i Sivald uczczeni jako jarlowie prawili ze sobą wpatrzeni w ciemność nadchodzącej nocy. Czuli, że obserwują ich mieszkańcy Winlandii - Skraelingowie. Nie mogli zawrócić teraz, bogowie dawali im szansę.
Ostatnią szansę.

Lucas Paladin:
Jak to mam w zwyczaju, najpierw sprawdzę Twoje potknięcia w tekście lub te elementy, który miał czelność w takim sposób porazić moje oczy, że jestem zmuszony je tu wypisać. A więc, bez zbędnego pitlolenia:


--- Cytuj ---pamięć o ich nie była długa.
--- Koniec cytatu ---

Na siłę? Nie potrzebnie. Wystarczyło "o nich."


--- Cytuj ---a powrócą, kiedy zima dwukrotnie minie
--- Koniec cytatu ---

Co to znaczy? ÂŻe minie jedna zima i następna, a potem wrócą? Czy zima jest dwa razy mija?


--- Cytuj ---Fale podnosiły tak wielkie, jak wielkie były ich okręty a opadały z siłą tak wielką, jak wielka była potęga natarcia ich muru tarcz.
--- Koniec cytatu ---

Raczej podnosiły się.
A poza tym strasznie słaby opis i kompletnie nie kontrastujące ze sobą porównania. Najpierw nawiązujesz coś o okrętach wcześniej pisząc o Lokim, a potem nawiązujesz do muru tarcz zupełnie w tym wypadku nie pasującego do opisu.


--- Cytuj ---chciwy Snorri nie czuł smutku za śmierć towarzyszy, a radość za własne przeżycie.
--- Koniec cytatu ---

Przeczytaj sobie tą część jeszcze raz i zastanów się, co z tym zrobić.


--- Cytuj ---Był on mądry i oczytany, potrafił zapisywać runami długie pieśni i sagi, ani razu nie błądząc w znakach i nie ściągając klątwy. W boju był on twardy i nieustępliwy, a miecz dzierżył przebiegle. W wyprawach wielu uczestniczył wraz z jednym człowiekiem syna jarla Karlsefniego. A zwał się on Sivald. Był on człowiekiem oszpeconym na twarzy...
--- Koniec cytatu ---

Powtarzasz się, przez co całość brzmi dość sztywnie i nudno.


--- Cytuj ---Na jarlów wybrano Dargoa i Sivalda, którzy podzielili między siebie ludzi. A każdemu z nich przypadło dwudziestu czterech ludzi. A było ich łącznie pięćdziesięciu ludzi.
--- Koniec cytatu ---

Znowu to samo.. Język jak w Biblii. Słownik wyrazów bliskoznacznych jest naprawdę bogaty. Poza tym można to było zapisać w jednym zdaniu nie używając tego samego słowa w każdym z nich.


--- Cytuj ---pijąc miodem
--- Koniec cytatu ---

Nie skomentuję..

Więcej wpadek się nie dopatrzyłem. Części merytorycznej oceniać nie będę, tuszę, iż lepiej znasz się na mitologii skandynawskiej i Wikingach niż ja. Co do zaś Twojego warsztatu pisarskiego to przede wszystkim zwróć uwagę na zdania. Piszesz za krótkie, czyta się to ciężko i niewygodnie, szczególnie opisy, które przecież mają poruszać wyobraźnię czytelnika, który odnajdzie się w wykreowanej przez Ciebie rzeczywistości. Te następujące po sobie kropki po kilku słowach skrzętnie uniemożliwiają ten proces. Brak Ci szlifu; tworzy tu rzemieślnik, ale jeszcze nie artysta. Niby masz bogaty zasób słownictwa, niby starasz się porównywać, używać metafor, brakuje tu jednak czegoś co przyciągnęłoby oko.

Fabuła jest... no, żeby ostro nie powiedzieć nudna jak flaki z olejem. Wysil się trochę, daj trochę kreatywności od siebie. Akcja ciągnie się strasznie szybko, przez co gubiłem wątek praktycznie zaraz po tym jak się zaczął, bo na jego miejsce już wchodził następny. Wyprawa przebiegała jeden dzień? Co widzieli podczas morskiej podróży? Jakie nastroje panowały na drakkarach? Jak dowódcy sprawdzili się w roli 'kapitanów' na swoich statkach? Wszystko to mogłeś tutaj zawrzeć, a poleciałeś do przodu szybciej niż Usain Bolt.

To tyle jeśli chodzi o ocenę Twojego opowiadania. Mogę Ci tutaj śmiało powiedzieć, bierz się do roboty, bo masz aspirację, żeby z tego wyszło coś naprawdę porządnego. Powodzenia i połamania pióra.

Dragosani:
Jako że ocenić wypadało powyższe wypociny Istedda, zdecydowałem się napisać. Na początek jednak kilka słów do Morean. Jedno podstawowe pytanie... Czytałeś kiedyś jakaś sagę? Oczywiście prócz powyższej... Najwyraźniej nie, gdyż to co napisał Istedd jest doskonałym przykładem sagi. Błędy które wymieniłeś, a przynajmniej ich część, są bezpośrednio związane z tym gatunkiem. Tak po prostu dawniej pisano. Podobnie się na sprawa z fabułą. Sagi nie opowiadały jakiś wielce wymyślnych historii, po prostu opisywały dokonania wielkich jarlów, czy też legendarnych bohaterów. Nie oceniaj tego jak opowiadania, młody przyjacielu. Ale też nie uznaj mych słów za krytykę. Twoje ocena jest rzetelna. Lecz to ocena opowiadania, a nie sagi.

Przejdę teraz do samej oceny. Jak wspominałem, wypociny Istedda są sagą. Są jej dobrym przykładem. Autor wyraźnie zna ten gatunek literacki i napisał coś co świetnie się w niego wpasowuje. Oczywiście jest kilka błędów, które jednak nie pasują do sagi, lecz są one efektem "bariery językowej". Istedd jest Białorusinem i mimo iż zna polski, czasem ma problemy z niektórymi jego zagadnieniami. Więc można zrozumieć i praktycznie wybaczyć mu niewielkie potknięcia. Sama fabuła jest "nudna", jak to określił mój poprzednik. Lecz takie właśnie były sagi. Nie obfituje ona w wiele wydarzeń, ale czyta się ją przyjemnie. Jak na jego pierwszy tekst, Istedd napisał go dobrze. Znając go kolejne będą lepsze. Wysilę się nawet na ocenę, a będzie to 7/10.   

Lucas Paladin:

--- Cytat: Dragosani w 23 Luty 2011, 18:37:25 ---Jako że ocenić wypadało powyższe wypociny Istedda, zdecydowałem się napisać. Na początek jednak kilka słów do Morean. Jedno podstawowe pytanie... Czytałeś kiedyś jakaś sagę? Oczywiście prócz powyższej... Najwyraźniej nie, gdyż to co napisał Istedd jest doskonałym przykładem sagi. Błędy które wymieniłeś, a przynajmniej ich część, są bezpośrednio związane z tym gatunkiem. Tak po prostu dawniej pisano. Podobnie się na sprawa z fabułą. Sagi nie opowiadały jakiś wielce wymyślnych historii, po prostu opisywały dokonania wielkich jarlów, czy też legendarnych bohaterów. Nie oceniaj tego jak opowiadania, młody przyjacielu. Ale też nie uznaj mych słów za krytykę. Twoje ocena jest rzetelna. Lecz to ocena opowiadania, a nie sagi.
--- Koniec cytatu ---

W takim razie mea culpa. Skoro tak były pisane sagi to przepraszam twórcę powyższego tworu epickiego. W takim razie będę musiał się zabrać za czytanie tegoż gatunku i wtedy poprawię ocenę, którą tutaj umieściłem. Istedd - pisz dalej, bo masz do tego predyspozycje!

Istedd:
"Plemię Skraelingów"
Pięćdziesięciu ludzi, wybranych wolą bóstw uradowali się wieścią, że bogate te tereny przywitały ich obfitością bogactw. A bogactwa, miast samych miodów ziemi, drzew i stawów dawały im szansę ostania tutaj i planowania. Tak bowiem radzili dwa pierwsze dni, a dziesięciu z nich wyprawiło się w głąb terenu i powróciło z bogactwami. Były tam ryby, były tam pokarmy krzaków i mięso niedźwiedzie i wilcze, a skóry ich przynieśli piękne. Małe były jednak, co nie zadowalało Sivalda. Rozkazał on wlać resztę miodu, który ze sobą mieli do ogniska wzniesionego dla bogów ułaskawienia, choć gniew swój oni hamowali, albo skrzętnie przed nimi skrywali. W poszanowaniu jednak zostali uczczeni. Wikingowie w milczeniu opróżnili swe rogi, odłożyli swe miecze i hełmy. Ochędożyli się z wszelkiego oręża i złożyli przysięgę, która wiązać ich miała odwagę, honory, siłę i pamięć.
Albowiem obiecali, że nie odejdą stad ze strachu, a jako zwycięzcy, a krew odkupią poległych braci bogactwem ze sobą przywiezionym. I Sivald przysięgę złożył tą także i Dargo i wszyscy po dwakroć ją powtórzyli. A otucha wstąpiła w ich serca i napełniła ich członki siłą, kiedy napój ich uleciał do nieba kłębem dymu białym, nie zaś czarnym, jako gniew Odyna. To był pozytywny znak. A dalej oddali łasce bogów skóry, a jedną ostawił sobie Sivald, co odradzał mu drugi jarl. A on w swej pysze ostawił ją sobie na przekór radom. I wikingowie podnieśli swe tarcze i miecze i hełmy i noże. I postanowiono wciągnąć okręt dalej na ziemię, aby wiatry niepomyślne, przez wrogów ich dawnych powstałe nie zabrały im okrętu. I wielkim wysiłkiem udało się to zrobić.
A wielka po tym nastała radość, tak skończył się dzień kolejny. Jarlowie tej nocy nie spali, niepokoiły ich sny. Kiedy któryś zasnął, budził się nagle w obawie, że nadchodzą Skraelingowie. Nasłuchawszy się o nich opowieści żałowali, że żaden z tych pogan nie wychylił się z lasu. Byli gotowi do handlu, zabrali ze sobą ulubione przez nich czerwone płótna i błyskotki. Tak powiadali ci, którzy wrócili z wyprawy Leifa. Najwięcej zaś mówił Karlsefnieni. On to jako pierwszy dotknął owych dziwnych, brudnych i brzydkich ludzi, a także jako pierwszy zatopił w nich swój topór. Jako świadectwo tego czynu okazał im kępy włosów dziwnych, albowiem szorstkich, a ludzkich. Do tego ozdoby z ich uszu wyrwał.
Postanowiono wyruszyć na spotkanie jako pierwsi i zmiażdżyć ich silnym uderzeniem, gdyby plemię to pamiętało urazy dawnych czasów. Sivald wyruszył ze swymi ludźmi, zabierając płótno, ale i tarcze i miecze. Na szyi wisiał mu MjĂśllnir i runa Berserkera. Twarzy nie umalował, a oczy jedynie naznaczył czernią. Dargo między ludzi podzielił pracę. Jedni rąbali drwa i poszukiwali bogactw tej ziemi, drudzy wznieść mieli prowizoryczne zarobole. Wniesiono tryn i kniażąc tak wielce jarl przysłużył się ich spoczynku tutaj. Przyniesiono krzna wilcze i niedźwiedzie i zwierząt innych mnogość, oberemki jadalnych korzeni i owoców. Postanowiono zjeść tryznę za kompanów, oblewając ją tylko tym, co znaleźli tutaj. A ludzie jego donieśli o wodzie, którą pić mogli, a źródło jej napełniało się samo. Znak to był od bogów kolejny. Czekana na swych braci. Wrócili dnia następnego. Nie znaleźli mieszkańców Winlandii, a jedynie ich porzucone mieszkania. Wielce zdziwieni ich prostotą i konstrukcją postanowili nie wgłębiać się dalej w tereny. Zjedzono ucztę i zniesiono kolejne krzna. Postanowiono postawić pokucie z drwa ku czci bogów. A postawiono je dwa. I Sivald oddał wtedy krzno swoje, które bezprawnie wziął, opamiętawszy się w swoim postępowaniu. I bogowie uradowali się posyłając kolejnego dnia kilkunastu Skraelingów.
Powitano ich ciepło. A dziwiono się. Przybysze byli niscy, szpetni i mieli brzydkie włosy na głowach. Mieli wielkie oczy i szerokie policzki. Twarz jednego z nich znaczona była bluźnierczymi znakami, które przypominając pismo wikingów szpeciło ich klątwami w sobie zawartymi, bo runy te były błędne, które na twarzy jego się znajdywały. Ludzie ci szybko uciekli, widząc posągi dla bogów. Czekając tak zimę i kolejne tygodnie nie doczekali się śniegu, a więc pobudowano się na skraju lasu i jeziora pełnego ryb. Jedne domy stanęły w głębi lądu, inne nad samym jeziorem. Lecz z nadejściem wiosny, pewnego ranka dostrzegli mnóstwo skórzanych łodzi płynących z przylądka na południu. Postanowiono handlować z przybyszami. Przede wszystkich chcieli oni kupować płótno czerwone. Dawali w zamian mięso, krzna i kamienie błękitne i zielone, czerwone i bezbarwne. A gdy chcieli kupić dzidy i miecze, Sivald zabronił swym ludziom sprzedaży. Mówili Skraelingowie niezrozumiale i szybko, dziwne głosy często wydając, jako ptaki i dzikie zwierzęta. Nie wpuszczano ich do chiżyn i okolic statku, które pilnowali ludzie Sivalda. W końcu jednak, gdy wikingowie zaprzedali wszelkie materiały, a zyskali na tym mięsa przeróżne i dziwne do jedzenia pokarmy, złoto przypominające go jedzenia, a miękkie i słodkie, postanowiono planować koniec wyprawy. Uznano to za dobry pomysł. Jednak dnia pewnego, nie pojawili się przybysze, co wzbudziło niepokój Dargoa. Dwa dni później próba się rozpoczęła.
Zobaczono wielką ilość łodzi Skraelingów płynących niczym potok z południa. Tym razem wywijali deseczkami, które za wiosła im służyły w stronę przeciwną niż ruch słońca i głośno przy temu krzyczeli. Wzięto więc czerwone tarcze i wystawiono w stronę Skraelingów. Mur tarcz wydał z siebie potężny okrzyk, od którego kilku z łódeczek zawróciło w panice. A Sivald nakazał wołać imienia Odyna, dopóty tamci nie zaatakują. Rzucili się w stronę ludzi Dargoa, a ci walczyli odważnie. Obie grupy starły się, kiedy wikingowie przyjęli walkę całym szeregiem. A mężowie walczyli dzielnie i nikt nie padł. Miecze rozcinały brudną skórę przybyszów, a ich broń uderzała o tarcze i niszczała. Kiedy zapadł pierwszy krok, odepchnięto ich. Uciekając krzyczeli i rzucali w szeregi jarla kamieniami. Nikt nie ucierpiał, choć na hełm Sivalda padło wiele uderzeń. Uznano to za zły omen. Zmarłych spalono na stosie, a pierw wyjęto im ozdoby z uszu, które były drewniane i kamienne, a rzeźbione. Dargo zajął się bliskim przyglądaniem się zdobytym łupom, a reszta wojów piła za zwycięstwo. Zabito trzystu dwudziestu trzech Skraelingów.
Teraz zdawało się Sivaldowi, który własną ręką zabił trzydziestu dziewięciu Skraelingów, jasne, że pomimo wspaniałych bogactw tej ziemi, zawsze będzie towarzyszył im konflikty z tymi, którzy już tu zamieszkiwali. Przygotowali się więc do obrony i powolnego wypłynięcia. Wody były niespokojne, odradzano ten pomysł i przystali na to jarlowie. Kolejne dni mijały spokojnie, a jeden z ludzi Dargoniego odnalazł stado bydła, które zagnano blisko chiżyn. Pasło się samo, a Skraelingowie nie dawali znać od kilku dni. Pojawili się rankiem pewnym, ale zdołano znów stanąć w szykach i wyczekiwać ich. Ludzie Sivalda stanęli sami, a pozostali, wraz z drugim jarlem schowali się w lesie. Kiedy Skraelingowie zeszli ze swych łódeczek zaatakowali wikingowie podnosząc potężniejszy od poprzednich ryk. Brzydcy zostali zepchnięci w wodzie i kilku tylko do lasu uciekło. Wtedy to jarl Dargo zrzucił hełm, rozwinął włosy, odrzucił tarczę, ze sobą jedynie miecz biorąc i rzucił się w pościg za jednym z uciekającym. Za nim ruszył i Sivald, którego powstrzymali, bo oto kolejna grupa Skraelingów natarła na nich od strony przeciwnego brzegu jeziora, gdzie stała chata. Oszczep, który cisnął jarl przebił ich wodza, który trzymając jakowyś totem zachęcał swoich do walki. A widząc to tubylcy przerazili się i zdołano uderzyć na nich z taką siłą, że huk wzniósł się większy, niż gdy na Lokiego pierś padała kropla jadu. Ciała poczęto palić, a wrócił jarl, o którego poczynano się martwić. Ze sobą prowadził uwiązanego grubym sznurem Skraelinga. I wielka nastała radość, albowiem Dargo był obdarzony darem nie tylko chytrości, ale i mądrości do języków wszelakich. Powiadano, że znał języki świata, a biegle też czytać potrafił. Uznano to za wielce dobry znak i wypito. Bogowie też radowali się, bo nikt nie zostawał ranny z żeglarzy.
Następne dni radowano się po zwycięstwie i wróżono z ognia, nieba, ziemi i wody, że następne ataki nie nadejdą. Przeciwni temu byli jarlowie, którzy milczeć poczęli. Sivald zajmował się przygotowaniem okrętu i załadowaniem go zdobytymi dobrami, zaś Dargo przebywał w obecności brańca. Dopiero trzy dni później wyszedł ze swego domostwa i oznajmił im radosną wiadomość, że pokonawszy wodza, którego przebił oszczep jarla Skraelingowie muszą wiele dni ubolewać nad jego śmiercią i nie mają wojowników tak wyszkolonych, aby mogli przeciwstawić się sile. Załoga wierzyła, że nie tylko Odyn oświecił jarla, ale i błogosławił On ich wyprawę całą. Sivald postanowił złożyć brańca w ofierze. W środku nocy rozpoczął się rytuał i z żeber pojmanego ułożono skrzydła orła - ku chwale Odyna i jego zwierzęcia, znaku Mądrości i wytrwałości, która w następnym czasie potrzebna im wielce być miała.
A krew Skraelinga splamiła ziemię, wody i szaty jarlów; myśli wikingów i wzbudziła w nich chciwość, przed którą tak stronili ostatnimi dniami.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej