Tereny Valfden > Dział Wypraw
Zielone stepy Ilusmiru
Sirius:
-Ruszamy do Atusel ! Czyżby Livia się za nami stęskniła? Nie, żebym jej się dziwił... No ale mniejsza z tym. Rozumiem, że owa zgrabność przekaże nam wszystko co musimy widzieć?
Gordian Morii:
Ruszyli, z radością w sercu, śmiechem na ustach i głodem przygody w głębi duszy główną aleją Efehidonu przez bramę i zwodzony most opuścili miasto. Skierowali się na południowy zachód gdzie znajdowała się rybacka osada Atusel. Tam był ich pierwszy przymusowy przystanek więc szli ochoczo wsłuchując się w ciszę nocy, w której być może miał miejsce początek wielkiej przygody, niezapomnianej do ostatnich chwil swego awanturniczego życia. Jednak nie czas był i nie miejsce o rozmyślaniu nad przyszłością. Ważne było tu i teraz, a teraz już po chwili było historią. -Słyszycie?- rzekł elf po chwili. Do uszu wędrowców doleciał cieniutki odgłos lutni. Po chwili ujrzeli już kto grał tą wesołą melodię. Przed nimi pojawił się bard, w pięknym zielonym kubraczku z kogucim piórkiem przy kapelusiku przywitał wędrowców wesołą melodią - Witam drogich podróżnych, piękna noc. Aż chce się żyć!- powiedział i uderzył palcami po strunach -Zaiste.- rzekł elf uśmiechając się do trubadura. -Widzę, że panowie się śpieszą więc życzę szczęśliwej podróży, ja pójdę znaleźć wytchnienie w Obieżyświacie. Bywajcie.- pożegnał się ładnie kłaniając i ruszyła dalej, wesoło pobrzdękując na swej lutni. Podróżni nawet nie spostrzegli gdy byli u bram Atusel, już w milczeniu skierowali kroki do domostwa Livi. -Poczekajcie tutaj moment. Ja zaraz wracam.- rzekł elf i wszedł do domu elfki zamykając za sobą drzwi.
Sirius:
Sirius wszedł na wysoki kamień, postawiony nieopodal domu elfki i zaczerpnął powietrza. Gdzieś w natłoku zapachu morskiej soli, pomiędzy smrodem nieświeżych ryb i świerkowych lasów , wyłowił jakąś drobną woń. Zapach pędzącego polaną wiatru, świeżych jabłek i natłuszczonych oliwą kobiecych włosów. Delikatny posmak cielesnej rozkoszy doprawiony odrobiną krwi i cierpkim posmakiem wdowich łez. Generał uśmiechnął się. Tak pachniała przygoda. Tak pachniała jego ojczyzna, Ilusmir... Nagle wampir ocknął się z jawy sennej i gwałtownie zszedł z kamienia. To, co zobaczył, poczuł i usłyszał przypominało mu opowieści jego ojca, dowódcy Elfów, którzy walcząc razem z ludźmi i krasnoludami zginęli. Sirius wówczas był młody, ale nie na tyle, by nie pamiętać ojca i jego cudownych opowieści o kraju, dla którego walczył, i w którym zginął z mieczem w dłoni...
Gordian Morii:
Gdy Sirius zszedł z kamienia zauważył że drzwi się otworzyły a w nich pojawił się najpierw Gordian a zaraz za nim ubrana w śnieżnobiałą koszulę i krótkie skórzane spodnie Livia o pięknych blond włosach które szarpał wiosenny wiatr. Elfka tylko uśmiechnęła się pięknie do stojących wampirów i uciekła za dom gniotąc bosymi stopami młodą trawę. Gordian poszedł za nią i już po krótkiej chwili wyszedł prowadząc za uzdę parę czarnych ogierów. Elf podał wodze obydwóm wampirom a sam odebrał od Livi piękną siwą klacz. -Dziękuję Ci moja droga.- rzekł do elfki, która czym prędzej wbiegła do domku. -Panowie na koń i w drogę. A dokładniej do pobliskiego teleportu.
Sirius:
Gordianie, nieładnie nachodzić damę o tak późnej porze, jednakże te konie są piękne. Zobaczymy, czy przez tyle lat nie straciłem jeszcze umiejętności jazdy konnej, a co najważniejsze walki na jego grzbiecie. A ciebie, mój drogi- zwrócił się do konia- nazwę Freir. Mam nadzieję iż dobrze znosisz szybką jazdę, gdyż podejrzewam iż tylko taka nas czeka...- kończąc cichą rozmowę z koniem, wampir wskoczył na nie osiodłany grzbiet, ponieważ tylko tak były elf potrafił zapanować nad koniem, i ruszył cwałem w kierunku, w którym znajdował się teleport...
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej