Forum dyskusyjne > Dyskusje na każdy temat
Opowieści z Thanrys
Airyx:
Jest to kontynuacja Opowieści z Gwainoru, ale jako, że akcja przeniosła się z jednego kontynentu na pozostałą część świata, uznałem za stosowne zmienić tytuł. ;D
Opowieści z Thanrys: Chaotyczna Magia
Miamayen, piękne, dumne miasto wysokich elfów leżało w gruzach. Zostało starte z powierzchni ziemi nie przez wielką armię najeźdźców, lecz jedną, jedyną istotę. Półsmoka o imieniu Zelghash.
Zelghash zapłacił jednak wysoką cenę za sprowadzenie zagłady na Miamayen. Potężna fala energii, wyzwolona przez ludzkiego czarodzieja Iryxa, uderzyła w niego z potworną mocą i niemal przyniosła mu zgubę. Zelghash był wtedy w swoim smoczym aspekcie, a mimo to, magiczne uderzenie przywiodło go na skraj śmierci. Półsmok stał nad otchłanią nicości, lecz jeszcze nie uczynił tego ostatniego kroku w przepaść.
Wciąż żył.
Fala mocy odrzuciła go kilka kilometrów za miasto, na drugi brzeg wyspy. Zelghash musiał powrócić do postaci humanoidalnej i leżał teraz na piaszczystej plaży, nagi, pokryty straszliwymi oparzeniami od magii i ranami, z których sączyła się zielona krew oraz ropa. Mimo, iż ciało miał zdruzgotane, półsmok cały czas się uśmiechał i rozważał swoje dotychczasowe życie.
Dawno temu, na początku swego życia był smokiem. Czystej krwi, szlachetnym smokiem wichru. Dysponował mocami przypisanymi smokom: potrafił przybierać formę pięknego elfa, dostojnego człowieka, a nawet walecznego orka, kiedy podróżował po pustkowiach Forlornii; Urokowi jego smoczego spojrzenia nie mogła się oprzeć żadna istota, poza najstarszymi i najpotężniejszymi smokami, a swym ognistym oddechem zamieniał najtwardsze skały w płynną masę. Te zdolności utracił jednak w ciągu jednego dnia…
Zelghash urodził się w lodowych górach Północnego Kontynentu, w klanie wichrowych smoków, prawie dwa i pół tysiąca lat temu. Bardzo szybko stało się jasne, że wyrośnie na jednego z najpotężniejszych smoków w dziejach. Jego stado, a także Najwyższy Smoczy Władca byli z niego dumni. W efekcie, Zelghash czuł się lepszy i szlachetniejszy niż inne istoty. W jego duszy wzmocniły się i urosły w siłę dwie niepokojące cechy: żądza władzy i skłonność do sadystycznych ,,rozrywek”.
W końcu Zelghash zapragnął rządzić. Nie tylko własnym klanem, lecz także wszystkimi smokami świata. W tym celu pokonał wpierw ówczesnego przywódcę smoków wichru, a potem poprowadził klan przeciwko Najwyższemu Smoczemu Władcy.
Zaiste, straszliwa była to bitwa. Zginęło w niej wiele smoków, w tym cały ród wichru, za wyjątkiem tych jego członków, którzy zbuntowali się przeciwko władzy Zelghasha i odeszli na południe jeszcze przed krucjatą. Zelghash walczył z Władcą Smoków i zadał mu straszliwe rany, nie był dość silny, by go pokonać. Został strącony z nieba na biały śnieg i przygwożdżony przez poddanych Smoczego Króla. Władca Smoków nie pozwolił go zabić, ale nie uczynił tego z dobroci serca, bo chociaż był dobry i łagodny dla swego ludu, wrogom nie okazywał litości. Smoczy Władca zachował Zelghasha przy życiu, wymyślił bowiem dla niego okrutną karę.
Rada najstarszych smoków zebrała się nad Zelghashem, by odprawić prastary rytuał. Podczas tej ceremonii wydarto smokowi wichru tą cząstkę duszy, która czyniła go smokiem czystej krwi. Zelghash stał się półsmokiem – żałosnym mieszańcem pozbawionym smoczych umiejętności, osłabionym i poniżonym; istotą będącą namiastką i drwiną z prawdziwego smoka wichru, zdolną do przemiany jedynie w szkaradnego humanoida o bladej skórze, szmaragdowych włosach i niebieskich oczach bez źrenic. Zelghash miał odtąd żyć w takiej postaci, upokorzony i wygnany. Taką oto karę wymierzył mu Król Smoków za wznieconą rewoltę i zamordowanie mnóstwa swoich współbraci – nawet z własnego klanu, gdyż szaleństwo Zelghasha przywiodło smoki wichru do zagłady.
Wypędzony półsmok błąkał się tysiąc lat po wszystkich kontynentach Thanrys, w złości zabijając wszystkie żywe stworzenia na swej drodze i burząc osady oraz miasta. Podczas tej wędrówki spotkał przywódcę Błękitnego Ostrza, który zaproponował mu wstąpienie do owej organizacji i obiecał pomóc mu w odzyskaniu postaci smoka, jeśli tylko Zelghash wspomoże go w jego planach.
Tak półsmok wstąpił do Błękitnego Ostrza i został partnerem tajemniczego Ranivona. Razem przemierzyli tysiące kilometrów, splądrowali niezliczoną ilość ruin w poszukiwaniu magicznych artefaktów i zabili setki istnień. Zelghash wciąż uwielbiał się ,,zabawiać” i podczas każdej misji równał z ziemią jakieś miasto, lub urządzał rzezie i masakry ich mieszkańców.
W końcu jednak spotkał młodego maga, Iryxa, który okazał się dysponować potęgą, zdolną uśmiercić nawet półsmoka. Człowiekowi towarzyszył czarny kot o imieniu Valgas, które Zelghash dobrze znał… I nienawidził.
Zelghash zaśmiał się. Wciąż żył i to było najważniejsze. Nadal dysponował osłabioną smoczą zdolnością regeneracji. Wkrótce wyleczy rany i będzie mógł wrócić w szeregi Błękitnego Ostrza, choć w walce z Iryxem odniósł kilka nieuleczalnych obrażeń. Nie pozwoli, by szansa na ponowne stanie się smokiem wymknęła mu się z rąk. Już niebawem…
Kilka metrów dalej pojawiło się zawirowanie w strukturze magii. Zelghash rozpoznał zaklęcie teleportacjai, a także tego, kto je rzucił.
- Nareszcie raczyłeś się zjawić – rzekł półsmok.
- Byłem na wyspie przez cały czas – odparł przybysz. – Obserwowałem twoje wygłupy.
- Lepiej się ucisz Ranivonie i mi pomóż – warknął Zelghash.
Ranivon mówił dalej, nie zważając na słowa, które padły z ust półsmoka wichru:
- Zniszczyłeś miasto, ale drogo to okupiłeś. Wyglądasz żałośnie. Pokonany przez niższy żywioł…
- Coś ty powiedział? – Zirytował się Zelghash.
Ranivon zarecytował z cicha, lecz wyraźnie:
ÂŻywiołów thanryjskich jest pięć,
Każdy zaś inną moc zdaje się mieć.
Jeden słabszy, inny silniejszy,
Z nich wszystkich metal jest najpośledniejszy.
Topi go ogień, który wyżej stoi,
On sam jednak wody się boi.
Woda rzeką płynąca, w jeziorze zaś nieskora do poruszania,
Ulega miękkiej ziemi, która ją wchłania.
Ziemia, jak wiemy, łagodnym głosem śpiewa,
Do czasu, gdy pojawi się wiatr, który ją rozwiewa.
- Tamten dzieciak władał ziemią, a ty powietrzem. W hierarchii żywiołów byłeś potężniejszy, a mimo to przegrałeś.
- Nie przemawiaj do mnie jak do uczniaka – ofuknął go Zelghash. – Po pierwsze: ten głupiec już nie żyje, po drugie: dobrze znam tę dziecinną ludzką rymowankę i znam też jej zakończenie, które raczyłeś pominąć.
Wiatr, choć w hierarchii najwyższy,
Szybko stać się może najniższy.
Gdy żywioł słabszy w zdolnej ręce maga,
Która łacno wzmacnia go i wspomaga.
- To cię nie usprawiedliwia – stwierdził Ranivon.
- Wiem. Chciałem ci tylko przypomnieć, że twój talent do manipulowania umysłami na mnie nie działa. Jeśli więc skończyłeś swój wykład, to łaskawie pomóż mi wstać.
Ranivon podszedł do półsmoka, ten zaś zachichotał:
- Przed tym wszystkim przepowiedziałeś mi, że to będzie moja ostatnia rozrywka, pamiętasz? Wygląda na to, że jednak się pomyliłeś. A ponoć nie mylisz się nigdy… Cha! Wolne żarty.
Nagle Zelghash poczuł na gardle coś ostrego i bardzo zimnego. Był to zaklęty sztylet Ranivona, Kieł Mrozu.
- Ja się nigdy nie mylę – rzekł z naciskiem mag lodu. – Odniosłeś tak wielkie rany, że nie przydasz już się Błękitnemu Ostrzu. Przywódca kazał mi skrócić twoje męki i cię dobić. Masz jakieś ostatnie słowo?
- Co takiego?!
- To były dwa słowa. Tak, czy inaczej, żegnaj. Jak widzisz, nie pomyliłem się. To była twoja ostatnia zabawa.
Mroźne ostrze przesunęło się po gardzieli Zelghasha, z zabójczą precyzją podcinając mu tętnicę. Trysnęła zielona posoka, lecz Ranivon zdążył się odsunąć. Chwilę patrzył na drgające konwulsyjnie zwłoki, jak gdyby rozkoszując się widokiem śmierci towarzysza.
Tak oto Zelghash wykonał ostatni krok i runął w czarną otchłań. Jego marzenia i plany na przyszłość zostały na zawsze przekreślone przez tego, którego do niedawna nazywał kamratem i towarzyszem: lodowego maga Ranivona.
Gdy Zelghash skonał, Ranivon pochylił się nad nim i zdjął mu z palca srebrny pierścień, w który wprawiono gwiaździsty szafir barwy jasnoniebieskiej, z wyrytą na nim runą symbolizującą powietrze. Poza czarnymi płaszczami, Pierścienie ÂŻywiołów były znakiem charakterystycznym dla członków Błękitnego Ostrza; Ranivon posiadał srebrny pierścień z diamentem, na którym wygrawerowano runę lodu. Sposób, w jaki zdołano to uczynić w niezwykle twardym kamieniu szlachetnym, jakim jest diament, pozostaje zagadką.
Ranivon rzucił zaklęcie i skuł lodem ciało Zelghasha, a następnie wrzucił je do wody, by spoczęło na zawsze na dnie Księżycowej Zatoki. Potem przy pomocy czaru Dalekiego Widzenia odszukał magiczny łuk Rozpruwacz Wiatru i zabrał go ze sobą. Teleportował się do siedziby Błękitnego Ostrza, by zanieść liderowi wieści o śmierci Iryxa i Zelghasha.
***Airyx stał na piaszczystym wzgórzu i patrzył z konsternacją na to, co wyprawia Dar’Achnis.
Obaj przebywali w pustynnej Forlorni. Przysłał ich tu przywódca, z misją przeszukania starożytnych ruin. Nie znaleźli w nich nic cennego i dawno by już ich tu nie było, ale mroczny elf uparł się, by zrównać z ziemią orkową wioskę, znajdującą się w pobliżu. Jako, że Airyx nie miał nastroju na wdawanie się w zbędne dyskusje z Dar’Achnisem, pozwolił mu zaspokoić jego żądzę krwi. Elf ochoczo zabrał się do pracy, Airyx zaś patrzył teraz na to, co zdziałał.
Wokół wioski płonął pierścień ognia, który Dar’Achnis wzniecił po to, by żaden jej mieszkaniec mu się nie wymknął. Orkowi wojownicy próbowali stawiać opór, lecz mroczny elf w kilkanaście sekund spalił ich żywcem, bądź posiekał mieczem. Obecnie był w trakcie masakrowania orkowych starców, kobiet i dzieci. Potem pozostanie mu już tylko puszczenie budowli z dymem i po wszystkim.
Airyx odwrócił się z niesmakiem. Rozumiał zabijanie przeciwników, ale pozbawione sensu było dla niego mordowanie istot, które nie miały związku z ich zadaniem, a nawet nie stały im na drodze. Chciał jak najszybciej opuścić ten kontynent; piekielny upał panujący w Forlornii osłabiał jego wodną magię i psuł nastrój. Dar’Achnis zaś wydawał się silniejszy, żywszy i bardziej ochoczy do zadawania cierpień niż kiedykolwiek.
Człowiek miał już dosyć słuchania przedśmiertnych krzyków konających. Zszedł ze wzgórza zboczem przeciwległym do tego, które prowadziło w kierunku wioski orków. Dar’Achnis, gdy tylko mógł, nie zabijał wrogów na miejscu, lecz doprowadzał ich na skraj śmierci i napawał się ich agonią. Denerwowało to Airyxa, preferującego zabijanie jednym ciosem, na miejscu i bez niepotrzebnego hałasu.
Mag z Vys spostrzegł leżący nieopodal głaz. Postanowił na nim przysiąść, by zaczekać na towarzysza, lecz nie zdążył postąpić nawet jednego kroku, kiedy przed nim zmaterializowała się jakaś postać.
Był to jasnowłosy elf, o smukłej, delikatnej twarzy i błękitnych oczach. Nosił jednakże czarny płaszcz z emblematem niebieskiego sztyletu otoczonego kręgiem, w ręku zaś trzymał pionowo włócznię o długim, jasnym drzewcu.
- Przynoszę wieści – powiedział czystym, dźwięcznym głosem. – Zelghash nie żyje.
Airyx milczał.
- Walczył z twoim bratem i zginął – kontynuował elf. – Jednakże Iryx również poniósł śmierć. Zabiło go jego własne zaklęcie.
- Skąd to wiesz? – Spytał chłodno człowiek.
- Od Ranivona. Widział całe zajście.
- Dziękuję za wiadomość, ale nie uwierzę w żadne słowo Ranivona – odparł Airyx. – Lepiej już idź, Thramindelu. Zaraz wróci Dar’Achnis, a ja nie mam nastroju na rozdzielanie was podczas bójki.
Elf wzdrygnął się, słysząc imię towarzysza Airyxa. Skłonił głowę w delfickim geście pożegnania i zniknął. Niecałą minutę później zjawił się mroczny elf.
- Skończyłem – oświadczył. – Chodźmy stąd.
Airyx kiwnął twierdząco głową. Mroczny elf teleportował się, ale człowiek zatrzymał się jeszcze na chwilę, rozmyślając o tym, co usłyszał od Thramindela.
Nie przypuszczał, by Iryx zginął, a już na pewno nie wierzył w tej sprawie Ranivonowi. Ta istota nie tylko sprawnie władała magią lodu, ale równie zręcznie omamiała słabe umysły i po mistrzowsku kłamała. Ranivon był niewiarygodny także z jeszcze jednego powodu: wydawał się cierpieć na rozdwojenie jaźni, co odzwierciedlała jego dwukolorowa twarz; zazwyczaj kontrolę nad ciałem sprawowała jej biała połowa, lecz podczas walki, lub w skrajnych przypadkach, budziła się czarna twarz, a wtedy anion zmieniał się nie do poznania…
Airyx wzdrygnął się gniewnie, odpędzając myśli i oczyszczając umysł. Jeśli chciał mieć pewność, co do losu brata, to nie miał innego wyboru, jak przekonać się na własne oczy. Miał zamiar to uczynić jak najszybciej. Z takim postanowieniem rzucił czar teleportacyjny i również zniknął.
***
Po pustych zazwyczaj wodach przybrzeżnych kontynentu Velmarillis żeglowały trzy okręty: dwa elfickie i jeden pochodzący z Gwainoru. Był to nietypowy widok, lecz powód, który doprowadził do takiej sytuacji również nie zdarzał się często.
Na statkach tych płynęli uchodźcy ze zburzonego Miamayen – ocaleli mieszkańcy, oraz gwainorscy kupcy. Wśród tych ostatnich, przebywających na okręcie ,,Duma Gwainoru” znajdowała się również osobliwa czwórka podróżników: kapłanka Shimaria, rycerz Fortein, wysoki elf Sullimin, oraz czarny kot o nieprzeciętnej inteligencji i ciętym języku, Valgas.
Flota, wypłynąwszy z księżycowej zatoki skierowała się na północ, trzymając się wybrzeża. Kierowała się do najbliższego portowego miasta elfów: Telmirii. Mnóstwo ludzi i elfów było rannych, elfy straciły swoje domy, a niektórzy kupcy ludzi swój dobytek. Handlarze z ,,Dumy Gwainoru” mogliby wrócić z powrotem na swój ojczysty kontynent, lecz zostali, by dokończyć zadanie, powierzone im przez Siriana VI. Postanowili uczynić wszystko, by powrócić do królestwa z ładownią pełną elfickiego złota i innych dóbr, choć na razie mieli inne zmartwienia na głowie.
Znalazłszy wolną kajutę Sullimin, Shimaria, Fortein i Valgas zaszyli się w niej, by odbyć naradę. Znamienne pytanie zadał Sullimin:
- Co robimy dalej?
Fortein nerwowo bawił się rzemieniem pochwy od miecza.
- Niby wykonaliśmy zadanie zlecone przez Nerthana. Moglibyśmy już wracać…
- Tak szybko zapomnieliście o Irysie?! – Wybuchnęła Shimaria. – Musimy się dowiedzieć, co z nim!
- Przecież on zniknął. Nawet gdybyśmy go odszukali, to obawiam się, że byłby już…
- Lepiej nie kończ – ofuknął Forteina Sullimin. – Miejmy nadzieję, że on żyje, ale wszystko wskazuje na coś zupełnie przeciwnego. Widzieliśmy przecież ten wybuch magii, który rozniósł go od środka.
- Wprawdzie nie widzieliśmy, żeby rozerwał go na kawałki. Iryx po prostu zniknął w oślepiającym blasku – dodał szybko rycerz.
Kapłanka jednak nie wytrzymała. Wstała gwałtownie i rzuciła gniewnie:
- Tak szybko się poddaliście?! Wiedziałam. Nie zależy wam na przyjacielu?!
Szybkim krokiem wyszła z pomieszczenia, trzaskając drzwiami.
- Shimaria! – Wykrzyknął Sullimin i chciał podążyć za nią, lecz usłyszał głos Valgasa:
- Zostańcie, hołoto. Dość już narobiliście szkód. Można było spodziewać się głupoty po człowieku, ale po elfie? Ech, widocznie niższe rasy skarlały ostatnio jeszcze bardziej.
Drzwi nagle otworzyły się, jakby pchnięte niewidzialną ręką i Chowaniec wyszedł przez nie.
- Co ten kocur sobie myśli? – Zezłościł się Fortein. – Za kogo on się uważa, że śmie nazywać nas hołotą i niższymi rasami?!
- Przestań – rzekł ponuro jednoręki elf. – Tym razem miał rację. Zachowaliśmy się głupio. Na razie siedźmy tutaj i poczekajmy na rozwój wypadków.
Mówiąc to, opadł ciężko na drewniane krzesło i westchnął zrezygnowany.
***
Shimaria stała oparta o burtę i spoglądała zamyślonym wzrokiem w morze. Lekki powiew bryzy rozwiewał jej długie, złociste włosy i łagodnie muskał delikatną twarz. Szafirowe oczy wpatrzone były w lazurową wodę, usta zaś – bezwiednie, czy też może zamierzenie – wypowiedziały szeptem jedno słowo: ,,Iryx”.
Tak zastał kapłankę Valgas, który przyszedł z nią porozmawiać. Nie miał jednak w zwyczaju pierwszy zaczynać tego typu pogawędek, dlatego usiadł kilka metrów od Shimarii i kocim obyczajem lizał łapę.
Sporo czasu upłynęło, nim kobieta wyrwała się z rozmyślań i spostrzegła Chowańca. Zrozumiała, że Valgas ma jej coś do powiedzenia, dlatego – by nie wzbudzać niczyich podejrzeń – podeszła do niego, pogłaskała i wzięła na ręce jak zwykłego kota, po czym ukryła się z nim gdzieś w ciemnym zakamarku części rufowej.
- Chcesz mi coś powiedzieć? – Spytała.
Kot spojrzał na nią szmaragdowym okiem, jakby zdziwiło go to pytanie.
- To raczej ty potrzebujesz się zwierzyć – powiedział.
- Ja… Jak zwykle masz rację – wyjąkała kapłanka. – Jesteś bardzo mądry; powiedz, czy Iryx żyje, czy też…
- Może tak, może nie – miauknął kot.
- Valgasie! Jak możesz, przecież wiesz co czuję.
- Nie, nie wiem. Wiem tylko, że przemawiasz tak, jakbyś się zakochała – rzekł zawadiacko Chowaniec. Shimaria zarumieniła się i zaprotestowała:
- Nie, ja tylko… Martwię się o niego. Należał przecież do naszej drużyny. Przyjaźniliśmy się…
Valgas jak gdyby uśmiechnął się z powątpiewaniem, o ile można dostrzec uśmiech na futrzastym, kocim pyszczku.
- Jak mniemam, będziesz chciała mnie teraz o coś poprosić, nieprawdaż? – Odezwał się.
Kapłanka zdumiała się, że Chowaniec tak dobrze odgaduje jej zamiary.
- Owszem – szepnęła. – Jeśli Iryx żyje, to jestem pewna, iż potrafiłbyś go odszukać. O to właśnie chciałam cię prosić: żebyś go odnalazł, sprawdził, czy nic mu nie jest, gdzie się znajduje… No wiesz.
Czarny kocur przeciągnął się leniwie i skierował do wyjścia z ciasnego, ukrytego w półmroku pomieszczenia.
- Zrobię to dla ciebie – powiedział na obchodne. – Wrócę niebawem.
Shimaria ucieszyła się, gdyż uznała to za znak, że Iryx żyje. Gdyby było inaczej, Valgas z pewnością nie grałby komedii i powiedział jej wprost o śmierci maga. Nie bawiłby się w udawane poszukiwania. Kapłanka wiedziała, że istota taka jak jej chowaniec nawet w tym momencie znała los Iryxa, lecz z jakichś powodów nie chciała powiedzieć o nim wprost.
Valgas jak gdyby zgadł, o czym myśli kobieta, bo rzekł:
- Nie przesądzaj z góry sprawy. Nie mam pojęcia co się stało z tym smarkaczem. W najlepszym wypadku, dostaniesz informacje, o które prosiłaś. W najgorszym zaś dowiesz się, gdzie leżą jego zwłoki i w jakim są stanie. O ile w ogóle zostały po nim jakieś szczątki.
Po tych dość brutalnych dla Shimarii słowach, czarny jak noc kot zniknął za zakrętem korytarza.
***
- Ojcze, chyba się zbudził!
Tęgi, czarnoskóry mężczyzna o ciemnych włosach, spojrzał na swego syna i wstał z fotela. Chłopiec również miał czekoladową karnację i czarną czuprynę, ubrany był też podobnie jak jego ojciec w obszerne, pofałdowane, bogato zdobione szaty o szkarłatnych barwach. Nie posiadał tylko złotych pierścieni i srebrnego naszyjnika, jaki nosił górujący nad nim mężczyzna.
Chłopak pobiegł kamiennym korytarzem, wyprzedzając ojca i wpadł do pogrążonej w półmroku, niedużej komnaty. Znajdowało się w niej jedynie niskie posłanie i drewniany stolik, na którym stała zapalona świeca i gliniany kubek z wodą.
Na sienniku spoczywał wysoki mężczyzna o brązowych włosach i jasnej cerze. Odziany był w identyczny strój jak dziecko i jego ojciec, którzy właśnie weszli do pokoju. Na dźwięk stukoczących butów, uchylił powieki, spod których wyjrzały zielone źrenice.
- A więc odzyskałeś przytomność, cudzoziemcze – rzekł ciemnoskóry mężczyzna.
- Gdzie… Gdzie ja jestem? – Spytał bladoskóry, siadając na posłaniu.
- W bezpiecznym miejscu – odparł tamten i podał mu naczynie z wodą. – Napij się. A ty, mój synu, zostaw nas.
Dziecko niechętnie, acz bez sprzeciwu, opuściło pokój. Kiedy zielonooki człowiek wypił trochę wody, czarnoskóry mężczyzna spytał:
- Jak się nazywasz?
Zaległo milczenie. Człowiek jakby zastanawiał się przez moment, aż wreszcie rzekł:
- Iryx. Pochodzę z królestwa Gwainoru. Jestem magiem ziemi.
- Ano, o tym żeś czarownik zgadliśmy po ubraniu – zaśmiał się mężczyzna. – A raczej po jego strzępach. Dlatego musieliśmy cię przebrać w jeden z naszych strojów. Nie masz nam chyba tego za złe?
- Nie, skądże – zaprzeczył skwapliwie Iryx. – Jestem bardzo wdzięczny.
- Wypada teraz, bym ja się przedstawił. Mam na imię Agahar, a ten berbeć, który tu był ze mną, to mój syn, Ahmar.
Iryx pokiwał ze zrozumieniem głową, tymczasem Agahar kontynuował:
- Znaleźliśmy cię nie tak daleko stąd. Leżałeś na ziemi nieprzytomny, a choć odzienie miałeś podarte, nie dostrzegłem na ciele żadnych ran. Jakże to wytłumaczysz?
- Efekt nieudanego zaklęcia – skłamał Iryx, choć w rzeczywistości nie pamiętał, co się wydarzyło. W jego umyśle stanął obraz: elfie dziecko wołające rodziców, okrutny smok, Zelghash, chcący spalić je na popiół, bezradność, determinacja i wściekłość młodego maga ziemi. Potem była tylko ciemna plama i pustka.
- Acha – kiwnął głową Agahar. – No cóż, tak to jest z tymi całymi czarami. Groźna rzecz. Z twoim przeproszeniem, ale czarodzieje to dziwacy. Niebezpieczni nie tylko dla otoczenia, ale i dla siebie.
Iryxa wcale nie dotknęła ta uwaga, był wdzięczny temu człowiekowi za ratunek.
- Nie wątpię, iż znajduję się w bezpiecznym miejscu, ale czy wolno mi wiedzieć, gdzie dokładnie? – Spytał.
- Cóż, jeśliś czarodziej, to pewnieś i mądry – rzekł Agahar. – Pójdź więc ze mną przed dom i przekonamy się, czy rozpoznasz to miejsce, Gwainorczyku.
Iryx wstał ostrożnie i stwierdził, że nic mu nie jest. Czuł się wypoczęty, jak po długim, spokojnym śnie. Poszedł więc śladem czarnoskórego mężczyzny i po krótkiej wędrówce chłodnym korytarzem wyszedł na zewnątrz.
Aż dech mu zaparło, gdy ujrzał okolicę. Jak okiem sięgnąć, widział złote piaski pustyni, wielkie wydmy i piaskowe leje. Słońce wydawało się tu co najmniej dwa razy większe niż te na gwainorskim niebie, a piekło straszliwie mocno. ÂŚwieciło na tle pomarańczowo – czerwonego nieba, a ni był to wieczór, lecz kilka godzin po południu. Firmamentu nie zakrywały żadne chmury, jedynie na horyzoncie gromadziło się kilka, a miały one czarno brunatny, niepokojący kolor.
Iryx i Agahar stali na zboczu wielkiej skały. Dawno temu zbocze to było strome i gładkie, lecz teraz, dzięki pracy niezliczonej ilości rąk, miało kształt olbrzymich schodów. W każdym ze stopni wykuto mnóstwo otworów, stanowiących drzwi i okna domostw, tworzących wielkie, niesamowite miasto. Zbudowano je tak, że dach jednego poziomu mieszkań stanowił zarazem taras, na który wychodzili ludzie zamieszkujący poziom bezpośrednio nad nim. Dom Agahara leżał na piątym poziomie, wszystkich zaś było osiem. Dodatkowo, od jednego brzegu kamiennych ,,schodów” do drugiego zbudowano skalny szaniec w kształcie półkola, poprzecinany co kilkadziesiąt metrów wieżyczkami, strażnicami i basztami.
Czarodziej patrzył na to wszystko i nie wiedział co powiedzieć. Rozglądał się wokoło, aż spotkał się z pytającym spojrzeniem Agahara. Uśmiechnął się i rzekł:
- Widzę, iż jestem w północno – wschodniej Forlornii, w Enklawie Drakan – stolicy pustynnego ludu o nazwie Drakan.
- Nie zawiodłeś mnie – zaśmiał się mężczyzna. – Zaiste, posiadasz wiedzę o świecie.
- Słyszałem, że Drakanie są nieufni w stosunku do obcych. Czemu więc mi pomogliście?
Agahar spoważniał.
- Jesteśmy nieufni, ale to nie znaczy, że zostawiamy ludzi w potrzebie na pewną śmierć. Ale masz rację i skoro już doszedłeś do siebie, będziesz musiał czym prędzej opuścić to miasto. Tutejsi mieszkańcy nie są zbyt przychylni obcym. A co do naszej nieufności… Gdybyś żył na tym niegościnnym kontynencie, też byłbyś nieufny.
Prawdą były słowa Agahara. Niegdyś plemię Drakan – czarnoskórych ludzi nomadów – żyło na całym obszarze Forlornii w bardzo mnogiej liczbie. Z czasem jednak zjawili się nowi mieszkańcy tej krainy; kordy orków nadciągnęły zza Oceanu ognia na południowym zachodzie, minotaury przybyły z wielkiej tropikalnej dżungli zwanej Głuszą; z Gór Jałowych na południu zeszły ogry i olbrzymy, a gdzieś w głębi kontynentu otworzył się mroczny portal, przez który wkroczyły do tego świata demony i zaczęły wznosić ziejące grozą warownie. Wszystkie te nacje założyły własne państwa i rozpoczęły ekspansję Forlornii, aż w końcu spotkały się ze sobą i rozpoczęły wojnę. Drakanie musieli ulec wobec wielkich armii dzikich orków, okrutnych minotaurów, potężnych ogrów i straszliwych demonów. Garstka, która ocalała, skupiła się w północno – wschodniej części kontynentu, zostawiając wrogów na zachodzie. Zbudowali tu forteczną stolicę zwaną Enklawą Drakan, oraz wiele mniejszych osiedli i w nich żyją aż do dziś.
- Dziękuję zatem za ratunek i jeśli mógłbym się jakoś odwdzięczyć… - Rzekł Iryx.
- Nie ma o czym mówić. Nie zrozum mnie źle, ale najbardziej przysłużysz się nam, jeżeli niebawem stąd odejdziesz.
- W porządku. Wyruszę więc natychmiast.
- Oczywiście możesz tu jeszcze zostać krótki czas! Nie każę ci odchodzić bezzwłocznie, w tym momencie!
- Domyślam się, ale muszę. Chciałbym jak najszybciej wyruszyć w drogę i wrócić do domu, do przyjaciół… Do rodziny.
Agahar pokiwał głową ze zrozumieniem.
- W takim razie odprowadzę cię do bram, abyś nie miał żadnych kłopotów.
- Nie trudź się tym. Po prostu teleportuję się za miasto – zaprotestował Iryx. – ÂŻegnaj, zacny Agaharze! Jeszcze raz dziękuję za pomoc. Może spotkamy się jeszcze w szczęśliwszych czasach, kiedy twój lud bez obaw będzie witał nowych przybyszów, nie lękając się, iż jest to wróg.
- Bardzo bym chciał – odparł mężczyzna. – ÂŻegnaj.
Popatrzył, jak Iryx rzuca zaklęcie i znika, a potem wróił do domu, gdzie czekali już na niego żona i syn.
***
Iryx znalazł się jakiś kilometr od bram Enklawy. Dotąd wszystko poszło łatwo, lecz teraz zaczęły się schody. Dokąd się udać? Jak wrócić do oddalonego o kilka tysięcy kilometrów Gwainoru? Inne pytanie pojawiło się też w umyśle czarodzieja: co z jego przyjaciółmi? Czy Shimaria, Sullimin, Fortein i Chowaniec przeżyli furię Zelghasha? I co się stało z półsmokiem? Czy zdołał go pokonać?
Wtem Iryx usłyszał za plecami znajomy głos:
- A więc tu się ukryłeś, magu ósmej kategorii.
Odwrócił się i ujrzał siedzącego na pisaku czarnego kota.
- Valgas? – Wykrztusił.
- Nie, twoja babcia. Nie poznajesz? – Miauknął kot. – A co, może nie dowierzasz wzrokowi?
Iryx nie zwracał uwagi na docinki. Za bardzo był uradowany widokiem znajomej kociej twarzy… Czy może raczej pyszczka.
- Valgasie, co ty tu robisz?
- Pomyślałem, że cię odwiedzę, uczniaku i sprawdzę jak sobie radzisz. Przy okazji też spełniam prośbę kapłanki, która chciała wiedzieć, czy żyjesz, a i ja sam mam z tobą do pogadania.
- No więc słucham – rzekł Iryx.
- Nie tutaj. Niebezpiecznie jest stać w pełnym słońcu. Niedaleko stąd leży przytulna oaza, tam pomówimy.
I nagle, bez żadnego ostrzeżenia, zadziałało zaklęcie grupowej teleportacjai. Człowiek, oraz kot znaleźli się w przyjemnym skrawku zieleni, palm i błękitnego jeziorka. Valgas położył się pod drzewem, Iryx zaś usiadł na chłodnej trawie w cieniu palmy. W napięciu czekał na to, co powie Chowaniec.
Kot jednak ułożył się wygodnie, zamknął oczy i głośno mruczał, rozkoszując się przyjemnym cieniem. Nieco zniecierpliwiony Iryx ośmielił się więc zacząć pierwszy:
- Co właściwie zdarzyło się na koniec walki z Zelghashem w Miamayen? Czy udało mi się go pokonać?
- Tak – mruknął Valgas. – A przy okazji zmieść z powierzchni ziemi to, co jeszcze ostało się z tego miasta. Ale faktycznie, Zelghasha zniszczyłeś. Aczkolwiek uczyniłeś to w sposób dość energochłonny. W sumie żałuję, że od razu sam się tym nie zająłem – byłoby mniej zniszczeń i skuteczniejszy efekt.
- Co takiego?! – Iryx dał się ponieść złości. – Chcesz mi wmówić, że byłeś w stanie zabić Zelghasha, a tego nie zrobiłeś?!
- Nie, nie chcę ci tego wmówić. Chcę ci uświadomić, iż taki fakt miał miejsce.
- Więc czemu do cholery siedziałeś z założonymi rękami?! – Wykrzyknął Iryx, choć określenie, którego użył nie bardzo pasowało do kota.
Valgas spojrzał na człowieka. Mag poczuł nagle, jakby jakiś ogromny ciężar przygniótł go do ziemi, a żołądek skuł mroźny lód.
- Jak śmiesz stawiać mi takie pytania, nędzna istoto? – Rzekł chłodno Chowaniec. – Jeżeli zechcę, moje motywy pozostaną dla ciebie na zawsze nieznane. Wiedz jednak, że jestem istotą starszą niż potrafiłbyś to sobie wyobrazić w swoim małym, ludzkim móżdżku i dysponuję mocą, jakiej nie jesteś nawet w stanie pojąć. Obyś w przyszłości zmądrzał i nie stawiał więcej takich głupich, oskarżycielskich pytań, bo może się to dla ciebie źle skończyć.
Przerażające wrażenie ustąpiło i Iryx poczuł niewypowiedzianą ulgę. Tym czasem Valgas kontynuował:
- Tak… Skoro pewne sprawy już sobie wyjaśniliśmy, wróćmy do tematu. Owszem, Zelghash nie żyje, została więc dziewiątka… Tak potężnego wybuchu dzikiej magii nie sposób przeżyć. Jeśli siła eksplozji nie pozbawiła go życia, to i tak wkrótce umrze od odniesionych ran, które są nieuleczalne.
- Dzikiej magii? – Powtórzył zdziwiony Iryx.
- Albo chaotycznej magii, jak ją niektórzy zwą. Niewielu było w dziejach Thanrys takich, którzy dysponowaliby możliwością uzywania tego rodzaju mocy. To dar – lub przekleństwo. Zależy jak na to spojrzeć.
- To znaczy?
- No cóż – ziewnął Valgas. – Z jednej strony ta potęga daje ci mnóstwo możliwości. Dziki mag może za pomocą chaotycznej magii wzmacniać znane sobie czary do tego stopnia, że byle ognistą strzałą mógłby puścić z dymem wszystkie lasy elfów na Velmarillis. Magia ta pozwala mu także na dowolne manipulowanie jej istotą i tworzenie nowych zaklęć. Prościej mówiąc: dzikiej magii można użyć na wszelkie sposoby: od wzmocnienia jakiegoś czaru, poprzez zaklinanie przedmiotów i tworzenie nowych zaklęć, aż po wywołanie kataklizmu na niewyobrażalną skalę. I tu dochodzimy do złych stron tej mocy.
Iryx lekko zadrżał, Chowaniec zaś kontynuował:
- Jak sama nazwa wskazuje, dzika magia jest nieprzewidywalna i nie do okiełznania. A przynajmniej nie w pełni. Zdolny i wytrzymały czarodziej może nagiąć ją do swojej woli, lecz nigdy nie będzie jej całkowicie kontrolował i nie przewidzi końcowego efektu jej użycia. A jeśli mu się nie powiedzie, skutki mogą być bardzo rozmaite.
- Na przykład?
- Na przykład to, czego ty doświadczyłeś: utrata kontroli nad chaotyczną magią uśmierciła półsmoka, spustoszyła obszar małej wyspy, a także otworzyła szczelinę w czasoprzestrzeni i wyrzuciła cię przez nią z Velmarillis do Forlornii. Równie dobrze jednak, niszczycielska fala, którą stworzyłeś, mogła rozszerzać się dalej – nawet na cały świat. Mogłeś samemu zginąć, mogłeś otworzyć portal do innego wymiaru, mogłeś spowodować katastrofę, która zgładziłaby ten świat, a może i cały nasz wymiar, mogłeś… Wymieniać dalej?
- Nie, to mi absolutnie wystarczy – szybko rzekł Iryx. – Skoro to tak niebezpieczna moc, to jak mogę uzyskać nad nią jakąś kontrolę? Chodzi mi chociażby o to, by ta dzika magia nie uwalniała się ze mnie niespodziewanie, tak jak podczas bitwy z Zelghashem.
Ja ci tego nie powiem, bo nie wiem – powiedział Valgas. – Ale masz szczęście, bo podobno w jednej z wiosek Drakan mieszka stary szaman, który dość dobrze opanował dziką magię. Mógłbyś się do niego udać po radę, aczkolwiek nie wiem, czy ci coś to pomoże. Ăw szaman jest stary, zdziwaczały, a Drakanie nieufni i podejrzliwi.
- Mniejsza z tym – machnął ręką Iryx. – Powiedz, gdzie on przebywa?
- Na pewno chcesz to wiedzieć?
- Tak, u licha!
Oczy Valgasa błysnęły i Iryx bez ostrzeżenia zniknął. Kot wstał, przeciągnął się i ziewnął.
- Jaki on uprzejmy – rzekł do siebie. – Nawet nie raczył spytać się o swoich przyjaciół. Co ta Shimaria w nim widzi?
Nim pytanie Valgasa zdążyło rozpłynąć się w gorącym, pustynnym powietrzu, Chowaniec zniknął równie nagle jak ludzki czarodziej.
***
Mroczne, obszerne pomieszczenie rozjaśniało jedynie nikłe światło czterech świec przymocowanych do ścian. Pośrodku sali stało dziesięć wytwornych krzeseł, ustawionych w półokrąg. Zajętych było jednak tylko pięć, choć w komnacie znajdowało się dziewięć osób. Cztery z nich stały w różnych ciemnych kątach, reszta zaś wygodnie usadowiła się w fotelach. Mimo, iż wszyscy doskonale się znali, niepisany zwyczaj panujący w ich gronie nakazywał, by podczas wszelkich spotkań panował wszechobecny mrok zasłaniający ich twarze i częściowo również sylwetki.
W Sali zalegała ciężka cisza, przerywana od czasu do czasu jedynie szelestem szat i szuraniem butów po kamiennej posadzce.
- Może już zaczniemy? – Odezwała się kobiecym głosem jedna z osób siedzących na krzesłach.
- Właśnie – przytaknęła grubym głosem wysoka, barczysta postać opierająca się o jedną ze ścian. – Ta narada odrywa nas od naszych zadań.
- Doskonale – rzekła istota zajmująca największe i najbardziej ozdobne z krzeseł. – Nieczęsto zdarza mi się przerywać wam misje, ale sprawa jest wyjątkowa.
- Thramindelu, kochanie, słyszałeś? Zaraz dowiemy się czegoś niezwykle ciekawego! – Ucieszyła się kobieta, która jako pierwsza zabrała głos.
Siedzący obok elf zbył tę uwagę milczeniem, tak jak już czynił to wiele razy podczas misji. Tymczasem Przywódca kontynuował:
- Jak już nadmieniłem, sprawa jest wyjątkowa. Po raz pierwszy w historii Błękitnego Ostrza zdarzyła się śmierć jednego z członków. Jak doniósł mi Ranivon i o czym pewnie już wszyscy doskonale wiecie, zabito Zelghasha.
- I co z tego? – Parsknęła cicho niska, przysadzista postać stojąca w północno – wschodnim narożniku sali.
- To, że dokonał tego zwykły człowiek – odparł siedzący po lewicy Lidera Ranivon. – I to w dodatku brat Airyxa.
- Skoro pokonał półsmoka to nie był znowu taki zwyczajny – zaśmiała się kobieta. – Prawdę mówię, co nie, Thramindelu, kochanie?
- Z mojej obserwacji wynika, że mag ziemi znany jako Iryx z Vys włada dziką magią. – Dodał Ranivon. – Co ty na to, Airyksie?
Airyx milczał dłuższą chwilę, nim udzielił odpowiedzi:
- Musiał odkryć w sobie tę moc dopiero niedawno. Pierwsze słyszę, że posiadł umiejętność kontroli chaotycznej magii.
- Tak czy inaczej, to już nie jest problemem – powiedział Lider. – Według Ranivona, wybuch dzikiej magii zabił twojego brata.
- Taa… - Mruknął Airyx.
- Nie wierzysz mi? – Zapytał Ranivon, lecz w jego głosie nie pobrzmiewały żadne emocje.
Airyx nie odpowiedział.
- Skoro nie ma żadnego problemu, to co my tu jeszcze robimy? – Warknął olbrzymi osobnik spod ściany.
- Nie wezwałem was tutaj tylko po to, żebyście wysłuchali tej wiadomości. Zacząłem od niej, aby przypomnieć wam, że nie jesteście nieśmiertelni i mogą się znaleźć istoty zdolne wam zagrozić. Nie powtórzcie błędu Zelghasha, który nie docenił przeciwnika. Błękitne Ostrze nie może sobie pozwolić na utratę kolejnych stowarzyszonych.
Lider przerwał na chwilę, by znaczenie jego słów dotarło do obecnych, a następnie kontynuował:
- A teraz przejdźmy do prawdziwego powodu naszego zebrania. Poczyniłem niezbędne wyliczenia i pomiary energii. Mamy już niemal wystarczającą ilość magicznych artefaktów. Po zakończeniu tego spotkania wyruszycie na swoje ostatnie wyprawy, bo cztery najpotężniejsze artefakty. Kiedy je przyniesiecie, powinniśmy mieć już dosyć mocy, by wcielić w życie ostatnią fazę naszego planu.
- Nareszcie – rzekł radośnie Dar’Achnis. – Kto zatem dokąd wyrusza?
- Ty i Airyx wracacie do Forlornii i zdobędziecie Czaszkę Quudaca ze stolicy demonów, Arvoith. Thramindel i jego towarzyszka skradną Berło Kargotha z Yrm w Velmarillis. Khagazie, wy pójdziecie do Gwainoru po broń zwaną Królewską Wiernością. Możecie już odejść.
- A kto idzie na Ziemie Cienia? – Spytał Dar’Achnis. Nie otrzymał jednak odpowiedzi, co znaczyło, że Przywódca nie ma im już nic więcej do powiedzenia. Wszyscy więc udali się na wyznaczone pozycje. W komnacie zostały tylko trzy osoby.
- Czemu nie wyjawiłeś im prawdy? – Spytała jedna z nich. – Przecież to Ranivon wykończył Zelghasha z twojego rozkazu.
- Mogliby to źle zinterpretować. – Odparł Lider. – Jeszcze nie czas na rozłam w organizacji. Błękitne Ostrze jeszcze przez jakiś czas będzie mi użyteczne jako narzędzie mych planów. Jedynie ty i Ranivon jesteście mi najwierniejsi, dlatego będziecie znali prawdę.
- Rozumiem, że ja i Invrahet mamy iść na Ziemie Cienia? – Zapytał Ranivon.
- Tak. W Baszcie ÂŚmierci przechowywana jest Różdżka Arcylisza. Jej potrzebujemy jako ostatniej, by móc zrealizować nasz cel.
- A zatem ruszamy – rzekł ten, którego zwano Invrahetem i wraz z Ranivonem teleportował się.
W komnacie pozostał jedynie Przywódca Błękitnego Ostrza.
***
Iryx znalazł się przed zbudowaną na planie okręgu wioską, złożoną z kilkunastu płóciennych jurt. Wszędzie wokół, jak okiem sięgnąć rozciągało się piaszczyste pustkowie, nie sposób więc było uzyskać orientację, co do jej położenia na kontynencie.
Pomiędzy namiotami przemykały tu i ówdzie jakieś postacie, ale nigdzie nie było ani śladu strażników. Mag naciągnął na głowę obszerny kaptur, a usta i nos zasłonił maską. I kaptur, i maska stanowiły nieodłączną część ubioru Drakan; zapewniały bowiem ochronę w razie burzy piaskowej. Iryx podziękował w duchu Agaharowi za obdarowanie go tym odzieniem, po czym skierował się między jurty.
Bez trudu rozpoznał namiot szamana; płótno jego jurty pokrywały runiczne znaki, a przed wejściem stał drewniany pal, na którym zawieszono srebrny wisiorek i zatknięto czaszkę orka.
Iryx przyjrzał się przez chwilę amuletowi oraz ohydnej orkowej czaszce i wszedł do jurty. Wypełniał ją słodki zapach gotujących się w dwóch kociołkach, tajemniczych wywarów. Brzegi namiotu zajmowały niskie stoliki zastawione różnymi flaszeczkami, butelkami, menzurkami, alembikami, retortami, palnikami, skrzyneczkami z pachnącymi ziołami i mnóstwem najróżniejszych przedmiotów przydatnych w szamańskiej sztuce. W centrum natomiast znajdowało się owalne palenisko, przy którym, w głębokim fotelu siedział jakiś człowiek.
Drakanin ów był łysym starcem o długiej, siwej brodzie opadającej mu na ciemny, nagi tors. Ubrany jedynie w biodrową przepaskę staruszek spojrzał z zaciekawieniem na przybysza brązowymi oczyma, w których można było wyczytać wielką mądrość i doświadczenie dziesiątek przeżytych lat.
- Kim jesteś, cudzoziemcze? – Spytał.
- Skąd wiedziałeś? – Odpowiedział zdziwiony Iryx, zdejmując maskę i kaptur.
- Drakanie nie wchodzą ot tak do cudzej jurty. No, ale nie pora na lekcję tutejszych obyczajów. Czego chcesz ode mnie, obcy?
- Nazywam się Iryx i szukam kogoś, kto powiedziałby mi coś o dzikiej magii.
- Jesteś dzikim magiem? – Zainteresował się szaman.
- Jeszcze za wcześnie żeby tak mówić – odparł Iryx. – Dopiero co odkryłem w sobie tę moc i potrzebuję pomocy w jej okiełznaniu.
- A więc dobrze! – Roześmiał się nagle starzec i wstał z fotela. Z wolna uniósł rękę na wysokość swojej twarzy i zaczął kreślić w powietrzu jakiś kształt. Jego palec rozjarzył się zielonkawym światłem i zostawiał za sobą świetlisty ślad. W końcu ukazał się cały błyszczący wzór, który zawisł nieruchomo pomiędzy szamanem a czarodziejem.
Iryx zafascynowany wpatrywał się w migotliwy kształt, aż nagle pojął, iż jest to awatar. Awatar, stworzony przez tego siwego staruszka stojącego przed nim.
Wtem wzór rozbłysnął niesamowicie jasnym światłem. Młody mag ziemi najpierw ujrzał oślepiającą jasność, a potem nieprzeniknioną ciemność, w której całkowicie się pogrążył.
No tak, fabuła strasznie przegadana, ech... Jak ja nienawidzę początków. :P
Rysownik:
Uff! Już myślałem, że to jedne z tych opowiadań, które kończą się po jednym „pseudorozdziale”. No ale nie spojrzałem na autora i dopiero gdy zobaczyłem awatar zrozumiałem, że Iryx powrócił! :D No cóż, literówek nie widzę, pewnie nie ma, bo sprawdzane chyba w Wordzie. Na przecinki zbytnio nie zwracam uwagi. Podobało mi się : „No cóż, to były dwa słowa”. Ostatnio nie mam weny do mojej Broni Ostatecznej, ale ta opowieść rozchmurzyła me czoło i pelikany znów śpiewają.
Ocena 5/5.
Patty:
Dobra, Airyxie. Nie chciałeś, ale i tak Ci ocenię to opowiadanie.
Zacznę od długości. Całkiem znośne. Mogłoby być dłuższe, ale i tak jest sporawe, więc masz plusik.
Fabuła. Póki co dobra, ale nie wiem, jak dalej. Akcja jest powolna, rozkręca się. Liczę, że potem dojdzie trochę walk, wydarzeń.
Powtórzenia. Weź ty przeczytaj kilka pierwszych akapitów i policz: Zelghash. I to, co z nim związane. W cholerę tego tam. A potem może i lepiej, ale i tak jest źle.
Przegadane to to jest. Zdecydowana większość to dialogi. Delikatnie mówiąc, jest mało opisów, a dużo gadania. To co dawno, dawno temu u mnie. Ja się poprawiłem, i mam nadzieję, że ty tez.
Teraz ocena. ÂŁap: 6-/10. Jak dla mnie, na tyle w zupełności zasługuje, ewentualnie mogę usunąć minusik.
Airyx:
Uff, trochę czasu mi to zajęło, ale w końcu przebrnąłem przez to i niniejszym przedstawiam drugą, a zarazem przedostatnią część ,,Opowieści z Thanrys". ;)
Opowieści z Thanrys: Inwazja Błękitnego Ostrza
Ciemny pokój nieznacznie rozświetlało kilka świec. Pięć płomyków tańczyło, ukazując migoczące na ścianach, złowieszcze cienie. W sali nie było żadnych sprzętów, a całą podłogę pokrywały wyrysowane kredą rytualne symbole. Tajemnicze runy i znaki zawile opisywały hierarchię Piekielnego Królestwa, mówiły o jego Najwyższym Władcy, czterech wodzach legionów i ich dwudziestu ośmiu okrutnych sługach. Napisy zajmowały większą część podłogi, za wyjątkiem jej centrum, gdzie widniał narysowany krwią pentagram wpisany w okrąg.
Drzwi prowadzące do pomieszczenia otworzyły się i jasna fala słonecznego światła rozproszyła ponury mrok. Dwóch mężczyzn w czarnych szatach weszło do środka, prowadząc smukłą, jasnowłosą elfkę o śnieżnobiałej skórze. Drzwi szybko zatrzasnęły się za nimi i pokój ponownie zatonął w półmroku.
- Mamy już wszystko co nam potrzeba – rzekł jeden z kultystów.
- Szczęście nam sprzyjało – zaśmiał się jego towarzysz. – Rzadko widuje się teraz w tych stronach elfy, a nam trafił się taki okaz…
Musnął dłonią delikatny policzek drżącej ze strachu elfki.
- Masz rację. Idealna do złożenia w ofierze.
Mężczyzna skrępował elfkę sznurem, tymczasem drugi zamyślił się przez chwilę i spytał:
- Kogo więc wzywamy?
- Oczywiście Dilixuna, Upiornego Mordercę. On lubi krew elfów – odparł tamten, układając kobietę wewnątrz okręgu z pentagramem i wyjmując krótki sztylet o szkarłatnym ostrzu.
Pierwszy kultysta wyszczerzył zęby w uśmiechu, na widok krwawego ostrza zbliżającego się do jasnej skóry ofiary. Czerwień klingi doskonale kontrastowała z alabastrową cerą elfki. Człowiek oczyma swej chorej wyobraźni widział już tryskające krwią, drgające w agonii, piękne, szlachetne ciało poświęcone demonowi Dilixunowi…
Sadystyczne rozmarzenie ustąpiło nagle miejsca lodowatemu strachowi i nieodpartemu wrażeniu o czyjejś potężnej obecności.
Czyżby demon zaczął się już manifestować? Pomyślał kultysta, z niepokojem rozglądając się wokół. Nie dostrzegł jednak niczego dziwnego.
Poza czarnym jak noc kotem, siedzącym niedaleko jednej ze świec.
- Co ten zwierzak tu robi? – Mruknął pod nosem mężczyzna. Po chwili jednak pomyślał: może by i jego złożyć w ofierze? Wszak im więcej krwi, tym lepiej…
Zbliżył się do zwierzęcia i zaczął je do siebie przywoływać. Kot zwrócił na niego spojrzenie szmaragdowych oczu i nagle odezwał się:
- Ty masz mnie za idiotę, czy sam jesteś taki głupi?
Usłyszawszy to, dwaj mężczyźni znieruchomieli zszokowani. Kot zaś ziewnął i kontynuował:
- Kolejni dwaj, co to chcieli sobie z nudów przyzwać demona. Jakie to typowe… Dilixuna z Legionu Agonii, o ile dobrze słyszałem? W dodatku próba złożenia ofiary z bezbronnej elfki i równie bezbronnego kotka… To zasługuje na najwyższą karę. Z przyjemnością ją wymierzę.
Do dwóch kultystów niezupełnie jeszcze dotarło, kto do nich mówi. Ten, który miał w ręku sztylet, zostawił elfkę i zaczął iść w stronę kota, mówiąc:
- To zwierzę jest jakieś dziwne. Lepiej je zabiję.
- Nawet nie wiesz, na co się porywasz, człowieczku.
Nagle mężczyzna zamarł w pół kroku, bowiem jego skóra poczęła odrywać się od kości, wraz z mięśniami i tłuszczem. Cała ta bezkształtna masa spłynęła na ziemię, a chwilę potem padł w nią biały niczym kreda szkielet.
Drugi z kultystów, przerażony rzucił się w stronę drzwi z zamiarem ucieczki, lecz nim dotknął klamki, potężna fala energii uderzyła go i odrzuciła w tył. Mężczyzna wylądował pod ścianą, a czarny kot zaczął lekko stąpać w jego stronę.
- Nie… Proszę…
- Daruj sobie – rzekł kot. – nie masz nawet pojęcia, ilu heretyków takich jak ty unicestwiłem w życiu. Wiesz, możesz się cieszyć. Gdybyście odprawili rytuał i wezwali Upiornego Mordercę, w nagrodę skonalibyście w gorszych męczarniach. Potraktuj to, co za chwilę uczynię, jak przyjacielską przysługę.
Nim do trzęsącego się ze strachu czarnoksiężnika dotarło znaczenie słów niesamowitego przeciwnika, poczuł, że jego ciało zaczyna go palić od wewnątrz, a w żyłach płynie nie krew, lecz ogień. Chciał wrzeszczeć z bólu, ale nie mógł dobyć głosu, gdyż blokowała go jakaś magiczna siła. Skonał w okrutnych męczarniach, nie mogąc nawet wyrazić swego cierpienia poprzez krzyk.
Czarny kot spojrzał przelotnie na skrępowaną elfkę i w tym momencie opadły z niej pęta. Potem najzwyczajniej w świecie opuścił pomieszczenie, jak gdyby zapominając o umierającym kultyście i jego niedoszłej ofierze.
Niebo, które jeszcze kilka minut temu zachwycało czystym błękitem, skryły ciężkie, ponure, siwe chmury. Lały się z nich strugi deszczu, a od czasu do czasu ich szarzyznę rozjaśniały oślepiające błyskawice.
Choć nie sprawiało mu to przyjemności, kot stanął na deszczu i popatrzył w górę. Przez jego pyszczek przemknął cień uśmiechu.
- Wiem, że miałem nie być tak okrutny, nawet dla naszych wrogów – powiedział, obserwując zachodzące w chmurach zjawiska. Wydawał się jednak dostrzegać coś – lub kogoś – ponad ciemnymi obłokami, gdzieś wysoko na firmamencie. – Przecież wygnano mnie właśnie za okrucieństwo, prawda? Ale kiedy widzę takich głupców jak ci dwaj, po prostu nie mogę powstrzymać…
Kot uśmiechnął się szerzej i z myślą ,,a teraz koniec rozrywek, czas wziąć się do poważnej roboty”, zniknął.
***
Dwa thanryjskie księżyce skryły swe oblicza za warstwą chmur. Pod tym ciemniejącym, wieczornym niebem, dumne, przepyszne gmachy stolicy Gwainoru były dziwnie posępne i złowieszcze.
Tego wieczora mieszkańcy Sirii skryli się w zaciszach domostw wcześniej niż zazwyczaj. Gwarne zwykle ulice ucichły i opustoszały; gdzieś w oddali zaszczekał pies, w ciemnym zakamarku zniknął szczur. Atmosfera była niepokojąco ciężka i wyczuwało się w niej drażniące napięcie. Wszyscy Sirianie wiedzieli, że niebawem musi nastąpić coś, co rozwiąże ten stan rzeczy, inaczej nie da się dłużej wytrzymać. I choć musieli nadzieję na pomyślne zakończenie, ogólne przygnębienie wróżyło katastrofę.
Całkowicie puste ulice Sirii przemierzały dwie zakapturzone postacie w czarnych płaszczach, o kontrastujących ze sobą sylwetkach; jedna z nich była wysoka i barczysta, druga zaś niska i przysadzista.
- Ludzkie miasta są żałosne – odezwała się wyższa istota. – I strasznie cuchną.
- Nie bardziej niż orkowe – mruknął niski.
Wysoki puścił tę uwagę mimo uszu i kontynuował:
- Te budynki napawają mnie obrzydzeniem. Kiedy wykonamy misję, zrównam je z ziemią, by nie kalały ogólnego widoku równiny.
- Nie wydaje mi się, byśmy mieli na to czas. Póki co, skupmy się na zadaniu.
Odziana na czarno dwójka skręciła w szeroką aleję wiodącą do królewskiego zamku Siria.
***
Choć salę tronową jasno oświetlały liczne złote i srebrne żyrandole, jej wielkość powodowała, że wciąż było w niej wiele ciemnych zakamarków.
Purpurowozłoty dywan biegnący pomiędzy dwiema ozdobnymi kolumnadami prowadził do podwyższenia, na którym stał wysadzany klejnotami tron. Siedział na nim człowiek w pełnej zbroi płytowej, trzymający na kolanach piękny, dwuręczny miecz. Wokół niego zebrała się grupa dziesięciu elitarnych gwardzistów w czarnych pancerzach, a każdy dzierżył stalowy claymore i szeroką tarczę.
Osobą spoczywającą na tronie był nie kto inny, jak Sirian VI, obecny król Gwainoru. Od swych licznych szpiegów dowiedział się o planowanym przez Błękitne Ostrze ataku na pałac. Jakim cudem jego zwiadowcy weszli w posiadanie takich informacji, król nie wiedział, ale ufał im. Zgodnie z radą swego arcyszpiega, nakazał obywatelom tego wieczora wcześniej wrócić do domów i nie opuszczać ich pod groźbą śmierci. Sirian wiedział, że nie wszyscy zastosują się do rozporządzenia i wielu wyjdzie na ulice, nie mogąc przemóc ciekawości. ,,No, ale jeśli natkną się na członków Błękitnego Ostrza, to już z własnej woli. Ja uczyniłem wszystko co mogłem”, pomyślał.
Na murach pozostała nieliczna straż. Prawie wszyscy gwardziści zostali wezwani do zamku. Aby nie wywoływać paniki wśród ludu i nie toczyć walki w mieście, Sirian postanowił ściągnąć wroga do pałacu i w jego komnatach dopaść przeciwnika. Aczkolwiek władca podejrzewał, że nie musi czynić specjalnych zabiegów, by zwabić napastników do swojej siedziby; sądził bowiem, że to on lub coś, co posiada, jest celem Błękitnego Ostrza.
Sirian spojrzał na swój miecz, zwany Królewską Wiernością. Była to potężna, zaklęta broń koronacyjna gwainorskich królów i spoczywała w królewskim skarbcu od pokoleń. Wykonano ją z najwyższej jakości stali i pokryto warstwą srebra oraz złota. W jelec wprawiono trzy szmaragdy i rubin, na klindze zaś wyryto runy mocy. Ăw oręż miał moc rażenia wroga magicznymi błyskawicami i zwiększał możliwości defensywne właściciela. Zaiste, na taka broń mogła połakomić się ta zbrodnicza organizacja magów wyrzutków.
A może nie? Może Ostrze przybędzie po słynną magiczną Zbroję Obrońcy? Sirian zerknął dół, na swój ciemnogranatowy pancerz. Nie dość, że rynsztunek ten zapewniał znakomitą ochronę od wrogiego oręża, to dawał całkowitą odporność na magię. Nawet potężne czary magów Błękitnego Ostrza nic nie zdziałają właściwościom Zbroi Obrońcy.
Cokolwiek jednak było ich celem – miecz, zbroja, czy coś innego – Sirian nie zamierzał oddać tego bez walki. Nieważne, jakie zamiary miało Błękitne Ostrze, wszyscy z tej organizacji to zbrodniarze i władca Gwainoru nie pozwoli na realizację ich planów. ,,Prawdopodobieństwo, że przy okazji stracę życie jest nawet spore, ale nie mniejsze niż szansa na to, że to ja położę któregoś trupem”, pomyślał i uśmiechnął się ponuro. Na szczęście, dzięki zamkniętej przyłbicy, jego gwardziści tego nie spostrzegli.
Wtem zza wielkich, spiżowych drzwi dobiegł jakiś szmer. Zebrani w sali tronowej usłyszeli przytłumiony odgłos rozmowy i szczęk oręża. Co i rusz rozbrzmiewały krzyki ludzi, aż wreszcie wszystko ucichło.
Elitarna straż Siriana wysunęła się do przodu, ustawiła w szyku i stworzyła istny mur z tarcz. Król zaś chwycił mocniej rękojeść miecza i szepnął:
- Zaczyna się.
Lecz nic się nie zaczęło. Zaległa przytłaczająca cisza. Zza wrót nie dochodziły żadne dźwięki. Strażnicy i Sirian zastygli w bezruchu, z napięciem i niepewnością oczekując rozwoju wypadków.
Znienacka coś wielkiego uderzyło w odrzwia, czyniąc w nich wybrzuszenie. Wszyscy wzdrygnęli się, zaskoczeni. Nastąpiło kolejne uderzenie na styku wrót, potem następne, i jeszcze jedno.
Drzwi nie wytrzymały i z łoskotem otwarły się na oścież.
Korytarz za nimi zaścielały dziesiątki ciał poległych żołnierzy. Do sali tronowej weszły dwie odziane na czarno postacie, zostawiając za sobą krwawe odciski butów na pałacowej podłodze. Ich płaszcze pokrywały gdzie niegdzie szkarłatne plamy. Jeden z nich, wysoki i muskularny, trzymał w dłoni zakrwawiony, długi topór, drugi zaś – niski i tęgi – dzierżył bojowy młot o poplamionym ludzką krwią obuchu. Sirian nie zauważył, by którykolwiek z zakapturzonych przybyszów odniósł jakieś rany w walce. Tylko wyższy z nich miał lekko rozcięty prawy rękaw. Zadrżał więc na myśl, jaką mocą musi dysponować ta dwójka.
Intruzi stanęli na wytwornym, inkrustowanym dywanie, kalając go krwią pomordowanych wojowników. Wyższy z nich złożył głęboki, acz niezgrabny ukłon i rzekł grubym, szyderczym głosem:
- Witaj Sirianie, szósty z dynastii Archakor, władco królestwa Gwainoru! Pozdrawiają cię Gharrod, szaman z Ruthvarrook i Khagaz, władca runów z Baruk – Aghamen.
Przybysze zrzucili kaptury. Wysoka istota o basowym głosie okazała się być zielonoskórym orkiem o małych, żółtopomarańczowych oczach, żółtych kłach, kpiącym uśmieszku i długich, czarnych włosach zawiązanych w koński ogon.
Jego towarzysz był krasnoludem. Nosił on na głowie mithrilowy hełm wysadzany najróżniejszymi klejnotami, a Sirian zgadywał, że pod płaszczem skrywa równie bogate opancerzenie. Spod hełmu czujnie patrzyły piwne oczy, z których dało się wyczytać zimną zawziętość i nienawiść do ludzi. Khagaz nosił także bujną, kasztanową brodę, która ginęła gdzieś w połach czarnych szat.
Siriana zaskoczył ten duet. Powszechnie znano nienawiść i wrogość orków oraz krasnoludów, której korzenie sięgały czasów daleko przed Rozłamem. Albo więc ta dwójka stanowiła wyjątek i w jakiś sposób się zaprzyjaźniła, albo też została zmuszona do współpracy, ze względu na członkostwo w Błękitnym Ostrzu. Gwainorski król podświadomie stawiał na tę drugą możliwość.
- Po co tu przybyliście? – Przemówił, starając się, by jego głos brzmiał spokojnie i władczo, jak na monarchę przystało.
- Miło, że pytasz, mości Sirianie – zaśmiał się ork, odrzucając wszelkie pozory grzeczności. – Potrzebne nam to, co trzymasz w ręce.
- Przychodzimy po Królewską Wierność – dodał cicho krasnolud.
Przynajmniej wiem już, czego konkretnie chcą, pomyślał Sirian. Na głos zaś oznajmił:
- Nie macie tu czego szukać. Precz, albo spotka was śmierć.
- No no, szybko przechodzimy do rzeczy – wyszczerzył się Gharrod. – Sądziłem, że negocjacje potrwają ciut dłużej. Ale skoro tak…
- Ja zajmę się obstawą – rzekł Khagaz. – Ty odbierz królewską Wierność.
- Nie ma potrzeby mnie pouczać! – Ork rzucił się w stronę gwardzistów, którzy przyjęli postawę defensywną. W biegu rzucił na siebie czar Kamiennej Skóry i z bojowym okrzykiem wbił się w szereg strażników. Stalowe tarcze i ostre miecze nie uczyniły mu żadnej krzywdy. Przewróciwszy na ziemię kilku gwardzistów, Gharrod ruszył dalej, w stronę Siriana stojącego kilkanaście metrów dalej.
Straż chciała pobiec na pomoc swemu władcy, lecz w tym momencie wyrosła przed nimi ściana utwardzonej ziemi i skał, która podzieliła salę tronową na dwie części.
- Ja jestem waszym przeciwnikiem – oświadczył Khagaz i chwycił oburącz młot.
W samym sercu stolicy Gwainoru zaczęła się śmiertelna walka dobra ze złem.
***
Kiedy Iryx ocknął się i otworzył oczy, stwierdził, iż widzi niewiele więcej, niż z opuszczonymi powiekami.
Postanowił więc wybadać otoczenie innymi zmysłami. Wyczuł, że leży na zimnej, twardej, prawdopodobnie kamiennej posadzce zbudowanej z wielu dużych płyt, niektórych skruszonych już przez czas, pomiędzy którymi znajdowały się spore szczerby. Jego słuch powiedział mu, że gdzieś w oddali kapie woda. Wokół panował chłód, ale powietrze było ociężałe i zatęchłe, co zaskoczyło młodego maga.
Iryx odczekał chwilę, po czym powoli wstał i wyczarował kulę światła. Naładował ją maną, a następnie wzniósł wysoko nad głowę.
Ujrzał wielkie, puste pomieszczenie, które przecinał szeroki, kamienny most. Czarodziej stał na tym właśnie moście, pod którym otwierała się czarna, bezdenna przepaść. ÂŚciany tej dziwnej komnaty zdobiły płaskorzeźby smoków walczących z demonami. Co ciekawe, do murów nie prowadziły żadne pomosty, dzieła te musiano więc wykonać za pomocą magii.
Iryx spojrzał w otchłań poniżej i rzucił w jej głąb ognistą kulę. Płonący pocisk spadał w dół bardzo długo, stając się coraz niklejszym, aż w końcu ogarnął go mrok. Mag był tym faktem zdumiony i wystraszony, wziął się jednak w garść i zaczął myśleć o wydostaniu się stąd.
Wielki most spinał dwie ściany, w których ziały smukłe, czarne wrota przyozdobione portykami. ÂŻadne z wejść nie wyglądało zbyt zachęcająco, ale Iryx musiał się na jakieś zdecydować. Po chwili zastanowienia wybrał to po swojej prawej ręce i poszedł w jego kierunku.
Nagle, gdy mężczyzna przebył już połowę drogi, w powietrzu pojawił się fantazyjny, świetlisty kształt. Iryx natychmiast rozpoznał awatar starego szamana Drakan. Przemknęło mu przez myśl, że to ów czarownik sprowadził go w to tajemnicze miejsce. Zirytowany spytał więc:
- Gdzie ja jestem?
- To nieważne – rozległ się niski głos. – Istotnym jest natomiast to, po co się ty znalazłeś.
- Więc mi wytłumacz.
- Chciałeś nauczyć się posługiwać dziką magią, czyż nie? Przeniosłem cię tu, by udzielić ci lekcji. W tym miejscu czas płynie w spowolnionym tempie, a działająca tu starożytna magia stłumi częściowo twoją moc. Dzięki temu chaotyczna magia nie poczyni szkód, jeżeli wymknie się spod kontroli.
Iryx kiwnął głową na znak, że rozumie. Nie musiał odpowiadać na głos, gdyż użytkownik awatara mógł przezeń widzieć okolicę.
- Czas zatem na test.
- Test?
- Owszem. Zostaniesz poddany trzem próbom magicznym. Każda przetestuje inny aspekt używania dzikiej magii. Jeżeli przejdziesz pomyślnie ten sprawdzian, będzie to znaczyło, że opanowałeś korzystanie z magii chaosu na tyle, by nie wywołać ogólnoświatowego kataklizmu i używać jej do najprostszych inkantacji. Tylko w tym mogę cię wspomóc – potem musisz już sam doskonalić w sobie tę umiejętność. O ile oczywiście… Przezyjesz test.
Iryxowi nie przypadło do gustu ostatnie zdanie, ale postanowił jeszcze spytać:
- Czy my w ogóle jesteśmy jeszcze na Thanrys? A może to inny wymiar?
- Nie – zaśmiał się szaman, – to wciąż nasz świat. Nawet nie opuściliśmy Forlornii. Czy to już koniec twoich pytań?
- Prawie. Powiedz mi jeszcze tylko jak mam się do ciebie zwracać, czarowniku.
Nastała chwila ciszy, po której z awatara dobiegł głos:
- Możesz nazywać mnie Novalas. A teraz odwróć się i przejdź przez wrota na końcu mostu. Do dzieła, magu ziemi z Vys!
***
Ork z Błękitnego Ostrza nie tracił czasu. Kiedy tylko za jego plecami wyrosła kamienna ściana, ruszył w stronę Siriana z podniesionym nad głowę toporem. Król zdawał sobie sprawę z morderczej siły, jaką dysponują orkowie, więc nawet nie próbował zablokować ataku. Uskoczył w odpowiednim momencie i toporzysko z impetem wbiło się w stojący za nim tron.
Gharrod syknął i spróbował wyrwać broń, ale ta utknęła na dobre. Sirian ujrzał w tej chwili swoją szansę i natarł na przeciwnika. Ork znalazł się w niemałym kłopocie, bowiem był bezbronny, a i zaklęcie Kamiennej Skóry przestało go już chronić.
A przynajmniej tak wydawało się władcy Gwainoru.
Gharrod zaczął się cofać, uchylając się przed cięciami długiej klingi. Jak na orka posiadał sporą zwinność. Wycofywał się coraz szybciej, aż znalazł się kilka metrów dalej od wroga. Wtedy szybko podniósł rękę i wykrzyknął:
- Magiczny kamień!
Z zielonej dłoni wystrzeliły trzy świecące czerwonym blaskiem kamienie wielkości małych jabłek. Pomknęły z zawrotną prędkością w stronę Siriana, ale kiedy tylko zetknęły się z jego zbroją, rozpłynęły się nie czyniąc mu krzywdy.
Ork wściekł się jeszcze bardziej, gdyż pojął, że jego przeciwnik jest odporny na magię. Nie miał czasu na wyciąganie topora z tronu, wykonał więc kilka znaków zaklęcia i wyczarował sobie zaklęty Miecz Kamienia. Uzbrojony w tę ciężką broń znów zaatakował.
Tym razem dwaj wojownicy skrzyżowali klingi. Królewska Wierność jako umagiczniony oręż była wytrzymalsza niż zwykłe miecze i Sirian mógł nią spokojnie uderzać w kamienną broń Gharroda.
Ork, tak jak większość jego pobratymców, specjalizował się w używaniu topora i widać było, że walka mieczem sprawiała mu trudności. Niezbyt dobrze orientował się w trudnej sztuce pchnięć, sztychów, wypadów, obrotów, blokowania i parowania, nie potrafił łączyć tychże manewrów w płynne sekwencje, w śmiercionośne serie przebijające obronę przeciwnika i gwarantujące zwycięstwo. Gwainorski król z łatwością parował jego uderzenia i wyprowadzał kontry, ale za każdym razem chybiał o włos. W końcu jednak, odtrącając uprzednio miecz Gharroda u czynił wypad i z mistrzowską precyzją trafił sztychem w jego prawą dłoń. Przeciwnik się tego nie spodziewał i Sirianowi udało się wytrącić mu broń z ręki. Ork krzyknął i odskoczył w tył. Król natychmiast ruszył w jego stronę, nie chcąc pozwolić mu wytchnąć, ale wystarczyła chwila, by szaman rzucił zaklęcie.
- Kamienna pięść!
Ręce Gharroda zszarzały i stały się twarde niczym głaz. Wybiegł wrogowi naprzeciw, lewą ręką zatrzymał pędzące w jego stronę ostrze, prawą zaś uderzył z całej siły w hełm Siriana. Król zatoczył się w tył i upadł. Sądził, że ork zechce go teraz dobić, lecz tak się nie stało.
Ork podbiegł do tronu i zaczął uderzać weń pięściami. Chciał go zniszczyć, by wydostać swój topór, ale solidnie wykonane przez królewskich rzemieślników siedzenie mocno stawiało opór. Widząc, że Sirian dźwiga się powoli na nogi, Gharrod cofnął się, gorączkowo wykonał magiczne pieczęcie i wyczarował wielki głaz, którym cisnął w tron.
Królewskie krzesło rozleciało się w drzazgi, a pędząca skała rozbiła także ścianę za nim i wylądowała na ulicy, gdzie się zdematerializowała.
Z triumfalnym okrzykiem ork doskoczył do swego oręża i podniósł go, a następnie przyjął postawę bojową. Sirian tymczasem zdjął wgnieciony hełm i odrzucił go na bok.
- Czemu mnie nie wykończyłeś? – Spytał. – Miałeś przecież szansę.
- Miałem cię zadusić gołymi rękami? – Zaśmiał się Gharrod. – Nawet wy, ludzie, nie zasługujecie na taką śmierć. Wolę patrzeć, jak wijesz się z moim toporem wbitym w wnętrzności.
Sirian uśmiechnął się na myśl, że jego przeciwnik okazuje oznaki honoru, po czym dwaj wojownicy ruszyli jednocześnie ku sobie, by kontynuować walkę.
Tym razem osobnik w czarnym płaszczy radził sobie zdecydowanie lepiej. Blokował przez kilka minut ciosy Królewskiej Wierności i przeszedł do ofensywy; odtrącił następne uderzenie, po czym mocno pchnął Siriana w brzuch drzewcem. Człowiek zgiął się wpół, a ork uniósł topór z zamiarem ścięcia głowy przeciwnikowi. Sirian zdołał jednak ciąć jeszcze mieczem w bok. Gharrod spostrzegł to i błyskawicznie opuścił topór, ale tak, by się osłonić. Klinga uderzyła w drewniany trzonek, lecz triumfalny uśmiech znikł z twarzy orka, gdy po ostrzu przebiegła błyskawica i uderzyła w niego.
Ork zawył z bólu i z impetem padł na plecy. W tym samym momencie z ciemnych zakamarków komnaty wychynęli ubrani na czarno, zamaskowani zabójcy, będący na usługach króla. Piorun był bowiem dla nich znakiem, że czas pomóc swemu panu.
Sirian korzystał z usług osobistej gildii zabójców dość często w ostatnich czasach. na proskrypcjach ciągle przybywały imiona osób przeciwnych jego władzy i knujących rozmaite spiski. Cienie, bo taka nazwę nosili państwowi mordercy, często wyruszały w teren, by usunąć marzących o wznieceniu rewolucji, przejęciu władzy, czy zawiązaniu sojuszu z wrogami Gwainoru. Król rozstawił ich w najmroczniejszych zakątkach sali tronowej, by w krytycznej sytuacji wkroczyli do akcji.
Zabójcy ze sztyletami w rękach rzucili się na leżącego orka by go wykończyć, lecz nim dopadli ofiarę, wokół niej wyrosły ściany ziemi, które zamknęły się w twardą skorupę. Chwilę potem przez całą salę przemknęły setki kamiennych sopli, które wprawdzie nie uczyniły krzywdy odpornemu na magiczne ataki władcy, ale przeszyły na wylot wszystkich Cieni.
Sirian odwrócił się i ujrzał, że wszyscy elitarni gwardziści leżą w kałużach krwi, a w jego stronę pędzi w powietrzu krasnolud z… czarnymi skrzydłami u pleców?
Niestety król nie miał nawet czasu zadziwić się tym faktem, bowiem otrzymał potężny cios młotem w pierś i padł na plecy rozbijając niechronioną hełmem głowę.
Władca czuł, że odpływa z niego życie i znalazł się w stanie półświadomości. Zdołał jeszcze dosłyszeć słaby głos orka, który wciąż odczuwał skutki porażenia i bas krasnoluda:
- Dlaczego… dlaczego go zabiłeś, karłowate, krasnoludzkie ścierwo?! Był moim przeciwnikiem i to ja chciałem wypruć mu jego królewskie flaki!
- Zamilcz. nie mamy czasu, by dłużej się z nim bawić. Poza tym… Ocaliłem ci życie, więc powinieneś być wdzięczny.
- Ty…
- Dość. Ani słowa więcej. Zabieramy miecz i idziemy. Wstawaj. Twoje rany powinien obejrzeć Thramindel.
- I jeszcze to… mym poniżeniom nie ma dzisiaj końca.
,,Tak to jest z Błękitnym Ostrzem. Są niepokonani. Jeśli nie zmiażdżą cię swą brutalną siłą, to zniszczą zdradzieckim atakiem z zaskoczenia”, pomyślał jeszcze Sirian, po czym skonał.
***
- Ta wszechobecna ciemność jest przygnębiająca.
Iryx przyłapał się na tym, że mówi sam do siebie i potrząsnął głową. Zdawało mu się, że już kilka godzin wędruje niekończącym się mostem, przez różne dziwne pomieszczenia. Brakowało mu czyjegokolwiek towarzystwa: powściągliwego Sullimina, troskliwej Shimarii, prostolinijnego Forteina, a nawet irytującego Valgasa. Zastanawiał się, co też robią teraz jego przyjaciele i czy kiedykolwiek jeszcze ich zobaczy…
Kolejna komnata była oświetlona przez ognistą kulę zawieszoną w powietrzu, kilkanaście metrów nad poziomem mostu. Pod nią była wyrwa w przeprawie, na tyle długa, by nie dało się przez nią przeskoczyć. Kiedy Iryx podszedł bliżej, znów pojawił się awatar Novalasa.
- Oto twoje pierwsze zadanie. Aby przejść dalej, musisz zniszczyć tę kulę ponad tobą. Tylko wtedy pojawi się magiczna przeprawa, przez którą bezpiecznie udasz się w dalszą wędrówkę.
- Nie mogę po prostu użyć lewitacji? Albo się teleportować? – Spytał Iryx, rozbawiony tak prostym zadaniem. W odpowiedzi usłyszał śmiech.
- Owszem, możesz. Ale wtedy nie zdobędziesz wiedzy o używaniu dzikiej magii.
- No dobrze już. Nie wiem jednak, jak to zadanie ma mi pomóc w jej opanowaniu.
- Zobaczysz… Do dzieła.
Awatar rozpłynął się w powietrzu.
Młody mag przyjrzał się uważnie ognistej kuli, ale nie zauważył w niej nic niezwykłego: ot, zwykły płomień, który można ugasić wodą. Jako, że Iryx posiadał dar chaotycznej magii, mógł posługiwać się dowolnym żywiołem – nie tylko ziemią, jego specjalizacją. Wyczarował więc wodną kulę, choć nie przyszło mu to tak łatwo, jak rzucenie czaru ze sfery ziemi, i cisnął ją w kulę ognia.
Gdy tylko woda zetknęła się z płomieniem, ognista kula przeszła w inny żywioł i stała się kulą ziemi, która wchłonęła całą wodę.
Iryx zmarszczył brwi, widząc teraz nad sobą błotnisty twór zawieszony w powietrzu. Zgodnie z hierarchią żywiołów, którą znał na pamięć każdy czarodziej, ziemię dało się rozwiać zaklęciem ze sfery powietrza. A więc chwila skupienia, kilka magicznych znaków i Iryx posłał przed siebie strumień wiatru.
Kula błyskawicznie wróciła do formy ognia i wicher tylko podsycił płomienie, które rozbłysły jaśniej. Radośnie tańczące, czerwone języki zdawały się cieszyć porażką człowieka.
- Co do… - Warknął mag i nim zorientował się co właściwie czyni, posłał kolejną kulę wody w płomienie.
Tym razem tajemnicza kula żywiołów zmieniła się w kulę mrozu, pochłaniając wodę i stając się bryłą lodu.
Iryx, mocno zirytowany, przykucnął, cały czas ze złością wpatrując się w błyszczący białymi iskierkami lód. Umysł maga gorączkowo poszukiwał rozwiązania problemu. Jak miał zniszczyć coś, co po zaatakowaniu jednym żywiołem stawało się innym, tyle że stojącym o stopień wyżej w hierarchii?
Nagle, uświadomiwszy sobie własną głupotę, Iryx roześmiał się głośno. Oczywiście! Przecież to był test na używanie dzikiej magii, a nie zwykłych czarów! Jak on, doskonale wyszkolony w vysjańskiej Szkole Ziemi mag, mógł o tym zapomnieć? Widocznie poirytowanie zaćmiło mu umysł. Iryx musiał zatem użyć swej chaotycznej mocy, aby zdać ten test. Kiedy zastanawiał się jak ją wykorzystać, przypomniał sobie słowa Valgasa: ,, Dziki mag może za pomocą chaotycznej magii wzmacniać znane sobie czary do tego stopnia, że byle ognistą strzałą mógłby puścić z dymem wszystkie lasy elfów na Velmarillis. Magia ta pozwala mu także na dowolne manipulowanie jej istotą i tworzenie nowych zaklęć. Prościej mówiąc: dzikiej magii można użyć na wszelkie sposoby: od wzmocnienia jakiegoś czaru, poprzez zaklinanie przedmiotów i tworzenie nowych zaklęć, aż po wywołanie kataklizmu na niewyobrażalną skalę.”
Iryx uśmiechnął się i rzekł:
- Dowolne manipulowanie istotą magii i tworzenie nowych zaklęć… W porządku, zaczynajmy.
Zamknął oczy i skupił się na swojej wewnętrznej energii i manie. Miał zamiar wyczarować pocisk, który połączy moc wszystkich żywiołów i dzięki temu zneutralizuje działanie irytującej kuli.
- Ogień, by stopić stal i lód… Woda, by ugasić ogień… Ziemia, by wchłonąć wodę… Wiatr, by rozwiać ziemię… Kula żywiołów!
Pocisk, który przybrał ametystową barwę, pomknął w stronę bryły lodu, lecz po drodze rozrósł się do olbrzymich rozmiarów. Nastąpił rozbłysk światła, a Iryx na moment oślepł. Kiedy wrócił mu wzrok, spostrzegł, że w górze już nic nie ma.
- Udało się! – Wykrzyknął uradowany mężczyzna. Spojrzał na most, lecz wciąż ziała w nim potężna wyrwa.
- Bardzo dobrze – rozległ się głos szamana, którego awatar właśnie się zmaterializował. – Dosyć szybko znalazłeś wyjście z sytuacji. Teraz już tylko musisz powtórzyć to jeszcze dziewięć razy, aby w pełni opanować łączenie żywiołów i będziesz mógł iść dalej.
Kula płomieni pojawiła się ponownie…
***
Wysoka, nieregularna wieża, zdobiona wizerunkami różnych maszkar i gargulców, zwieńczona kopułą w kształcie rogatej czaszki. Mnóstwo różnorodnych budowli przypominających miniaturowe, mroczne świątynie wokół niej. Poczwórny, kamienny pierścień murów okalający miasto, na którym co sto metrów znajdowała się wieża strażnicza. I wreszcie fosa płynnego ognia dookoła, z jednym, jedynym mostem.
Tak Airyxowi i Dar’Achnisowi przedstawiała się stolica demonów, Arvoith, kiedy patrzyli na nią z pobliskiego wzgórza.
- Czy to nie dziwne, że On chce, byśmy wykradli coś z miasta demonów? – Rzekł mroczny elf.
- Może. Tak czy inaczej musimy wykonać zadanie.
- Hmm… Czaszka Quudaca. Jak ona może wyglądać? Z doświadczenia wiem, że potężne artefakty posiadają często mylące nazwy. Kto by pomyślał na przykład, że Aura Savraheta, którą zdobyliśmy jakiś czas temu, to zaklęta zbroja?
Airyx spytał nagle, nie odrywając wzroku od leżącego w dole Arvoith:
- Czy wiesz, kto to był Quudac?
- Oczywiście – parsknął Dar’Achnis. – To jeden z dwudziestu ośmiu demonicznych lordów Piekielnego Królestwa. Pochodził z Legionu Agonii i nosił tytuł Dręczyciela. Zstąpił na ziemię jako władca Arvoith, ale zginął w wielkiej bitwie z orkami i minotaurami. My, mroczne elfy, doskonale wiemy takie rzeczy, gdyż demonologia to dość bliska nam sztuka.
- ÂŚwietnie. Powinieneś więc także wiedzieć, że czaszka ze śmiertelnej powłoki, którą przybrał Quudac zstępując na śmiertelny plan, to klucz podtrzymujący Mroczny Portal – bramę międzywymiarową, przez którą demony przybywają na Thanrys. Z całą pewnością przechowują ją na szczycie centralnej wieży.
- Dar’Achnis uśmiechnął się i rzekł:
- Zatem chodźmy po nią i wymordujmy wszystkich, którzy staną nam na drodze.
- Owszem, pójdziemy, ale będziemy trzymać się planu. Jasne?
- Ech… Zgoda.
- Dobrze. Zaczynajmy więc.
Człowiek i mroczny elf zaczęli rzucać na siebie zaklęcia ochronne: Stalową i Kamienną Skórę, Lodową i Ognistą Tarczę, Ochronę przed wrogą magią. Na koniec Przyspieszenie Ruchów, wyciągnięcie broni i szybki bieg w kierunku miasta.
Mostu pilnowały dwa demony – gwardziści, ale szybkie cięcia Ostrza Oceanu i Płonącej Klingi usunęły ich z drogi. Kiedy dwie postacie przebiegały przez most, z pobliskich wież strażniczych na murach wystrzeliły magiczne pociski ametystowego koloru. Airyx i Dar’Achnis nawet nie zwrócili na nie uwagi, gdyż chroniły ich tarcze antymagiczne.
Przemknęli przez cztery bramy, uśmiercając pilnujących ich gwardzistów, po czym skierowali się w stronę posępnej wieży. Każdego demona, który nawinął im się pod ostrze wysyłali z powrotem do jego piekielnej sfery. Wrota do wieży zagrodził im jednak wielki, czarny demon z płonącymi skrzydłami, szykujący się do rzucenia jakiegoś potężnego czaru. Po sekwencji gestów, które potwór wykonywał, Airyx rozpoznał zaklęcie ÂŚmiertelnej Kuli Dezintegracji, przed którym nie chroniły żadne antymagiczne osłony.
- W górę! – Krzyknął do Dar’Achnisa.
Demon cisnął wielki pocisk emanujący zieloną poświatą, pędzący z zawrotną prędkością tuż nad ziemią. Nim jednak dotarł on do celu, dwaj osobnicy w czarnych płaszczach skoczyli w górę, rzucając na siebie czar lewitacji.
- O mały włos – odetchnął z ulgą Dar’Achnis, po czym zwrócił swe czerwone, płonące żądzą mordu oczy na demona w dole. – Moja kolej!
Z jego wyciągniętej ręki wystrzeliła salwa ognistych kul. Wszystkie one uderzyły we wroga z pełną mocą, ale na potworze nie zrobiły najmniejszego wrażenia.
- Odporny na ogień – stwierdził z irytacją mroczny elf.
- Wobec tego ja to zrobię – rzekł Airyx.
Demon otworzył ohydną paszczę i zionął straszliwym, zielonym ogniem. Airyx przeciwstawił mu wielką wodną falę, którą wytworzył w dłoniach. Magiczne płomienie przeniknęły co prawda przez wodę, lecz rozbiły się na antymagicznej tarczy chroniącej człowieka, nie czyniąc mu najmniejszej krzywdy.
Bestia nie miała już tyle szczęścia. Niewrażliwa na ogień, posiadała natomiast wysoką podatność na wodę. Przygnieciona miażdżącą falą wody rozpłynęła się w nicość.
- Brawo, mistrzu Airyksie – klasnął w dłonie Dar’Achnis. – Ale tamci są moi.
Na dole, przed wejściem do wieży, zebrała się już spora grupa pomniejszych demonów, szykujących się do magicznego ataku. Mroczny elf także wykonał sekwencję znaków zaklęcia i po chwili na hordę potworów spadło pięć ognistych fal, które zakończyły ich przeklęte żywoty w straszliwej agonii.
- Wrażliwe na ogień – stwierdził tym razem z zadowoleniem Dar’Achnis, lubując się wrzaskami ginących demonów.
Tymczasem dwaj magiczni wojownicy dotarli na szczyt centralnej wieży Arvoith. Magicznymi uderzeniami uczynili wyrwę w ścianie i wkroczyli do Komnaty Czaszki.
Sala była całkowicie pusta, jedynie w jej centrum znajdował się piedestał, na którym spoczywała emanująca mroczną magią, czarna, rogata czaszka.
- To jest czaszka Quudaca? A gdzie ten słynny Mroczny Portal, przez który przybywają na Thanrys demony z Guthrei? – Spytał elf.
- Wrota międzywymiarowe znajdują się na dole, u podstawy wieży. Czaszka dla bezpieczeństwa trzymana jest na szczycie – wyjaśnił Airyx.
Po czym bez ostrzeżenia puścił lodową strzałę w przeciwległy kąt pokoju.
Demon, który czaił się w rogu musiał zasłonić się tarczą i rozproszyć swoją niewidzialność. Airyx i Dar’Achnis ujrzeli wysokiego, szczupłego humanoida zbrojnego w zaklętą tarczę i czarny sejmitar, o łuskowatej, czerwonej skórze, wyszczerzonych kłach i srebrnych źrenicach.
- Wykryliście mnie – zaśmiał się upiornie. – Ale lodowy pocisk to za mało, by zrobić krzywdę arcydemonowi Saatarahowi.
- To władca Arvoith, jak mniemam? – Powiedział Dar’Achnis. – ÂŚwietnie. Z przyjemnością go zabiję.
- Nie przeceniaj swoich możliwości. Pamiętaj z kim chcesz walczyć – upomniał go Airyx. – Zrobimy to razem.
Trzej przeciwnicy jednocześnie zerwali się z miejsc i doskoczyli do siebie. Arcydemon odbił tarczą cios mrocznego elfa i skrzyżował klingi z Airyxem. Odskoczył, uchylił się przed poziomym cięciem Rozcinacza Fal i pchnął sztychem w stronę Dar’Achnisa. Chybił jednak o włos i elf mógł wyprowadzić własne uderzenie. Przejechał czubkiem płonącego miecza po czole demona.
Stwór warknął i błyskawicznie skoczył w przód, uderzając Dar’Achnisa tarczą. Mroczny elf nie spodziewał się takiego obrotu spraw i przewróciwszy się na plecy poleciał parę metrów w tył.
Saataraha podbudowało to zwycięstwo, ale omal nie stracił przez tę chwilę nieuwagi głowy. Kiedy bowiem patrzył z satysfakcją na ranionego przeciwnika, Airyx zaatakował go z flanki, kierując szerokie ostrze miecza w stronę szyi demona. Potwór co prawda zdążył zablokować cios własną klingą, ale gdyby spostrzegł się ułamek sekundy później, walka byłaby zakończona.
Po krótkiej wymianie ciosów arcydemon ponownie musiał bronić się przed dwoma wrogami, gdyż do bitwy powrócił żądny zemsty Dar’Achnis, któremu uderzenie tarczą nie zrobiło zbyt wielkiej krzywdy. Trzy miecze i tarcza uderzały o siebie, krzyżowały się i śmigały w powietrzu, ze świstem je przecinając, w najróżniejszych układach i kombinacjach. Stopniowo jednak Saatarah musiał się cofać, aż w końcu dotknął plecami ściany wieży.
W mgnieniu oka demonowi wyrosły wielkie, czarne skrzydła, którymi smagnął swych wrogów. Uderzenie odrzuciło Airyxa i Dar’Achnisa w tył, lecz wcześniej zasłonili się mieczami i zdołali pokaleczyć potwora.
Wściekły arcydemon rzucił się na leżących, chcąc za wszelką cenę rozerwać ich na strzępy. Podniósł sejmitar w górę, ale w furii zapomniał zasłonić się tarczą. W tym momencie człowiek i mroczny elf poderwali się w górę i wyciągnęli przed siebie ramiona zbrojne w zabójcze ostrza. Zaskoczony Saatarah nie mógł już wykonać żadnego uniku i impetem nadział się na klingi Raasnatha oraz Ostrza Oceanu. Przez chwilę zastygł w bezruchu z wyrazem zdziwienia na swej ohydnej twarzy, a gdy ostrza zostały wyszarpnięte z jego ciała, osunął się bezdźwięcznie na ziemię.
- Sprawił trochę problemów, ale koniec końców nie był tak potężny jak się spodziewałem – stwierdził Dar’Achnis. – Ciekawe, że w walce nie przeszkodziły nam żadne inne demony. Dawno już powinny tu być, by bronić władcy.
Wtem otwarły się spiżowe wrota i do komnaty wpadła horda pomniejszych demonów.
- Wykrakałeś – mruknął Airyx.
- Owszem. I zajmę się nimi. Ty bierz czaszkę.
Airyx doskoczył do piedestału i chwycił artefakt, który o dziwo nie był chroniony żadnymi czarami. Tymczasem Dar’Achnis cisnął w potwory ognistą falę. Część z nich zginęła, reszta cofnęła się za bramę. Elf uśmiechnął się i wykonał znaki zaklęcia:
- Ognista ściana!
Wejście do sali zostało zablokowane przez prawdziwy mur płomieni. Dar’Achnis nie miał jednak zamiaru sprawdzać, które z potworów są odporne na ogień, a które nie. Poszedł natomiast w ślady swego towarzysza i teleportował się.
Obaj znaleźli się na tym samym pagórku, z którego obserwowali wcześniej Arvoith.
- Mamy czaszkę Quudaca. Wracamy? – Spytał mroczny elf.
- Ja mam jeszcze jedną sprawę do załatwienia.
- ÂŚwietnie. Zatem dotrzymam ci towarzystwa, jeśli pozwolisz.
Airyx wzruszył ramionami i zaczął schodzić ze wzgórza.
- Dokąd więc idziemy? – Zapytał Dar’Achnis, doganiając człowieka i wyrównując z nim krok.
- Do starych ruin Nekrotopii.
***
Iryx westchnął, gdy usłyszał, co go teraz czeka.
Zniszczenie kuli żywiołów dziesięć razy, a przy tym udoskonalenie posługiwania się dziką magią, zajęło mu tydzień miejscowego czasu. Nie miał pojęcia, jakiemu okresowi w rzeczywistości odpowiadał tutejszy siedmiodzień. Potem udało mu się wreszcie przejść dalej i po niezbyt długiej wędrówce nadeszła pora na drugi test.
Mag stanął przed lśniącym, okrągłym portalem zagradzającym drogę. Wtedy zjawił się awatar Novalasa, który wyjaśnił, co następuje:
- Za chwilę przez te wrota przejdzie sześć spaczonych żywiołaków. Istoty te są odporne na zaklęcia z wszelkich innych sfer, poza swoją własną. Oznacza to, że spaczonego żywiołaka ognia można zniszczyć tylko czarami ognia.
- Dziwaczne stworzenia – żachnął się Iryx.
- Twoim zadaniem jest je pokonać, a nie oceniać. Do roboty. Ach, jeszcze jedno: pozwoliłem sobie wzmocnić żywiołami magią. Nie wygrasz, używając tradycyjnych zaklęć. będziesz musiał je naładować chaotyczną magią. Powodzenia.
Awatar rozpłynął się w powietrzu, a Iryx odsunął się nieco od portalu i przygotował do walki. Poprzednia próba usprawniła jego kontrolę nad magią chaosu, więc sądził, iż poradzi sobie z jej zastosowaniem w czasie bitwy.
Z portalu wyłonił się pierwszy przeciwnik – żywiołak wody. Humanoidalna, dwumetrowa postać przez chwilę stała w bezruchu, jak gdyby niezdecydowana.
Iryx nie byłby sobą, gdyby nie wypróbował wpierw tradycyjnego czaru ziemi, aby przekonać się o prawdziwości słów starego szamana.
- Piaskowy podmuch!
Z dłoni czarodzieja wystrzeliła fala złocistego piasku i uderzyła w żywiołaka wody. Stwór powinien zmienić się w błotnistą breję, lecz wyglądał jak dawniej.
A zatem do dzieła, pomyślał Iryx i uniknąwszy wodnej kuli, cisnął w żywiołaka własną. Istota zachwiała się lekko, ale nie zrobiło to na niej większego wrażenia. Miast tego, posłała w tronę człowieka potężną wodną falę. Iryx natychmiast padł na brzuch i wykonał znaki zaklęcia.
- ÂŚciana ziemi!
Kamienny mur odgrodził go od spaczonego żywiołaka wody. Iryx cofnął się kilka kroków w tył i spokojnie skupił się na połączeniu mocy dzikiej magii z zaklęciem wodnej kuli.
Tymczasem żywiołak uderzył całą swoją mocą i zniszczył ścianę ziemi. Chwilę potem uderzyła w niego potężna, wodna kula i rozerwała go na strzępy – o ile można tak powiedzieć o istocie składającej się całkowicie z wody.
- Pierwszy z głowy – ucieszył się Iryx. – Kto następny?
Kolejny wyszedł żywiołak powietrza – przyjął postać wirującego wichru. Czarodziej ponownie odgrodził się ścianą ziemi, skoncentrował moc i zaczekał, aż żywiołak rozniesie barierę. Wtedy posłał w jego kierunku wietrzny podmuch. Stwór zniknął.
Z portalu wyłoniła się postać przypominająca człowieka, otoczona płomieniami.
- Kula ognia!
Przed Iryxem zjawił się olbrzymi potwór, którego ciałem było stwardniałe błoto.
- Pocisk ziemi!
Przez wrota przeszła istota z czystego, skrzącego się lodu.
- Kula mrozu!
Na koniec pojawił się barczysty niby golem osobnik, z głową uwieńczoną koroną błyskawic, a po jego ciele przebiegały wyładowania elektryczne.
- Grom!
Wszystkie spaczone żywiołami zostały pokonane, a portal zagradzający dalszą drogę zniknął. Iryx pomyślał, że ta próba była o wiele prostsza, szybsza i przyjemniejsza niż poprzednia. Zdziwiła go też sprawność, z jaką posługiwał się dziką magią, pomimo tego, że posiadał o niej jedynie szczątkową wiedzę.
- Cóż, widocznie mam talent… - Podsumował i zadowolony ruszył w dalszą drogę, ku ostatniemu sprawdzianowi swoich sił.
***
Valgas teleportował się z powrotem na ,,Dumę Gwainoru”, która dopiero co przybiła do portu w Telmirii. Kocur przecisnął się pomiędzy krzątającymi się po pokładzie ludźmi oraz elfami, i odnalazł swoich towarzyszy w jednej z kajut.
Kiedy wkroczył do pokoiku, wszyscy poderwali się z miejsc jak oparzeni. Z niecierpliwością oczekiwali na najnowsze wieści.
Valgas spokojnie wskoczył na jedno z krzeseł i ziewnął przeciągle. Znudzonym wzrokiem omiótł trzy twarze i rzekł:
- Jakieś pytania?
- Co z Iryxem?! – Wyrwała się Shimaria.
- ÂŻyje i ma się dobrze – odparł Chowaniec. – Obecnie rozwija swój talent, który odkrył podczas walki z Zelghashem, ćwicząc pod okiem szamana Drakan. Niedługo będziesz mogła osobiście z nim porozmawiać, bowiem zaraz się tam udajemy.
- Dlaczego? – Spytał elf Sullimin.
- Nadchodzi czas rozstrzygnięcia – odrzekł tajemniczo Valgas. – Rozejrzałem się trochę po świecie i zaczerpnąłem wiadomości. Nie są zbyt wesołe. Błękitne Ostrze przechodzi z fazy przygotowań do etapu działań. Zaczną realizować swój plan szybciej, niż zdołamy się spostrzec. Musimy doprowadzić do konfrontacji i spróbować im przeszkodzić.
- My?! – Wybuchnął rycerz Fortein. – A co my możemy im zrobić?!
- Właśnie – westchnęła kapłanka. – Bądź co bądź jest to dziewiątka potężnych magów – wojowników.
- Ăsemka poprawił czarny kot.
- Co?
- Komuś tu chyba stępiał słuch ostatnimi czasy. Mówię, że zostało ich ośmiu. Albowiem śmierć poniósł półsmok Zelghash, a powiadam wam, że nim dojdzie do ostatecznej bitwy jeszcze co najmniej jeden czarny płaszcz straci właściciela.
Kot zaczął lizać łapę. Był to znak, że ten wątek został zakończony. wszyscy więc cierpliwie czekali na rozwój sytuacji.
- Co do ciebie – podjął Valgas, zwracając się do Forteina – los przeznaczył ci inne zadanie. Do twego ojczystego miasta zbliża się wielka armia nieumarłych. Będziesz tam potrzebny, rycerzu.
- A zatem muszę natychmiast się tam dostać! – Wykrzyknął wojownik.
- Jak sobie życzysz – odpowiedział kot i wtem rosła postać Forteina zniknęła. Na twarzy Shimarii i Sullimina odmalowało się zaskoczenie tym nagłym zdarzeniem.
- Co to miało być? – Spytał elf, szybciej otrząsając się ze zdumienia. – Nawet się nie pożegnaliśmy…
- Nie warto. Tylko byście za nim bardziej tęsknili. – Odparł cicho Valgas, jednak ani Sullimin, ani kapłanka nie zrozumieli prawdziwego sensu tych słów.
- No dobrze. Wiesz coś o obecnych działaniach Błękitnego Ostrza?
- A jakże. W tej chwili Ostrze powinno już być w posiadaniu wystarczającej ilości mocy zamkniętej w legendarnych artefaktach, a jeśli nie, to będzie niebawem. Wtedy wyzwolą ją, aby osiągnąć swój cel, który na pewno nie wróży dobrze przyszłości Thanrys.
- Cóż to za złowieszczy cel? Znasz go?
Valgas uśmiechnął się.
- Znam. Ale wy się jeszcze nie dowiecie.
- Valgasie! – Wykrzyknęła Shimaria.
Chowaniec spojrzał na nią takim wzrokiem, że natychmiast skuliła się na krześle, przytłoczona i zgromiona jego spojrzeniem.
- I wam zostanie to wyjawione, gdy nadejdzie pora. Zbliża się czas rozwiązania wszystkich tajemnic. Albowiem węzeł krępujący zagładę świata wciąż spoczywa niezerwany, lecz podnosi się nad nim ostrze miecza barwy błękitu, aby go przeciąć. Któż zdoła powstrzymać cios i czy jest w mocy to uczynić?
Nim jeszcze pytanie to zdążyło przebrzmieć, kot, elf i człowiek zniknęli.
***
Ten wieczór był wyjątkowo zimny. Dwóch gwardzistów strzegących prymitywnego posterunku na granicy wielkiej puszczy Velmarillis i Wschodniej Pustyni, złożonego z drewnianego baraku oraz małego ogniska, otuliło się w ciemnofioletowe płaszcze. Kolor ten reprezentował oddziały straży yrmiańskiej. Dwaj posterunkowi byli bowiem mrocznymi elfami ze stolicy tego ludu, Yrm. Sieć prostych, małych czujek rozciągała się na całej zachodniej granicy państwa mrocznych elfów, od Wybrzeża Serin na północy kontynentu, do zatoki o nazwie Paszcza Hipogryfa na południu.
ÂŻołnierze grzali się przy ogniu, milczący i przygnębieni. Chłodny wiatr wiejący od strony Cienistego Nabrzeża wył w koronach olbrzymich drzew, a ciemne chmury na niebie zwiastowały deszcz. Delficcy gwardziści spojrzeli na siebie czerwonymi oczyma i zgodnie stwierdzili, iż lepiej będzie przesunąć się w głąb baraku. Nim jednak zdążyli wstać z pni ściętych drzew, służących im za siedziska, spadł na nich z góry dziwny, srebrzysty pyłek.
Wojownicy zerknęli w górę i ujrzeli sporego, kolorowego motyla, który zataczał nad nimi kręgi.
- Motyl w nocy? – Rzekł ze zdziwieniem jeden z elfów.
- Co do…
Nagle obaj poczuli ogromne znużenie i senność. Zanim zdołali jakoś zareagować na ogarniające ich zmęczenie, bezwładnie osunęli się na miękką trawę, pogrążeni w słodkim zapomnieniu snu.
W kręgu światła rzucanego przez ognisko stanęły dwie wysokie, smukłe postacie odziane w czerń. Wyższa z nich wyciągnęła rękę i motyl usiadł na wierzchu jej dłoni. Po kilku sekundach dłoń zacisnęła się w pięść, a osobnik ów rzekł:
- Fortel się udał.
- Twoje pomysły zawsze są genialne, kochanie – odparł jego towarzysz – a raczej towarzyszka, na co wskazywał melodyjny, kobiecy głos.
Osobnicy podeszli do nieprzytomnych gwardzistów. Pierwszym z tej dwójki był wysoki elf Thramindel, o jasnych blond włosach i szafirowych oczach. W lewej ręce trzymał pięknie zdobioną, długą włócznię. Miał smutną twarz i głębokie, zamyślone spojrzenie. Zdawał się niewiele zważać na to, co mówi jego partnerka.
A była nią ludzka kobieta o imieniu Ravinna. Miała ciemnoniebieskie oczy zapatrzone w Thramindela niczym w bóstwo, i długie, ciemne włosy, które nosiła rozpuszczone. Z jej uroczym uśmiechem na jasnej twarzy wydawała się wcieleniem niewinności. Ogólny efekt psuły jednak trzy rzeczy: pogardliwe i drwiące nastawienie do otoczenia, źle kojarzący się czarny płaszcz z emblematem Błękitnego Ostrza, oraz wielka, srebrna halabarda zaklęta magicznie. Ta brutalna broń ostro kontrastowała z delikatnym wyglądem kobiety.
Thramindel i Ravinna zdjęli fioletowe płaszcze ze śpiących strażników, narzucając je na siebie i mocno naciągając kaptury na głowy.
- Za gorąco mi w dwóch płaszczach naraz – skrzywiła się Ravinna.
- Nie narzekaj. Nie będziesz musiała długo tego nosić. Chodźmy.
- A co z nimi? – Spytała kobieta, wskazując grotem swej broni na jednego z mrocznych elfów.
Thramindel zamarł w pół kroku i zesztywniał. Pozostał w tej pozycji przez dłuższą chwilę, po czym rzekł cicho:
- Zostaw ich.
Ravinna odetchnęła ciężko. Doskonale wiedziała, co czuł Thramindel; mroczne elfy ciągle toczyły z jego ludem krwawą wojnę, bezlitośnie tępiąc szlachetny ród wysokich elfów. Darowanie życia znienawidzonym wrogom musiało wiele kosztować Thramindela.
- jestem z ciebie dumna, moje elfiątko – zachichotała i wraz ze swym partnerem teleportowała się.
Wylądowali przed bogatym domem w Yrm – wielkim mieście, sercu państwa mrocznych elfów. Właśnie zaczął padać deszcz i z ulic zaczęli znikać ostatni przechodnie. Alejkami przemykali jeszcze gdzie niegdzie miejscy strażnicy. Dopiero gdy okolica opustoszała, Thramindel i Ravinna ruszyli w stronę Mrocznej Wieży – siedziby władcy Yrm, Kargotha.
Nikt ich nie zatrzymał. Nikt ich nie zaczepił. yrm wydawało się miastem umarłych. Czasem gdzieś w pobliżu przemknął jakiś mroczny elf, lub przemaszerował oddział straży, lecz widząc fioletowe barwy yrmiańskiej gwardii, nie zwracali na nich większej uwagi.
Nie niepokojeni dotarli do Wieży i doszli aż pod same drzwi głównej sali, gdzie urzędował Kargoth. Tam jednak zaczęły się problemy, bowiem czterej elitarni strażnicy pilnujący wrót skrzyżowali przed nimi swe czarne włócznie.
- Stać! Kim jesteście? – Spytał ostro kapitan gwardii.
- Przybywamy z Venomine. Mamy audiencję u lorda Kargotha. – Odparł Thramindel. Głęboko naciągnięte kaptury fioletowych płaszczy skrywały w cieniu twarze jego i Ravinny.
Kapitan rzucił szybko okiem na broń, którą trzymali.
- To nie jest oręż mrocznych elfów. Wasz podstęp nie zadziałał, intruzi. Zaraz…
- Zapętlona błyskawica!
Z prędkością pikującego sokoła Ravinna wyprostowała przed siebie rękę, kierując ją w tronę najbliższego przeciwnika. Z jej dłoni wystrzelił piorun, który trafił w kapitana straży, a następnie przeskoczył po kolei na każdego gwardzistę. Cała czwórka padła w drgawkach na podłogę z czarnego bazaltu.
- Czy tam w środku będzie ich więcej? – Zapytała Ravinna.
- Nie. Kargoth zawsze przebywa sam w swej komnacie.
- ÂŚwietnie. w takim razie pokonanie go nie sprawi nam kłopotów.
- ÂŻebyś się nie zdziwiła... – Uśmiechnął się lekko elf.
Pchnęli żelazne odrzwia i weszli do okrągłej, obszernej sali ozdobionej posągami demonów i potworów. Pomiędzy nimi rozpięta była olbrzymia pajęczyna. Jako, że rzeźby stały w okręgu przy ścianie, pajęczyna ta tworzyła rodzaj ogrodzenia, osłony. W głębi komnaty stała większa, wyróżniająca się statua, przedstawiająca jakiegoś boga mrocznych elfów, który w złożonych dłoniach trzymał jarzący się fioletem kryształ. Przed tym posągiem znajdował się półokrągły podest, na nim zaś stał Kargoth.
Był to wysoki na trzy metry drider – istota o górnej połowie ciała mrocznego elfa, zaś dolnej pająka. Nosił on długie, rozpuszczone srebrne włosy i mithrilową koronę. Muskularnego torsu oraz ramion nie okrywał żaden pancerz.
- To.. To potwór – syknęła Ravinna. a jej twarzy wyjątkowo nie gościł tym razem uśmiech.
- Bardzo odkrywcza uwaga – stwierdził Thramindel.
- Ach, intruzi – rzekł leniwie Kargoth, patrząc na nich czerwonymi oczyma. – ÂŚwietnie. Zażyję trochę rozrywki.
- Jakbym słyszał Zelghasha – mruknął Thramindel. – A te czerwone oczy przypominają mi…
Jego twarz wykrzywił grymas gniewu, gdy oczami wyobraźni ujrzał znienawidzonego Dar’Achnisa. Tymczasem drzwi za plecami jego i Ravinny zamknęły się z trzaskiem.
- Po coś tu przyszedł, mały elfie? – Zaszydził kargoth. – Zaiste, wysokie elfy to najgłupsza z ras na Velmarillis. Już leśne elfy mają od was więcej rozumu.
- Jak śmiesz! – Krzyknęła Ravinna i cisnęła w dridera piorunem. Władca Yrm przyjął go na siebie i wyszedł z tego bez szwanku.
- To miał być elektryczny cios? – Zasmiał się. – Pokażę ci, jak wygląda prawdziwe zaklęcie z tej sfery magii!
Z obydwu dłoni Kargotha wystrzeliły czarne błyskawice wymierzone w kobietę i elfa. Oboje uniknęli uderzenia, ale moc tych ładunków była niezwykle potężna.
Ravinna ruszyła w kierunku przeciwnika, szykując się do zadania ciosu znad prawego ramienia. Kargoth wykonał w tym czasie kilka magicznych pieczęci i otoczył się elektrycznym polem siłowym.
- Tarcza błyskawic? – Szepnęła Ravinna i natychmiast się zatrzymała. Kargoth znów cisnął czarnym gromem i wojowniczka musiała się cofnąć.
W tym czasie Thramindel wykonał długą sekwencję znaków i rzekł:
- Wrota żywiołów: sfera błyskawicy.
W połowie odległości pomiędzy nim, a władcą mrocznych elfów zmaterializowała się brama międzywymiarowa, z której wyszły cztery żywiołami błyskawic.
- Przyzwałeś żywiołami burzy, bo wiesz, że moje czary na nie nie podziałają – zaśmiał się Kargoth. – Pomysłowe. Zapomniałeś jednak, że chroni mnie teraz tarcza błyskawic i ja również jestem odporny na ich ciosy.
- Mamy zatem pata – stwierdził sucho wysoki elf.
- Nie wydaje mi się. Ostrze Burzy!
W ręku dridera pojawił się migoczący miecz błyskawic. Poruszając swymi ośmioma odnóżami Kargoth z zadziwiającą szybkością znalazł się przy żywiołakach. Istoty zaczęły razić go piorunami, lecz tarcza błyskawic wszystkie wchłonęła. Tytan podniósł magiczne ostrze i ciął pierwszego przeciwnika.
O dziwo żywiołak padł, rozcięty na pół. taki sam los spotkał pozostałą trójkę.
- To niemożliwe – zdumiała się Ravinna. – Miecz Błyskawic nie powinien uczynić im krzywdy! To jest czysto magiczny oręż, a nie zwykłe zaklęte ostrze i nie miał prawa zranić żywiołaków! Jak więc…
- Wygląda na to, że Kargoth posiadł rzadki talent doładowywania magią swoich czarów – stwierdził Thramindel, a następnie zwrócił się do Kargotha. – Wlałeś w czar Ostrza Burzy sporo swojej many i wzmocniłeś żywioł błyskawicy. A wiadomo, że piorun może pokonać piorun, jeżeli będzie posiadał potężniejszą moc.
- Rozprawiasz o rzeczach oczywistych – zaśmiał się tytan. – To są podstawy, które zna każdy adept sztuk magicznych.
- Więc mam rację?
- Częściowo. Mam zdolność wlewania many w czary, niczym dziki mag, ale nie jest to mój osobisty talent. Moc tę daje mi moje berło.
Tu Kargoth wskazał za siebie, na fioletowy kryształ w objęciach posągu.
- To jest berło Kargotha? – Zdziwiła się Ravinna.
Wtem Thramindel z zadziwiającą prędkością cisnął swoją włócznią w dridera. Kargoth próbował uniknąć pędzącego żądła śmierci, lecz było za późno. Grot i drzewce weszły głęboko w pajęczy odwłok.
Władca mrocznych elfów zawył z bólu, ale nie miał wiele czasu na rozważanie swego cierpienia, albowiem doskoczyli do niego Ravinna z halabardą i Thramindel, który wyczarował sobie meteorytową maczugę. W dodatku tarcza błyskawic przestała już działać, a Ostrze Burzy zdematerializowało się.
Kargoth spróbował jeszcze miotać czarne gromy, ale kobieta i elf zręcznie ich unikali. Drider otrzymał kilka miażdżących ciosów maczugą, a ostrze halabardy cięło go w pierś. Pajęcze odnóża rozjechały się w przeciwne strony i odwłok ciężko upadł na ziemię. Widząc zbliżającą się klęskę, Kargoth podjął ostatnią próbę obrony. Złożył ręce i rzekł:
- Gniew burzy!
Ravinna wykazała zaskakujący refleks i rzuciła czar obszarowej ochrony przed elektrycznością, nim atak przeciwnika zadziałał. Z ciała tytana rozeszły się promieniście na wszystkie strony oślepiające błyskawice. Objętym ochronną tarczą Ravinnie i Thramindelowi nic się jednak nie stało.
Kobieta podeszła do klęczącego Kargotha z uniesioną halabardą, gotowa zadać ostateczny cios i ściąć mu głowę.
- Zaczekaj – rzekł twardo Thramindel.
- Czemu, kochanie?
- Nie ma sensu go teraz zabijać. Dopóki berło Kargotha spoczywa nienaruszone na swoim miejscu, on będzie w stanie się odrodzić. Ten artefakt zapewnia mu nieśmiertelność.
- Więc weźmy berło i potem go wykończmy.
- W tym cały problem. Berło ma unikalną naturę i jedynie Kargoth może go dotykać. Czerpie ono z jego mocy, która daje siłę nałożonej na berło klątwie: ktokolwiek by dotknął go poza Kargothem, zginie na miejscu.
- Zatem jak mamy…
- Oczywiście po śmierci tego mrocznego elfa klątwa zniknie, gdyż straci źródło swej mocy – kontynuował Thramindel. – Póki co jednak, Kargoth potrzebny jest nam żywy.
- Jak zamierzasz mnie zmusić do współpracy, wysoki elfie? – Zaśmiał się słabo tytan.
Odpowiedzią Thramindela były znaki zaklęcia i wymówienie jego nazwy:
- Pełzające pnącza.
Z obydwu dłoni elfa wypełzło kilkanaście zielonych, mocnych pnączy, które oplotły Kargotha. Wykonując przemyślane ruchy rękoma, Thramindel, niczym władca marionetek w teatrzyku lalek, zmusił dridera, by dotarł do rzeźby trzymającej klejnot. Pnącza przesunęły się na prawą rękę Kargotha i uniosły ją. Pokonany, wściekły tytan mógł jedynie patrzeć, jak jego ramię sterowane przez inteligentne rośliny sięga po fioletowy kryształ i kładzie go u stóp posągu.
Kiedy berło spoczęło na podłodze, utraciło swój blask. Sfera nieśmiertelności Kargotha pękła. Thramindel machnął ręką i zabójcze pnącza owinęły się driderowi wokół gardła, stopniowo się zaciskając.
- Ty… - Wydusił Kargoth i posłał elfowi spojrzenie pełne nienawiści. Potem osunął się w konwulsyjnych drgawkach na ziemię i skonał.
Thramindel wyminął zwłoki władcy Yrm i podniósł klejnot, teraz lekko matowy, lecz wciąż emanujący mocą.
- Może teraz… Mój lud będzie miał większe szanse na wygraną w tej wojnie… - Wyszeptał, ściskając w dłoni berło.
- Wszystko w porządku, kochanie? – Spytała Ravinna.
- Tak. Chodźmy już.
***
Godzinę później wszystko stało się jasne.
W siedzibie Błękitnego Ostrza przebywało siedem osób. Wszyscy przybywali tu sukcesywnie.
Pierwsi wrócili Ranivon i Invrahet. Przynieśli Różdżkę Arcylisza z Baszty ÂŚmierci. Nie mieli żadnych problemów z jej zdobyciem, gdyż władca nieumarłych – Lord Zagłady – zawarł sojusz z Ostrzem i chętnie zgodził się użyczyć tego artefaktu.
Kolejni przybyli Khagaz z Gharrodem, przynosząc królewską Wierność z Sirii, za którą zapłacił życiem król Gwainoru, a ork okupił wieloma ranami.
Pół godziny potem zjawili się Thramindel i Ravinna z Berłem Kargotha.
- Doskonale – stwierdził Przywódca. – Wszyscy wywiązaliście się ze swoich zadań.
- Zaraz, a gdzie Airyx i Dar’Achnis? – Spytała Ravinna.
- Otrzymałem od nich telepatyczną wiadomość o drobnym opóźnieniu. Wkrótce dostarczą nam Czaszkę Quudaca.
- ÂŚwietnie. i co teraz? – Wtrącił Gharrod, który czuł się już o wiele lepiej. Magia natury Thramindela wyleczyła jego obrażenia i zdecydowanie poprawiła humor.
- Wprowadzimy w życie końcowy etap planu – odparł Lider. – Ruszamy na Ziemie Cienia, razem ze wszystkimi artefaktami, które zgromadziliśmy. Tam nikt nam nie przeszkodzi. Jedyne istoty, jakie zamieszkują ten kontynent, nieumarli, są po naszej stronie. Będziemy więc mieć pewność, że o
Airyx:
Będziemy więc mieć pewność, że odniesiemy sukces. Airyx i Dar’Achnis dołączą tam do nas.
- Zbierajmy się – rzekł Khagaz.
- Tak – powiedział Ranivon. – Na Ziemie Cienia, gdzie pod Czarnym Szczytem wypełni się rytuał wezwania Ponadczasowego.
***
- Most się skończył. Cóż za zaskoczenie.
Iryx dotarł do ostatniej komnaty. Była to wielka arena, a ściany wokół niej ozdobiono płaskorzeźbami, obrazującymi zarówno pojedynki wojowników, jak i potyczki magiczne czarodziejów. W sali tej znajdowały się także wrota zamykające wyjście, przed nimi zaś stał Novalas, stary szaman Drakan.
Czarownik uśmiechnął się, usłyszawszy komentarz młodego mężczyzny, po czym oświadczył:
- Oto końcowa próba twoich zdolności: pojedynek z zastosowaniem dzikiej magii. Dwóch magów chaosu przeciw sobie. Poddam ostatecznej ocenie twoje zdolności i wydam osąd.
- Czy starcie dwóch takich mocy nie wywoła katastrofy? – Zaniepokoił się Iryx.
- Już ci mówiłem, że działa tu potężna, starożytna magia, tłumiąca inne energie. Jeżeli sam świadomie nie wyzwolisz ogromnej mocy w celu siania zniszczenia, to nie masz się o co martwić.
- No to zaczynajmy. Broń się!
Iryx cisnął w szamana białą kulę czystej magii chaosu. Novalas stworzył jednak ochronną tarczę z tego samego typu magii i zniwelował efekt ataku.
- Nie bądź taki zapalczywy, chłopcze – zaśmiał się szaman. – I nie marnuj energii. Skup się, skoncentruj na tym co robisz, a zwyciężysz bardzo szybko. Teraz moja kolej!
Wielki magiczny pocisk śmignął przez środek areny, ale Iryx uskoczył przed nim. Wiedział, że aby przebić tarczę z dzikiej magii, atakując również dziką magią, musi włożyć w uderzenie więcej mocy, niż Novalas włożył w swoją barierę. Skoncentrował się więc i wywołał potężne uderzenie w kształcie fali. Szaman jednak wlał w swoją tarczę więcej energii i ponownie zanegował atak. Zaraz potem kontratakował, formując chaotyczną magię w pięć szkarłatnych kul, które wystrzelił z palców prawej dłoni.
Iryx błyskawicznie uczynił to samo i dziesięć pocisków zderzyło się w powietrzu, wybuchając z hukiem, aż komnata się zatrzęsła, a z sufitu posypał się drobny gruz.
- Bardzo ładnie – stwierdził stary czarownik. – Zobaczmy teraz, czy potrafisz pociągnąć to dalej i uczynić z czarowania zapierającą dech w piersiach sztukę.
Iryx uważnie obserwował, co czyni szaman, gotów wykonać dokładnie to samo. Novalas wystrzelił z brązowej dłoni zieloną wiązkę promieni, przypominającą długiego, wężowego smoka. Młody mag też wezwał moc w takiej postaci i przeciwstawił ją przeciwnikowi. Dwa magiczne smoki starły się ze sobą, splatając się i lecąc w górę, aż uderzyły w sufit i zniknęły, nie niszcząc jednak sklepienia.
Drakanin wyczarował srebrną włócznię i rzucił nią w Gwainorczyka, ten jednak zasłonił się złotą tarczą. Następnie Iryx stworzył zielony bicz o takiej długości, że nie ruszając się z miejsca mógł zaatakować Niovalasa. Szaman przywołał pomarańczowy, migoczący kij i zasłonił się nim. Bicz nawinął się na lagę, a Novalas szarpnął nią do tyłu, wyrywając go z ręki czarodzieja. Wtedy obie bronie zdematerializowały się.
Iryx tym razem spróbował prostego ataku kulą skumulowanej energii. Drakanin ponownie wzmocnił tarczę obronną i wchłonął uderzenie. Kolejna kula wypuszczona przez Iryxa była większa i potężniejsza, ale znowu rozbiła się o wzmocnioną barierę ochronną. Młody mag chciał wyczarować trzeci, najsilniejszy pocisk, lecz nagle uświadomił sobie, iż to nie ma sensu.
- To bezcelowe – rzekł. – Ja będę umacniał swoje ataki, a ty obronę, i tak w nieskończoność.
- Cha, masz rację. Widzisz więc, jak mógłby wyglądać pojedynek dwóch dzikich magów. Trwałby bez końca, chyba, że któryś z nich straciłby kontrolę nad zaklęciem i wywołał ogólną katastrofę. Bardzo dobrze, że umiesz wyciągać właściwe wnioski i wiesz, kiedy się poddać. Czasami bowiem ci co unikają walki, są mężniejsi niż najdzielniejsi wojownicy – no i na pewno roztropniejsi. Zwłaszcza, jeżeli unika się walki bezcelowej, która może się nigdy nie skończyć. Tak, czy inaczej, zdałeś test. Opanowałeś chaotyczną magię na tyle, by nie spowodować zniszczenia świata, a dość, by stosować ją w walce. Chodź ze mną.
Wrota się otwarły i dwaj magowie wyszli z tajemniczych podziemi. Znaleźli się w olbrzymich ruinach starożytnego miasta zbudowanego wieki temu na piaskach pustyni.
- Czy to… - Zaczął zachwycony widokiem Iryx.
- Tak. To prastare ruiny Nekrotopii, miasta zamieszkiwanego przez wymarły już ród nekromantów. – Wyjaśnił Novalas.
Wtem zza rozsypującej się ściany budynku wyszły dwie postacie i kot. Iryx z radością powitał Shimarię, Sullimina i Vlagasa.
- Iryx! – Ucieszyła się kapłanka.
- Witaj, przyjacielu! – Powiedział elf.
Valgas przelotnie, bez słowa spojrzał na maga i przeniósł czujny wzrok na Drakanina.
Przyjaciół dzielił dystans kilkunastu metrów, lecz nim zdołali go przebyć i dotrzeć do siebie, drogę przecięła im ściana płomieni.
- Jakie urocze spotkanie. Wzruszające.
Wszyscy odwrócili się w stronę, z której dobiegł ten szyderczy głos. To, co ujrzeli, wywołało w nich mieszane uczucia. w Sulliminie wezbrała wściekłość. Shimaria była zdziwiona i przestraszona. Iryx także, ale jednocześnie ucieszył się z niespodziewanego zbiegu okoliczności. Natomiast Valgas oraz Novalas zareagowali zwykłą obojętnością.
Na dachu niskiej, kamiennej przybudówki stali Airyx i Dar’Achnis.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej