Forum dyskusyjne > Dyskusje na każdy temat

Sivaldowska saga

<< < (2/3) > >>

Istedd:
Jest to wersja poprawiona Sagi.


„Emulacyja Wargalów – wartołbów”
Snorri i Erak nasłuchawszy się chciwie opowieści starego już Karlsefniego postanowili wyruszyć do Winlandii. Uznano to za niezbyt dobry pomysł.  Nie tylko dlatego, że znaki na ziemi, niebie i w świątyni świadczyły o niepowodzeniu planowanej wyprawy, ale i większość okrętów wracała właśnie do portu Stavanger. Tegoroczne wyprawy nie obfitowały w łupy, a jedynie heroiczną walkę i liczne podróże do Walhalli. Wielu ginęło od mieszania się w konflikty druidów na ziemi Sasów. Płacone kwoty przez następców Karola Wielkiego, jedynego prawdziwego mężczyznę śród plemiona Franków, który bronił krańców swych ziem przez jarlami: Thorsteinnen, Gudlaugiem i Ingolfem nie wystarczały, aby napełnić kieszenie miejscowych kapitanów, którzy coraz częściej rościli sobie prawo nawet do ludzi! Niezadowolenie rosło z dnia na dzień. Nikt nie przypuszczał jednak, że Snorri, Erak, Hallgerðr i FĂĄlki zignorują ostrzeżenia starszych. Zadufani w swoje doświadczenie wyruszyli do Winlandii niewiele dni przed nastaniem zimy.
Długo trwała nocna narada. Postanowili, że bez zimowania dopłyną tam, a powrócą, kiedy zima dwukrotnie minie i wielkimi bogactwami odegnają nędzę i przebłagają bogów. Zabrać miano snekkary Eraka, Snorriego i FĂĄlkiego. Hallgerðr dowodzić miał, jako najstarszy na swym drakkarze; a było ich na czterech statkach trzystu czterdziestu ludzi Wzięli ze sobą wiele skrzyń zapasów, broni i narzędzi. Wypłynęli nie pożegnawszy swych żon i rodzin. Płynęli z wiatrem, NjĂśrðr im sprzyjał. Dziób przyozdobili głową smoka Vaeaerdonr. Bogi sprzyjały im przez drogę. Długo już płynęli, kiedy kapryśne wody uderzyły w ich burty. Thor grzmotem oświadczał, że mają zawrócić. Dziób drakkara rozłamał się a załoga wydawszy przeraźliwe okrzyki zawróciła. Oni nie byli odważni i zostali ukarani. Nigdy nie dano im wrócić do portu, a pamięć o ich nie była długa. FĂĄlki, którego starszym był Hallgerðr stracił trzech ludzi. A byli to ludzie najmniejszej wiary. Nastroje były coraz gorsze. Minąwszy długim łukiem osady swych braci wypłynęli na wody Winlandzkie. Drogi nie było już wiele, ale bogowie dali znać o swym niezadowoleniu. Minęły dni i noce.
Juże okręty wpłynęły w nieprzeniknioną mgłę, która stawiona przed nimi była jako druga przeszkoda. Nawołujący imienia Odyna Erak i Snorri wypłynęli z niej bez szwanku. Wypuszczono kruki, które jednak wróciły, gdyż wiatr zepchnął ich lekko z traktu.  FĂĄlki nie powrócił. Zatoń pochłonęła jego i jego okręt. Pamięć o nim zaginęła. Jarlowie snekkarów pozostałych wiedzieli, że bogi nie są im przychylne. Był to pierwszy raz, kiedy załoga poczęła szemrać na Snorriego. Panował zamęt i nawet kantyki nie pomogły. I to rozgniewało bogów jeszcze bardziej. Zerwała się burza tak wielka, że wyczuwano nawet drgania Lokiego i truciznę, jaka go trawiła. Fale podnosiły tak wielkie, jak wielkie były ich okręty a opadały z siłą tak wielką, jak wielka była potęga natarcia ich muru tarcz. Gniew zniszczył okręt Eraka. Mgła opadła, a wypuszczone znów kruki nie wróciły. Był to dobry znak.
Ostały jarl jednak nie cofnął się i wreszcie ujrzano rzekę, która najpierw wypadała z jeziora, a potem do morza. Tam zatrzymali statek i nie schodząc na ląd dwie noce pili za poległych. Nie wystawiono stroży. A wojów sześćdziesięciu. Wreszcie dotarli do Winlandii, krainy winem płynącej, z ziemią tak żyzną, że chciwy Snorri nie czuł smutku za śmierć towarzyszy, a radość za własne, snadne przeżycie. Bogowie postanowili ostatni raz ukarać jego ludzi. Najbardziej mu wierni i jego brat, wybrawszy się na ląd zaginęli i nie powrócili. Pamięć o nich zaginęła po chwili. Broni nie dano im ze sobą zabrać - tak chciał Odyn i nie mogli się szczycić. Zdarzyło się pewnego ranka, że gdy załoga wracać chciała stanął na dziobie jeden z nich i począł mówić z biegłością i mądrością dorównującą jego piękności twarzy, jakoli Baldur. Był wysoko urodzony, a zwał się Dargo. Był on mądry i oczytany, potrafił zapisywać runami długie pieśni i sagi, ani razu nie błądząc w znakach i nie ściągając klątwy. W boju był on twardy i nieustępliwy, a miecz dzierżył przebiegle. W wyprawach wielu uczestniczył wraz z jednym człowiekiem syna jarla Karlsefniego. A zwał się on Sivald. Był on człowiekiem oszpeconym na twarzy, który wielką boleść skrywał , albowiem nie mógł mieć potomnych, mimo kobiety, jaka była mu przeznaczona przez wolę Sif. W walce był przerażający, wpadał w szał i często bez tarczy rzucał się tam, gdzie walczono. Zadziałał na swą reputację. ÂŚlady bojów znaczyły jego ciało, ale widać było i czuć dziwną aurę, jaką roztaczał. I teraz, kiedy wdrapał się na dziób za Dargoiem przemówił do nich z zapałem. Mówił uprzejmie. Postanowiono tutaj ostać i radować się, dopełniając przyrzeczenia dla bogów. Na jarlów wybrano Dargoa i Sivalda, którzy podzielili między siebie ludzi. A każdemu z nich przypadło dwudziestu czterech ludzi. A było ich łącznie pięćdziesięciu ludzi. Gdy zabezpieczono okręt Sivald wyruszył w głąb lądu zabierając miecze.
A wrócił z wieściami, że stawy są pełne ryb, lasy pełne zwierzyny, a na pobliskiej nizinie znaleźli pola dzikiej pszenicy. Czując, że pomimo wspaniałych bogactw tej ziemi, zawsze będzie towarzyszył im strach i konflikty z tymi, którzy ostali w domach. Rozpalono wielkie ognisko na cześć Odyna, pijąc strudź za poległych i Dargo i Sivald uczczeni jako jarlowie prawili ze sobą wpatrzeni w ciemność nadchodzącej nocy. Czuli, że obserwują ich mieszkańcy Winlandii - Skraelingowie. Nie mogli zawrócić teraz, bogowie dawali im szansę.
Ostatnią szansę.
Nie wolno było utokować.
Musieli zyskać użytki i oddać je bogom.

Istedd:
"Snażyć się do stwirdzinia"
Pięćdziesięciu ludzi, wybranych wolą bóstw uradowali się wieścią, że bogate te tereny przywitały ich obfitością bogactw. A bogactwa, miast samych miodów ziemi, drzew i stawów dawały im szansę ostania tutaj i planowania. Tak bowiem radzili dwa pierwsze dni, a dziesięciu z nich wyprawiło się w głąb terenu i powróciło z bogactwami. Były tam ryby, były tam pokarmy krzaków i mięso niedźwiedzie, i wilcze, a torłopy przynieśli piękne. Małe były jednak, co nie zadowalało Sivalda. Rozkazał on wlać resztę miodu, który ze sobą mieli do ogniska wzniesionego dla bogów ułaskawienia, choć gniew swój oni hamowali, albo skrzętnie przed nimi skrywali. W poszanowaniu jednak zostali uczczeni. Wikingowie w milczeniu opróżnili swe rogi, odłożyli swe miecze i hełmy. Ochędożyli się z wszelkiego oręża i złożyli przysięgę, która wiązać ich miała odwagę, honory, siłę i pamięć.
Albowiem obiecali, że nie odejdą stad ze strachu, a jako zwycięzcy, a krew odkupią poległych braci bogactwem ze sobą przywiezionym. I Sivald przysięgę złożył tą także i Dargo i wszyscy po dwakroć ją powtórzyli. A otucha wstąpiła w ich serca i napełniła ich członki siłą, kiedy napój ich uleciał do nieba kłębem dymu białym, nie zaś czarnym, jako gniew Odyna. To był pozytywny znak. A dalej oddali łasce bogów krzna, a jedne ostawił sobie Sivald, co odradzał mu drugi jarl. A on w swej pysze ostawił ją sobie na przekór radom. I podnieśli swe tarcze i miecze i hełmy, i noże. I postanowiono wciągnąć okręt dalej na ziemię, aby wiatry niepomyślne, przez wrogów ich dawnych powstałe nie zabrały im okrętu. Wielkim wysiłkiem udało się to zrobić.
A wielka po tym nastała radość, tak skończył się dzień kolejny. Jarlowie tej nocy nie spali, niepokoiły ich sny. Kiedy któryś zasnął, budził się nagle w obawie, że nadchodzą Skraelingowie. Nasłuchawszy się o nich opowieści żałowali, że żaden z nich nie wychylił się z lasu. Byli gotowi do handlu. Zabrali ze sobą ulubione przez nich czerwone płótna i błyskotki. Tak powiadali ci, którzy wrócili z wyprawy Leifa. Najwięcej zaś mówił Karlsefnieni. On to jako pierwszy dotknął owych dziwnych, brudnych i brzydkich ludzi, a także jako pierwszy zatopił w nich swój topór. Jako świadectwo tego czynu okazał im kępy włosów dziwnych, albowiem szorstkich, podobnych do świń, a jednak ludzkich. Do tego ozdoby z ich uszu wyrwał. A były one brzydkie i wykonane z kości.
Postanowiono wyruszyć na spotkanie jako pierwsi i zmiażdżyć ich silnym uderzeniem, gdyby plemię to pamiętało urazy dawnych czasów. Sivald wyruszył ze swymi ludźmi, zabierając płótno, ale i tarcze i miecze. Na szyi wisiał mu MjĂśllnir i runa Berserkera. Twarzy nie umalował, a oczy jedynie naznaczył czernią. Dargo między ludzi podzielił pracę. Jedni rąbali drwa i poszukiwali bogactw tej ziemi, drudzy wznieść mieli prowizoryczne zarobole. Radzono nad budową silnej palisady, lecz zbyt wiele czasu i mozołu kosztować to miało. Uznano to za zły pomysł. Mądry jarl nie podzielał owego wyroku. Wniesiono tryn i kniażąc tak rozsądnie, Dargo przysłużył się ich spoczynku tutaj. Przyniesiono krzna wilcze i niedźwiedzie i zwierząt innych mnogość, oberemki jadalnych korzeni i owoców. Postanowiono zjeść tryznę za kompanów, oblewając ją tylko tym, co znaleźli tutaj. A ludzie jego donieśli o wodzie, którą pić mogli, a źródło jej napełniało się samo. Znak to był od bogów kolejny. Czekano na swych braci. Wrócili dnia następnego. Nie znaleźli mieszkańców Winlandii, a jedynie ich porzucone mieszkania. Wielce zdziwieni ich prostotą i konstrukcją postanowili nie wgłębiać się dalej w tereny. Zjedzono ucztę i zniesiono kolejne krzna. Postanowiono postawić pokucie z drwa ku czci bogów. A postawiono je dwa. I Sivald oddał wtedy krzno swoje, które bezprawnie wziął, opamiętawszy się w swoim postępowaniu. I bogowie uradowali się posyłając kolejnego dnia kilkunastu Skraelingów.
Powitano ich ciepło. A dziwiono się. Przybysze byli niscy, szpetni i mieli brzydkie włosy na głowach. Mieli wielkie oczy i szerokie policzki. Twarz jednego z nich znaczona była bluźnierczymi znakami, które przypominając pismo wikingów szpeciło ich klątwami w sobie zawartymi, bo runy te były błędne, które na twarzy jego się znajdywały. Ludzie ci szybko uciekli, widząc posągi dla bogów, postury wojowników i słysząc kantyki oraz grę rogów. Czekając tak zimę i kolejne tygodnie nie doczekali się śniegu, a więc pobudowano się na skraju lasu i jeziora pełnego ryb. Jedne domy stanęły w głębi lądu, inne nad samym jeziorem. Lecz z nadejściem wiosny, pewnego ranka dostrzegli mnóstwo skórzanych łodzi płynących z przylądka na południu. Postanowiono handlować z przybyszami. Przede wszystkich chcieli oni kupować płótno czerwone. Dawali w zamian mięso, krzna i kamienie błękitne i zielone, czerwone i bezbarwne. A gdy chcieli kupić dzidy i miecze, Sivald zabronił swym ludziom sprzedaży. Mówili Skraelingowie niezrozumiale i szybko, dziwne głosy często wydając, jako ptaki i dzikie zwierzęta. Nie wpuszczano ich do chiżyn i okolic statku, którego strożowali  ludzie Sivalda. W końcu jednak, gdy wikingowie zaprzedali wszelkie materiały, a zyskali na tym mięsa przeróżne i dziwne do jedzenia pokarmy, złoto przypominające, a miękkie i słodkie, postanowiono zaplanować koniec wyprawy. Uznano to za dobry pomysł. Jednak dnia pewnego, nie pojawili się przybysze, co wzbudziło niepokój Darga. Wikingowie zaś już dawno poczęli obrać się w wielu kunsztach, gdyż tak zarządzili jarlowie. Czterech jupę ochędóstwa statku kreowało, aż łszczyć się poczęła. Pięciu rąbało drwa i chiżyny wzmacniało, kolejnych zaś siedmiu strożować poczęło, by odejmować się mogli prędko. Inni zdobywali jadło i napitek. Nie powstawał skierk, jednak mir sadnie osłabił przebiegłość wszystkich, poza jarlami, którzy poza obiatami i kniażeniem wypatrywali Skraelingów. Uszykowali wiele samowołek na nich.
Zobaczono zrazu pewnego mocność ilości łodzi Skraelingów płynących niczym potok z południa. Tym razem wywijali deseczkami, które za wiosła im służyły w stronę przeciwną niż ruch słońca i głośno przy temu krzyczeli. Wzięto więc czerwone tarcze i wystawiono w stronę Skraelingów. Mur tarcz wydał z siebie potężny okrzyk, od którego kilku z łódeczek zawróciło w panice. A Sivald nakazał wołać imienia Odyna, dopóty tamci nie zaatakują. Rzucili się w stronę ludzi Dargoa, a ci walczyli odważnie. Obie grupy starły się, kiedy wikingowie przyjęli walkę całym szeregiem. A mężowie walczyli dzielnie i nikt nie padł. Miecze rozcinały brudną skórę przybyszów, a ich broń uderzała o tarcze i niszczała. Kiedy zapadł pierwszy krok, odepchnięto ich. Uciekając krzyczeli i rzucali w szeregi jarla kamieniami. Nikt nie ucierpiał, choć na hełm Sivalda padło wiele uderzeń. Uznano to za zły omen, ale starcie zwyciężono. Zmarłych spalono na stosie, gdyż byli oni odważni i zginęli w walce nie porzuciwszy oręża; a pierw wyjęto im ozdoby z uszu, które były drewniane i kamienne, a rzeźbione. Dargo zajął się bliskim przyglądaniem się zdobytym łupom, a reszta wojów piła za zwycięstwo. Zabito dwustu dwudziestu trzech Skraelingów.
Teraz zdawało się Sivaldowi, który własną ręką zabił trzydziestu dziewięciu Skraelingów, jasne, że pomimo wspaniałych bogactw tej ziemi, zawsze będzie towarzyszył im konflikty z tymi, którzy już tu zamieszkiwali. Przygotowali się więc do obrony i powolnego wypłynięcia. Wody były niespokojne, odradzano ten pomysł i przystali na to jarlowie. Kolejne dni mijały spokojnie, a jeden z ludzi Dargo odnalazł stado bydła, które zagnano blisko chiżyn. Pasło się samo, a Skraelingowie nie dawali znać od kilku dni. Były to zwierzęta dziwne, lecz po zabiciu miały czerwoną krew. Uznano to za dobry omen i przygarnięto stado.
Pojawili się rankiem pewnym Skraelingowie, ale zdołano znów stanąć w szykach i wyczekiwać ich. Ludzie Sivalda stanęli sami, a pozostali, wraz z drugim jarlem schowali się w lesie. Kiedy Skraelingowie zeszli ze swych łódeczek zaatakowali wikingowie podnosząc potężniejszy od poprzednich ryk. Brzydcy zostali zepchnięci w wodzie i kilku tylko do lasu uciekło. Wtedy to jarl Dargo zrzucił hełm, rozwinął włosy, odrzucił tarczę, ze sobą jedynie miecz biorąc i rzucił się w pościg za jednym z uciekającym. Za nim ruszył i Sivald, którego powstrzymali, bo oto kolejna grupa Skraelingów natarła na nich od strony przeciwnego brzegu jeziora, gdzie stała chityna Sivalda. Oszczep, który cisnął jarl przebił ich wodza, który trzymając jakowyś totem zachęcał swoich do walki. A widząc to tubylcy przerazili się i zdołano uderzyć na nich z taką siłą, że huk wzniósł się większy, niż gdy na Lokiego pierś padała kropla jadu. Ludzie o brzydkich twarzach uciekli i zginęło ich stu osiemdziesięciu siedmiu. Ciała poczęto palić, a wrócił jarl, o którego poczynano się martwić. Ze sobą prowadził Skraelinga. I wielka nastała radość, albowiem Dargo był obdarzony darem nie tylko chytrości, ale i mądrości do języków wszelakich. Powiadano, że znał języki świata, a biegle też czytać potrafił. Uznano to za wielce dobry znak i wypito. Bogowie też radowali się, bo nikt nie zostawał ranny z żeglarzy.
Następne dni radowano się po zwycięstwie i wróżono z ognia, nieba, ziemi i wody, że następne ataki nie nadejdą. Przeciwni temu byli jarlowie, którzy milczeć poczęli. Sivald zajmował się przygotowaniem okrętu i załadowaniem go zdobytymi dobrami, zaś Dargo przebywał w obecności brańca. Dopiero trzy dni później wyszedł ze swego domostwa i oznajmił im radosną wiadomość, że pokonawszy wodza, którego przebił oszczep jarla Skraelingowie muszą wiele dni ubolewać nad jego śmiercią i nie mają wojowników tak wyszkolonych, aby mogli przeciwstawić się odejmowaniu wikingów. Załoga wierzyła, że nie tylko Odyn oświecił jarla, ale i błogosławił On ich wyprawę całą. Sivald postanowił złożyć brańca w obiecie. W środku nocy rozpoczął się rytuał i z żeber pojmanego ułożono skrzydła orła - ku chwale Odyna i jego zwierzęcia, znaku Mądrości i wytrwałości, która w następnym czasie potrzebna im wielce być miała.
A krew Skraelinga splamiła ziemię, wody i szaty jarlów; myśli wikingów i wzbudziła w nich chciwość, przed którą tak stronili ostatnimi dniami.

Istedd:
"Mieśćce śród ćwirdz"
Wieleset razy Mani i Sol przewędrowali po nieboskłonie i zatracono już się w czasie. Nawet znający wiele rzemiosł Dargo nie wiedział, czy jest Dzień Tyra, Thora, Freyi czy Sol. Jednakże radowano się, albowiem pozyskano wiele dóbr: krzna, ozdób, jadła i napitków wody. Radzono na thingu czy nie wrócić i nie opowiedzieć o obrocznej, obwitej, okwito krainie. Miano wziąć okrasy i zapasy wystarczające na powrót. Obrządano obyczajem obykłym, aboś, nim obeźrzeciono sprawę oblicznie przeciw jarlom wystąpiło dwóch ludzi. Zwali się oni Harnulf Cielisty, syn Gerhaima i Odesakster Rudy, syn Örlyffa. Oboj mówili, że niesprawiedliwością jest podział drużyny, gdyż snekkar nie wróciłby, a oboj nie uznwali dwóch jarlów i domagali się jednego. Lecz wyprawni przeczyli im, gdyż nie rozbicia poszukiwano, a zjednoczenia. Wroga nie było od dawna, lecz należało trzymać stroże nad zarobolami w dzień i noc. Niektórzy jednak wsparli kłótników. Miano wybrać jednego jarla, lecz Dargo przekonywał ich biegłą mową, abociem jeden miał być jarl na statku i tam przewodzić dwudziestoma ludźmi, a ostały jarl miał być na landzie i przewodzić miał dwudziestoma ośmioma ludźmi. Albowiem wszystkich ich było pięćdziesięciu. Na landzie ostać miał Sivald, gdyż sam chciał afektować ochronę.  Obradowano trzy dni, aż wreszcie odstąpiono od przeciwności do wypłynięcia. Dargo wybrał ludzi i zabrał ze sobą Harnulfa Cielistego, syna Gerhaima i Odesakstera Rudego, syna Örlyffa. Tak też mądry jarl pozbył się z ziemi oponentów. Nim wypłynęli ucztowali wszyscy i radowali się. Złożono ofiary NjĂśrdowi, złośliwemu Lokiemu i Odynowi. Znaki na niebie i ziemi były pomyślne. Zabrano wiele koż, ozdób, torłop. Snadno załadowano wiele jedzenia i mniej broni (w tym ocięty był Sivald). Statek zepchnięto do wody i wszyscy złożyli obiatę, że wrócą najprędzej. Wypłynęli i Sivald, i jego dwudziestu ośmiu ludzi ostało w Winlandii. I nie obaczono, jak jeden Skraeling miał na wszystko baczenie i pobiegł mówić o tym swym wodzom.
Minęły trzy pogonie na nieboskłonie Maniego i wilka Hatiego (zwanego Managarmem) i wszystko było spokojnie. Sivald nie był gnuśny i częstokroć samemu stał na zarobolach, by szczycić je w razie potrzeby. Ale ludzie pod nim pracowali. Jedni zbierali ondzie pokarmy i napitki ze źródła (łowiono również i chwytano ryby), znów jedni polowali na zwierzęta, a jeszcze kolejni badali okrąg ziem i wzmacniali umocnienia. Usypano większe wały, a chiżyny usprawniono o większe paleniska i ściany. Æwiczono się w sprawnościach, w broniach, w biegach i dbano o oręż. Ale zmieniło się to, kiedy dostrzeżono złe znaki na niebie, chmury zwijały się w dziwne kształty i ptactwo wędrowało stadami znad lasu. Sivald rozkazał, by przygotowali się i mieli baczenie mocniejsze. Tak też się stało i gotowi byli, jak nadszedł, jak trzaskawica napad. Wielu było Skraelingów i krzyczeli oni głośno. Byli nadzy i były wśród nich brzydkie kobiety. Ich piersi były odpychające, a łona ich krwawiły. Sivald narzucił na się szyszak, ujął oszczep i włócznię i wbił się w ring, jaki utworzyli. Lecz z ringu rozstawili się na mur, gdyż dzikusy nie mogły ich okrążyć, albowiem po bokach mieli chiżyny, a plecy były przykryte wojami. I Sivald cisnął oszczepem i przebił gołą kobietę, a włócznią do drwa przybił kolejną. I ryknęli wszyscy tak głośno, że cofnęli się w przerażeniu ich wrogowie i uderzono na nich z siłą wręcz MjĂśllnira, bo nikt kroku nie ustąpił. Wielu przewróciło się wrogów i padło, albowiem rżnięto toporami i ostrzami bez opamiętania. I ciskano kamieniami w ich tarcze i głowy, lecz nikt nie zatrzymywał się, choć krew wrogów lała im się na oczy. I Skraelingowie cofnęli się ostawiając wielu zabitych, a kobiety ich nagie nadal gryzły wojów, którzy odrąbywali im członki, piersi, uszy i głowy. Lecz niespodzianie krzyk wzmógł się od ludzi Sivalda, albowiem z trupów jęły wyskakiwać potwory! ÂŻywe trupy, Draugi! Wyskoczyły z kup trupów zakrwawione i dzierżące ostre kamienie, którymi uderzały jak nożami w szyje, pachy i twarz ludzi Sivalda. Ci jęli odejmować je od siebie kopnięciami, rąbaniem i krzykiem, ale nie uchroniło to przed rozpadem muru. I Skraelingowie zawrócili z podwójną siłą i gniewem. Sivald wtedy chwycił swą runę i udzielił się pod opiekę Odyna, chwycił jednego drauga i uniósł go nad ramiona. Thor rad był, albowiem dało się słyszeć odległy huk jego grzmotu. Wtem Sivald, jakoli mocarz i obr cisnął truchłem wciąż żywym w nadchodzących. I wtem ze wszystek stron wzniósł się mocniejszy krzyk i odparto również trupy, a wszystek Skraelingów uciekło. Za nimi wzleciało kilka oszczepów. I wielka nastała radość i lizanie ran. Zmarło dwoje ludzi, gdyż przegryziono im szyje, nogi i wydrapano oczy spijając krew. I wiele wylało się krwi wikingów i więcej jeszcze ze strony Skraelingów. Zmarłych wrogów spalono, a kobiet nikt ich nie tykał, gdyż były paskudne i podobne raczej grubym świniom. Mężów zaś poległych uczczono i ścięto dla nich drzewa, z których wykonano małe łódeczki, które wraz z ordynkiem, ozdobami, krznami i poległymi wypuszczono na wodę i podpalono.
A Sivald wezwał thing i tam uznano, że wrogowie ich będą atakować i sprzyjają im czary. Sivald żałował, że nie było z nimi Dargo, który znał się na runach i pomógłby w przeciwdziałaniu. I pewnej nocy miał sen jarl i zebrał ludzi. Tyle dwoje było przeciwów, gdyż miano wyjść i zdobyć ćwirdze Skraelingów prędzej i spalić ich chiżyny, ograbić i wybić, nim oni pierwej to poczynią. Lecz głosy sprzeciwu mówili, iż wtedy większy gniew spadnie na nich. Jakokole postanowiono tak zrobić i wybrano na harce dwóch ludzi, którzy byli najprędsi i znaleźli oni dziwne ich domy z ziemi i piachu. I palili oni ognie i tańczyli wokół nich, jak Słowianie w ÂŚwięcie Kupały. Lecz czynili to nago, a były ich kobiety paskudne, a nikt również nie wpadł w ogień, co było różne od ÂŚwięta Kupały. I przyniesiono wieści. Æwirdze były blisko ich ziem, tak więc Sivald postanowił o wypadzie.
Zebrał sześciu ludzi i zabrał najlepsze miecze, topory i oszczepy. Sam wdział kolczugę najgrubszą, szyszak i umalował swą twarz, dłonie i szyję. I odprawiono dla Odyna, Thora, Tyra i Lokiego obrzędy, gdyż bano się przewrotności bogów i nieprzychylności. W ofierze złożono zdobyte przedmioty w bitce przedniej.  I wyruszono w nocy. Każdy dzierżył topór krótki, długi, oszczepy i miecz, a także nóż. I każdy był zwierzęciem innym. I nosili ze sobą runy i znaki. A nawet najmniejsza ćwirdz (gdyż bez poparcia ludzi Darga, bano się porażki i śmierci ludzi, a musiano również ochraniać chiżyny i zarobole) okazała się trudna do zdobycia, gdyż nie cofali się wrogowie i było ich więcej, niż przypuszczano, bo Sivald stwierdził, iż kryją się oni w drzewach, ziemi i jaskiniach. Uderzono z dwóch miejsc wznosząc krzyk wtedy, kiedy zorientowano się o ataku. I wyrżnięto dwudziestu Skraelingów nim stanęli oni do obrony. A wtedy już walczący byli wespół siebie i ciskali oszczepami w zbierających się nagich mężczyzn i kobiety, które także chciały walczyć. I Sivald rozciął troje dzieci wpół, gdyż i chciały walczyć. I niewielu pokonało wielu, gdyż sprzyjali im bogowie i widać było ich ingerencję. Miecz ciął z trzykrotną siłą, a topory zabijały dwukrotnie więcej ludzi o brzydkich twarzach. I wzięto ogień z ogniska i obrzucono pochodniami chiżyny. I buchnął w górę ogień i krzyk się podniósł straszliwy. A Sivald i jego ludzie uciekli w las i tam miast uciekać, jak myślała o nich pogoń złożona z czterdziestu, alibo stu Skraelingów, ustawili obronę i czekali na towarzyszy. I wyciągnęli tarcze, które tam ukryli i raz jeszcze rzucili oszczepami i włóczniami, które również tam ukryli. Odejmowali się ocięcie bez skwierków. Jakmiarz mieli cofnąć się, gdyż każdy walczył z siedmioma, czy dziesięciorgiem  wroga i nawet święty szał bojowy i przychylność bogów była niewystarczająca, jednakoż nadeszła pomoc z resztek sił, jakie ostały. I było to wielce niebezpieczne, ale nie zaatakowano chiżyn tej nocy. I jedwo miało wszystko upaść, ale nikt nie zginął i była to ogromna masakra, choć z ran nie mógł Sivald chodzić przez cztery dni i noce, a innych żywot był znakiem tajemnicy, albowiem nie mięli przy sobie cebuli, a bogi milczały.
I postanowiono czekać na powrót  Dargo, nim miały nastąpić kolejne szturmy ćwirdz Skraelingów. A oni wnet dowiedzieli się o porażce i jęli obradować wyjąc nocami i dniami i budząc wiele niepewności w duszach ludzi Sivalda.

Istedd:
"Jęctwo Jarlów, pirzwej zaszcie"
I mnogość nocy po tamtej zwadzie nie doszło do wargieltu. Ludzie Sivalda pilnoć warowali nad zarobolami i wiele nocy padło nieprzespanych. Jadła jęło brakować. Ustała drużyna po wiecu orzekła i zjedzono stado wardęg, które znaleziono na początku wyprawy i przyprowadzono blisko chiżyn. I nigdy nie jedli już takiego mięsa. Wielce to uradowała ducha i napełniło ich spokojem. Aż wreszcie wrócił okręt kniażony przez Dargo. I radowali się wszyscy, aboim przywiózł on mnogość ochędóstwa, oręża i wrócił z ludźmi i dobrą mową. I radzili z Sivaldem całą noc, a później radowano się, aboś nadal trzymany stroż. Bogactwa zebrane zadowoliły wszystkich, acz wielce źli byli na nich, a Sivald okrył się hańbą, gdyż jego ociec i kobieta zmarli, a on nie mógł w ich pochówku zabrać głos. I wielce strwoniło to Sivalda. Przeczuł on, za wolą Odyna, że nie dane mu będzie wrócić w pełni. Skrył to w sobie, gdyż pito miód i mięsa, i jadło ryby, oberemki, a gwarzono radośnie i bez afektowności. A Dargo pokazał Sivaldowi nowych ludzi. I teraz było ich sześćdziesięciu czworo. I był tam też Harnulf Cielisty, syn Gerhaima i Odesakster Rudy, syn Örlyffa, którzy dalej przeciw nim uradzali, anoć byli oni wartołbami. Tak też minęła radość. Wciągnięto okręt i poszerzono wespołek zarobole. A Skraelingowie nie natarli jeszcze. A Sivald i Dargo rozmową wiedzieli już wszystko, nie wyniconowano niczego wespół sobie. I tak Dargo nakreślił runy, które ustrzegać miały ich land. I nakreślił ich wiele na piasku, na drzewach, na kamieniach, w powietrzu, aś wszytko czynił z uporem, dokładnie i godnie. Acz pomylił jeden znak, gdyż taka była wola bogów i wielkie miało to przynieść nieszczęścia. Tak też Sivald jął zbierać łupy znowuż na okręt, by nie musieli przenosić ich później, póki nie panowała burda z ich wrogami. Takoż się stało. Jarl zebrał połowę ludzi na schadzkę, na ćwirdzę Skraelingów. Wziął w tym udział i Dargo, a władzę ostawiono dla Føhlra Dunina, zwanego Dunderem. Był to człowiek wielkiej postawy, nielichego rozumu i wieku. A jednak był on przesiąknięty jadem płynącym od Lokiego i miał takie serce skłonne do psot.
Wyruszono w nocy. Zabrano najlepsze miecze, topory, noże, zbroje, szyszaki i pomalowana twarze. Skryto tarcze i oszczepy w ziemi, a zabrano bardziej poręczne z tarcz i zakradziono się do innej, odleglejszej siedziby Skraelingów, o której dowiedzieli się z harcowników. Wyprzeć miano ich znowuż prędko i sprawnie. A Dargo rozdzielił swych ludzi i Sivald uderzyć miał od strony lasu. Gdyż ćwirdz ich stała blisko lasu. Nic nie wziastowało najścia i natarcia ich drużyny, gdyż Dargo szedł samotrzeć przodem i częstoć z pleca. Szarżowano w ostatniej chwili, kiej z gromem Thora. I napadnięto na brzydkich ludzi drugi raz. ÂŁacno przyszedł grom mieczem, toporem i kułakiem. I wielu wtedy padło, nim podniosło broń. I mordowano i brzydkie dzieci, i brzydkie kobiety i brzydkich mężczyzn, którzy gryźli i wyli jak zwierzęta. I osądzono w duszy, że są jest to lud dziki, nieobyty z wojaczką, acz Sivald przestrzegł ich słusznie. W porę zebrali się w centrum ćwirdzy i zbili w krąg. Pierzchliwi wobec nim persony brzydkiego lodu i dymały w las. Tam czekało kilku ludzi Sivalda i wycięli pieszki. A Dargo i Sivald wyczuli, że nadchodzi zła siła, gdyż z lepkich ich chat wyskoczyli czarni jak sadza Skraelingowie, których oczy były czerwone, jak i zęby smarowane krwią. Osadzeni byli. Takoż jarl przykazał przebić się wysokim cłem, abociem była ich mnogość. I nie pojęli, że bestie te wyczuły ich woń, gdy tu zmierzali. A nie pojętym to było, gdyż Skraelingowie poświęcili swych mieszkańców, byleby w toń wprowadzić wikingów. A Dargo wyczuł widać niegodną magię i zasłoniono się szczelniej tarczami. I buchnął ogień w ludzi Sivalda! A wrzawa podniosła się i cofano się przeraźliwie. A jarlowie bronili, byleby tylko nie wycofano landu spód stóp. Utwierdzono odwagą miejsce i mimo ogni w paludamentach nie dano im pola. Ale czyż nie byli w turmie, kiedy trudna batalia ich czekała. I ryknięto z obydwu stron na siebie, a ludzie Sivalda chwycili za broń. I ogniem w nich pluto, a oni szli dalej i Odyn wielce dumny był z tego szaleństwa i dał im wielkie zwycięstwo i pogrom. A Skraelingowie uciekli, acz walczyli oni kijami i bili ich po ramionach, nogach, twarzach i dłoniach. Kiej miecz równać się może z kijem, a topór z dłonią? Gdyż pobito ich nikt z ludzi nie zmarł, a miano już sprawnego cyrulika i powrócono w chwale, krwi i z łupami ozdób Skraelingów.
Gdaż wrócili znać mieli o szkodach wywołanych przez złą runę. Harnulf Cielisty, syn Gerhaima i Odesakster Rudy, syn Örlyffa uknuli bowiem wespół i oboj podburzyli wszelakich ostałych przeciw władzy dwu jarlów. Nie zgodne było to wszak z obyczajami. I thing nie pomógł, i wiece, i rozmowy. Głosy burzyły się, a słowa łgały. Gnarować się było trudno i starym obyczajem postanowiono obrać jednego jarla. I wielu mówiło o Sivaldzie i równie wielu mówiło o Dargo. A kilku mówiło o Føhlrnie Duninie, zwanym Dunder. Nie było jednomyślności, acz mową swą mądrą skłaniał Dargo do siebie ludzi, którzy stali za Sivaldem, A Sivald doświadczeniem i małomównością przejmował rozumy tych, którzy stali za Dargo. I tak nie było jednomyślności. A złorzeczący jarlom polecili zorganizować Próby. I zgodzili się na to, gdyż zależało im na pokoju między chiżynami. Takoż stało się i następnego dnia zebrano się na wiecu przed symbolem Yggdrasillu. Takoż orzeczono trzy Próby, gdaż nie miano przelać krwi swoich w pojedynku, abociem każdy był przydatny w walce ze Skraelingami.
Pierwszą Próbą miały być wyścigi. Takoż się stało i rączy Dargo wyprzedził Sivalda i dwakroć szybciej wrócił od niego. I radowano się z jego zwycięstwa i szydzono z Sivalda. A drugą Próbą miały być rzuty włócznią. I każdy dostał jeden oręż i drugi. I cisnął pierw Dargo, a włócznia jego utknęła bardzo daleko. I tam udał się zgodnie z tradycyją. A Sivald cisnął niedalej od niego. I stanęli przed sobą wyciągając drugi oręż. I cisnął pierw Dargo. I nie celował obok, gdyż nie chciał okryć się hańbą i siebie, i swego przyjaciela. Jednak Sivald, jakoli Thor chwycił w locie włóczę, zamachnął się i cisnął włócznią wręcz z trzaskiem siły płynącym z jego siły i kunsztu. A Dargo cofnął się o krok i tak poległ w tej Próbie, gdyż nie zdołałby chwycił włóczni, która złamała swój grot w uderzeniu o ziemię. Takaż była siła. I wielu dziwiło się temu, a nikt poza zdrajcami nie imaginowało, że uczynili to specjalnie, gdyż tak nie było. A potem nastąpić miała trzecia Próba. I wstrzymano spory i waśnie. Długo rozważano, co określić ma zwycięzcę. Każdy znał lepiej inne kunszty i nie możnaby niesłusznie porównywać. Tak więc uradzono, że na władztwo zasłuży ten, który upoluje więcej zwierzyny. Miano wyruszyć w nocy i zabrać jedynie nóż oraz włócznię. Losy wyprawy pozostawiono woli bogów, abociem jarlowie zginąć mogli z ręki Skraelingów, gdybyż nie sprzyjali im bogi. Wyruszyli razem i nikt inny nie mógł opuszczać landu zasiedlonego. A to planowali Harnulf Cielisty, syn Gerhaima i Odesakster Rudy, syn Örlyffa. Føhlrowi Dunini, Dunderze nie udało się wypatrzeć przebiegłości żmijskiej obu zdrajców, którzy zapili go, wzięli pałki, jak również miecze, tarcze i udali się za śladami jarlów. I odnaleźli pierw Sivalda, który jął ubijać wilca. Gorkość zapadła, albowiem postrzegł ich w porę, lecz nie uniósł nań ręki, jak oni uczynili na jarlu. I zostawili go związanego. I przyprowadzono tam Dargo, który jednak bez wątpliwości przebił jednemu ucho włócznią. Takoż uległ im i przyprowadzili go za włosy do Sivalda i wespół związano i wrzucono do rzeki. Plwocono za nimi długo i radowali się. I nastały wtedy chmury i długo lała ulewa, burza i oczekiwanie na powrót. A jarlów wyłowiły z wody nienawistne dłonie Skraelingów, lecz nie zabito ich, a wzięto w tajemnicy do wodzów, gdyż chciano złożyć ich krzywym bogom.  I minął dzień, noc i dzień, kiedy uznano, że jarlowie są martwi. Poczęto pić i smucić się. Nikt, wespół z innymi, nie wymieniał o tym zdarzeniu pochlebstw, czy wątpliwości. Wiedziano, że jarlowie odeszli, gdyż runy, które napisał dawnoż na korze Dargo zostały zmazane przez wiatr, powietrze, wodę i ogień nienawiści, jaki podsycali zdrajcy. Powiadali oni, że Skraelingowie porwali jarlów i tak wyprawiono się po dwakroć i nikt nie znalazł śladów. I ostawiono wszystko na wolę bogów, a rola krzywych mówców i łgarzy wzrosła z bólem na honorze wyprawy.
Przejęli oni później władzę.

Istedd:
”Zdawić  wielom włodyków”
Absoluci przejęli kniażenie arendując dawnych jarlów, o których śmierci uznano prawie jednogłośnie. Jedynie Føhlrnie Dunini, zwany Dunder przeciw garłował, acz po dziesięciu nocach uległ i tak oto Harnulf Cielisty, syn Gerhaima i Odesakster Rudy, syn Örlyffa przejęli kniażenie i władztwo. Polecili usunąć, uznane już za sędziwe, zaklęcia, którymi osaczył zarobole Dargo i tak też uczynili, gdyż swą gładką mową przekonali, że one ściągnęły niezgodę w szeregi dawnych ludzi Sivalda. I polecono odesłać snekkar z kolejnymi trofeami w postaci zrabowanych ozdób, niewielkich, kolorowych skał, mięsiw, włosów pokonanych i krznów. Załogą stać się miała drużyna nie sprzyjająca obranym przymusowo zarządcom; abociem nadal nie uznawano ich jednomyślnie jarlem, tym bardziej obociem jarlem nikt z nich nie ostał. I tak też uczyniono i zostało w chiżynach czterdzieścioro czworo ludzi, aniż obawiano się zemsty Skraelingów bez silniejszej załogi, lecz mową łgarczą przekonali zdrajcy do siebie resztę i poczęto jeść, pić i opuszczać powieki na las, jezioro i wodę.
Oblicznie zasię zoczyli Sivald i Dargo Skraelingów. Nie dane im było wiedzieć ni czuć, ni węszyć, jak daleko ich zabrano, abociem stracili już swą broń i z odzienia ich ochędożono. I wędrowali długo, jakoli draugi, ale w przeciwieństwie doń wędrowali dalekoż i dalej jeszcze od swoich i bez opamiętania ich prowadzili brudni ludzie. I nie wymieniali mowy ni myśli, ni szeptów, ni gestów. Sivaldowi zerwano runy z szyi i odebrano kolczugę, oplwocono go, ten zaś milczał, gdyż poddawano go próbie. A Dargo głośno obrażał Skraelingów, którzy nie rozumiejąc jego mowy uciszyli go krzykami zwierząt. A jarlowie wiedzieli, że nie zabiją ich jak psów. Bo prowadzono ich do wodza Skraelingów. I Dargo i Sivald tworzyli w głowie strategię. Byli takoż obłówem, jak dawniej obłówem byli Skraelingowie. I otrzymywali wiele jeszcze oni obraz od nich, kiedy stanęli śród wodza Skraelingów. Miał on brzydką twarz i opływał tłuszczem. Niesiono go na swych barkach i ciekaw był wikingów. Dotykał ich twarzy i śmiał się, rycząc jak zwierzę. A działo się to pod wieczór, kiedy byli głodni, zmitrężeni i obite ich były stopy, barki, plecy i twarze. Nie miano uczciwości dla jarlów, a jednak bogowie nie reagowali. A zaprowadzono ich wreszcie do chiżyn oddzielnych i przywiązano tłustym wieńcem do ściany. Wieniec zerwał wnet Sivald, gdyż wykonany był z łamliwych i brzydkich włosów Skraelingów. I tak uwolnił się Sivald. Dargo abdankował swe więzy czarami i zwinnymi palcami. I tak uwolnił się Dargo. Tak też działo się, gdy Mani opływał nieboskłon. I wyszli jarlowie z niewoli! Adwersarze zauważyli to i jęli krzyczeć na swych wspólników, a wielu ich wyszło z kamieniami i kijami. Sivald zaś uchwycił jednego z nich, uniósł go nad sobą, gdyż Skraelingowie byli mniejsi i pośledniejsi od znanych innych ludzi i cisnął nimi w resztę. I jął Sivald uciekać, a dołączył za nim Dargo, który zdobył kij. I nie mieli oni szans stawić opór bez dawania ostatniego oddechu. Aletorwali się krótko i ze zwinnością wspięli się na drzewa, byleby uciec Skraelingów, lecz wielka była ich dziwota, gdyż Skraelingowie jeszcze zwinniej, jako-li zwierzęta wpełzły na górę i rzucały z dołu kamieniami. I wiele ich uderzyło po plecach jarlów i znaczyło tam krew. Igrzysko sobie takież uczynili, a Sivald wreszcie zeskoczył z wielkiego na osiem wysokości drzewa i upadł na Skraelinga i zabił tak go, a chwytając jego kamień zmiażdżył głowę drugiego. A Dargo chwycił wpełzającego na równię Skraelinga, przeskoczył na drugie drzewo i tak zrzucił kolejnego. Inako jak Sivdal nie schodził w dół, a wspinał się wyżej, bo bał się o swą skórę. A bogi pomagały Sivaldowi, gdyż obecnie nie było równemu mu sile. I unosił Skraelingów i rzuciał nimi i bił ich pięściami, łamał karki, kości, członki, kije, kamienie i stopy. A oni bili go z dala i z bliska i uciekali i wracali, alibo poza krwią nie zabili go, gdyż panował nad nim ÂŚwięty Trans Odyna. I tak też przegnał Sivald samotrzeć Skraelingów i pokrwawiony będąc stał samotrzeć, bez oparcia na nogach. A Dargo wrócił z drzewa, gdzie skrył się wcale nie bez tchórzostwa i opatrzył rany Sivalda ziemią, śliną i oberemkami. I udali się w inną stronę, gdyż Skraelingowie mieli wrócić z zaopatrzeniem w ludzi. Tak też jarlowie jęli jeszcze bardziej oddalać się od swej drużyny, ale i od ludzi cielistego wodza.
W niemnimaczki zatrzymali się o świcie, na otwartym terenie, jako-li słowiańskim wyrębie i tam Dargo jął kreślić runy, nie stanowiło to dla niego roboty, gdyż potrafił świetnie kreślić runy bez klątw. Tak też udało się to w mig, bo taki był habdank dla Sivalda od drugiego jarla. I tak określił Dargo, dzięki magii właściwej odnalazł kierunek do chiżyn swych. Postanowili pożywić się, zjedli więc trochę ziół, oberemków i kory, gdyż mogli ją zjeść, napili się z rzeki, w której woda była krystaliczna i barwna i udali się we wskazanym kierunku. I minęli Skraelingów, gdyż uważali na każdej pędzi ziemi. I pierwszy szedł Dargo, a za nim Sivald. Poruszali się oni szybko i ostrożnie, ale nie tak prędko jak myśl i tak ostrożnie jak Fenris. A zasię byli oni doświadczeni i obyci. I trafili w znane sobie okolice po dwu dnia i nocach. Byli bardzo zmitrężeni wędrówką i głodni, i spragnieni. A zoczył ich strażnik i zapadła wielka dziwota, gdyż myślał on, że jarlowie umarli. I nazwał ich Landveattirami. A oni pochwycili go w dłonie, a Sivald gniewny przykazał mu przetrzeć oczy i wielokrotnie nazwał tamtego moczymordą, opijusem, głupcem i obdartusem, choć był to wojownik szlachetny. Tępy stroż jął nawoływać pomoc i tak zjawiło się dwóch kolejnych i oni oniemieli widząc jarlów, a Sivald wyjaśnił im to decyzją bogów i kazał się odziać i przygotować jadło, gdyż wielce był głodny i spragniony. A kiedy reszta posłyszała o powrocie jarlów i zoczyła ich wielki nastał tłok i minął teszny nastrój i nastała radość i wesołość. Nie truna wszak i ogień czekały Sivalda i Dargo, a dalsze woje i trudny. Tymczasem Harnulf Cielisty, syn Gerhaima i Odesakster Rudy, syn Örlyffa nie byli radzi, a zajrzał im w oczy strach, jako-li strach czuł Loki, kiedy ogon jego tuńczy chwycił Thor… Ich przebiegłość wyszła, jak wychodzi życie z pokonanego w równej walce. I obawiali się i sięgnęli po broń. A gdy wyszli ujrzeli ochędożonych już jarlów, którzy zrozumieli wszystko w mig, gdyż Dargo był bardzo mądry i myślał jako-li strzała. Domyślił się on pierwszy o tym, co zaszło i mieli oboj wyjaśnić to Sivaldowi i Dargo. A oni unieśli broń, acz nie wolno było przelać braterskiej krwi bez honoru i w głowach ich odezwał się Odyn i opuścili broń, którą wyłuskano im i odebrano.
A Sivald zaś orzekł, iż zmierzą się w pojedynku z nim, by hańbę zmyć z siebie, z nich, z wyprawy i nie dopuścić do niechlubnego morderstwa. I odpoczywano następny dzień i ucztowano, a obok jarlów zasiedli łgarze i nie okazywano im niechęci, gdyż częstowano ich prawem gościnności – abociem nie należeli już do drużyny, gdyż honor swój zabrudzili popisem. ÂŚwiebodono nawet dla nich. I powrócono do obranego dawniej Yggdrasillu. A tam w krąg ustawili się wszyscy i Dargo, gdyż ten nie miał brać części w pojedynku, albowiem nie jego honor najbardziej ucierpiał, a Sivalda. I na thingu uznano, że pojedynkować się będą na trzy tarcze, do skruszenia i dobicia. Tak zaś pierwej stanąć miał przeciw prawowitemu jarlowi Odesakster Rudy, syn Örlyffa. I stawili się przeciw sobie, uprzednio plwocąc do jednego szyszaka i spijając to z wodą, gdyż nie miano miodu. I przy każdym końcu stał pomocnik, który miał wymieniać tarcze. Pomocnikiem dla Sivalda był Dargo, zaś Odesakstera Rudego, syna Örlyffa pomocnikiem był Harnulf Cielisty, syn Gerhaima. I tak ciąć miano i rżnąć toporami ostrymi i nałożone były kolczugi, ale nie szyszaki. I poczęli walczyć. Topory uderzały o siebie, zaś z pawęży odlatywały wióry i części. Tak pojedynkowali się krótko, gdyż, ku wielkiej paści dziwów pierwej złamana ostała tarcza Sivalda. I cofnął się po kolejną i również się tak zdarzyło. I Sivaldowi ostała jedyna tarcza, a jego oponentowi trzy. I Sivald wziął silny zamach i zmiótł mu jedną tarczę wytrącając z dłoni i na dwoje przebijając. I radowano się. A potem znowu walczyli prędko i trafnie. I topór uderzał w ziemię, tarczę i powietrze, a ostrze Sivalda w tarczę Odesakstera. I tak stracił on tarczę ostatnią i równe były nadzieje. Ale stało się coś, co Odyn widać sprawił, bo Sivald stracił tarczę i upadł na kolana. Jego przeciwnik uniósł topór i miał już skończyć, gdy jął przechwalać się tym. A Sivald powstał i jak grom z MjĂśllnira, pewnie uderzył. I głowa zdrajcy potoczyła się po ziemi. Siła i prędkość były silniejsze od trwałości karku i pychy oponenta Sivalda. I tak też padł on przez swą dumę. A wszystko było strategią Sivalda. Pirwej to samotrzeć ustalił i realizował, by przerazić zniewieściałego Harnulfa Cielistego, syna Gerhaima. Pieszczotliwy łgarz nie chciał podejść do pojedynku, lecz przemogła go potrzeba i stoczył krótką walkę, gdyż nie mógł utrzymać tarczy. Sivald więc odrzekł, że jest on zbędny i zostaje skazany wyrokiem bogów. A upuścił on broń i nie trzymał, kiedy topór Sivalda wbił się mu w zatłuszczone ciało i odrąbał głowę.
Ciała ich spalono.
Tak też zginęli zdrajcy, a bogowie radzi byli, jak i ludzie, że nikt nie uznał uszczerbku na honorze.
Okręt wrócił niebawem, a teraz były ich wszystkich siedemdziesięciu dziewięciu ludzi.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej