oficjalny Polski serwis gier z serii Gothic
Ekipa Tawerny Gothic pragnie zachęcić do zagrania w System RPG "Marant"
0 użytkowników i 19 Gości przegląda ten wątek.
W głowie Diomedesa kłębiły się liczne myśli. Tak de facto robił sobie rachunek korzyści i niekorzyści płynących z jego dotychczasowej przynależności do Gildii Magów. W prawdzie na początku był niezwykle rozentuzjazmowany możliwością pobierania nauk magicznych, ale mimo to, nawet po tak długim okresie bycia nowicjuszem nie nauczył się nawet jednego czaru. Najwyraźniej przeliczył się myśląc, że ma predyspozycje do czegoś innego niż siekanie wrogów przy użyciu odpowiednio przetworzonej i zahartowanej stali. Szybko zreflektował też, że to właśnie to kocha najbardziej. Tą adrenalinę płynącą walki w zwarciu, tą satysfakcję, kiedy cieszyło się zwycięstwem okupionym wielkim wysiłkiem, często licznymi ranami i tym ogromnym zmęczeniem, które w irracjonalny sposób dodawało sił. Tak, pierwsza linia frontu to było coś, do czego był stworzony. Odgrywanie roli wsparcia nie było zajęciem stworzonym specjalnie dla niego. Nawet gdyby chciał, nie mógłby z daleka obserwować pola walki i skrzętnie obliczając pole rażenia swych czarów, by nie narazić swoich towarzyszy prowadzących walkę z prawdziwego zdarzenia, na urazy, które mogłyby zaważyć o ich losach. Nie. On potrzebował być wśród żołnierzy, którzy ze zdeterminowaniem byli gotów oddać swe życie w dobrej sprawie. Dlatego nie mógł być magiem. Po prostu nie mógł. ÂŻe też dopiero teraz się zorientowałem... Ależ jestem głupi... Kruki dały mi wszystko czego potrzebowałem, a ja to odrzuciłem w imię tak niepewnych celów... Naprawdę, straszliwy ze mnie głupiec. Nuda miała rację. Nagle, nie wiedząc czemu, skierował swe kroki w stronę gabinetu administratora gildii. Był wiedziony jasno określonym celem, który nagle, ni stąd ni zowąd zagościł w jego sercu i dość nieelegancko korzystał z przywilejów gościnności gospodarza, rozwalając się niemalże w każdym dostępnym kącie. Stanął przed drzwiami. Jeszcze raz przemyślał wszystko, przełknął głośno ślinę, odchrząknął. Wypuścił powietrze nozdrzami motywując się do roboty i zapukał. Nie słysząc odzewu pozwolił sobie wprosić się do środka. Gabinet jak zwykle uderzał niebywałym wręcz porządkiem i czystością. Podobnież musiał wyglądać umysł administratora. Wewnątrz stał jeszcze inny nowicjusz, którego Diomedes miał okazję poznać całkiem niedawno. Malavon. Młodzieniec pamiętał o hierarchiczności działającej w kręgach Gildii, tak więc korzystając z rad swego zdrowego rozsądku, najpierw przywitał się z wyższym rangą zarządcą organizacji. - Witaj mistrzu - powiedział. - Witaj w Malavonie. Przepraszam, jeśli przeszkadzam, ale przyszedłem oznajmić coś ważnego - spauzował i uciekając wzrokiem gdzieś w przestrzeń w okolicach sufitu, zaczął się zastanawiać, co tak naprawdę przyszedł zakomunikować i jak to ubrać w słowa. Stwierdził, że najlepiej będzie od razu odkryć kartę, nie bawiąc się w zbędne zwodzenie starca, który i tak szybko przewidziałby cele Diomedesa. - Nie ma sposobu, by powiedzieć to w akceptowalny sposób. Odchodzę - sprostował krótko; oschle i ozięble. Teraz zatroskanym wzrokiem wpatrywał się w niewzruszoną sylwetkę administratora.
- Witaj mistrzu - powiedział. - Witaj w Malavonie. Przepraszam, jeśli przeszkadzam, ale przyszedłem oznajmić coś ważnego
Ja bym raczej dał: "Twoja skóra ma odcień moich najlepszych zombie."Ale to Twoje też niezłe.
Wyobraziłem sobie Zelersia, jak podchodzi pod balkon Nudy i deklamuje:CytujLecz cicho! Co za blask strzelił tam z okna!Ono jest wschodem, a Nessa jest słońcem!
Lecz cicho! Co za blask strzelił tam z okna!Ono jest wschodem, a Nessa jest słońcem!
<jupi>
A potem misja dla początkującego łowcy ^^
A on chciał status jakiegoś dowódcy dostać