Forum dyskusyjne > Dyskusje na każdy temat
Opowieści z Thanrys
Airyx:
Opowieści z Thanrys: Thanryjski Epilog
Fordońska Nekrotopia. Miejsce, które zapisało się w historii Thanrys w dość dramatycznych okolicznościach.
To mroczne miasto założył ludzki ród nekromantów, którego nazwa nie zachowała się w annałach kronikarzy. Ponoć przybył on zza Gór Jałowych na południu, aż z nieznanej części planety, która zawsze pozostaje w magicznie stworzonym cieniu, choć Thanrys obraca się wokół własnej osi i posiada normalny cykl dnia i nocy. Nekromanci ci założyli na tej nieprzyjaznej ziemi potężne miasto, gdzie mogli bez przeszkód praktykować czarne sztuki.
Ujarzmili olbrzymie moce i zawładnęli śmiercionośną magią. Mówiono, że najsilniejsi z nich potrafili jednym zaklęciem położyć trupem legion wojska i wskrzesić poległych, jako swe nieumarłe sługi, kolejnym. Nekromanci popełnili jednak poważny błąd: tak bardzo skupili się na badaniach nad śmiercią i ożywianiu zmarłych, że nie pomyśleli nad odpowiednio mocną ochroną przed owocami swych eksperymentów.
Około sześciu i pół tysiąca lat temu nieumarli z Ziem Cienia podbili większą część Forlornii, w tym Nekrotopię. Czarna magia, którą dysponowali tamtejsi nekromanci nie była w stanie zbytnio zaszkodzić wielotysięcznej armii ożywieńców. Wszyscy mieszkańcy Nekrotopii zginęli, miasto zburzono, a księgi i zwoje zawierające całą wiedzę mistyczną zostały zabrane przez liszów i innych nieumarłych czarodziejów.
Pięćset lat zajęło ówczesnemu władcy ożywieńców – Lordowi Zagłady – przestudiowanie całej spuścizny Nekrotopian. odkrył on tajemne zapiski sporządzone przez najstarszych i najmędrszych z nich, traktujące o potężnym zaklęciu, mogącym zniszczyć świat. Zwano je Rozłamem.
ÂŚmierć wszystkich istnień świata była tym, do czego dążył Lord Zagłady. Postanowił więc rzucić czar Rozłamu, by osiągnąć cel w jednym, masowym kataklizmie. Inkantację przerwała jednakże interwencja pewnej gwainorskiej czarodziejki, która kosztem własnego życia zabiła władcę nieumarłych, gdy ten wypowiadał długą i skomplikowaną formułę zaklęcia.
Thanrys przetrwała, ale rozproszenie czaru wywołało pęknięcie w centrum olbrzymiego kontynentu, jakim wtedy były wszystkie lądy na tym świecie. Rozłam spowodował rozdzielenie owej thanryjskiej Pangei na pięć znanych dzisiaj kontynentów: mroźną Północną Krainę, cywilizowany Gwainor, lesiste Velmarillis, pustynną Forlornię oraz ponure Ziemie Cienia. Na zawsze widoczne więc będą efekty tego, co zdarzyło się sześć tysięcy lat wcześniej, a co zapoczątkowano w posępnym mieście Nekrotopia.
Tak przedstawiała się w skrócie historia miejsca, w którym obecnie nikt nie zamieszkiwał. Przebywało tam jednak kilka istot, których kręte ścieżki losu doprowadziły właśnie w to miejsce, w tym samym czasie. A byli to czterej ludzie, dwa elfy i jeden kot.
***
Ostatnią rzeczą, której Airyx mógł się spodziewać po młodszym bracie w takim momencie jak ten, był śmiech. Niezbyt głośny, ale dosadny i złowieszczy. A jednak Iryx śmiał się złowrogo, co zaskoczyło zarówno jego, jak i kapłankę, elfa oraz Drakanina na dole. Mimo to Airyx nie dał nic po sobie poznać, lecz cierpliwie czekał na jakieś wyjaśnienie tego dziwnego zachowania Koniec końców przyszło ono szybciej, niż sądził.
- Cóż za szczęśliwy zbieg okoliczności! – Rzekł młody mag ziemi. – Zjawiasz się w idealnej chwili, bracie!
- Mistrzu Airyksie, choć to twój brat, drażni mnie. Pozwól, że go uciszę – zaoferował Dar’Achnis, dobywając Raasnatha, Płonącej Klingi.
- Ty! – Wykrzyknął wściekły Sullimin. – Prędzej zmierzysz się ze mną, niż go tkniesz! Mam bowiem u ciebie dług i zamierzam go spłacić!
-A kimże jesteś, by mnie wyzwać, wysoki elfie? – Parsknął Dar’Achnis. – I cóż to za dług?
Pięść jednorękiego elfa zacisnęła się na rękojeści miecza.
- Zapomniałeś już, przeklęty pomiocie Kargotha?! Odrąbałeś mi ramię w grobowcu Salawona Zaklinacza i mam zamiar teraz ci za to odpłacić tym samym!
- Ach, to ty… - Zaśmiał się mroczny elf. – Wybacz mi mą niepamięć, lecz w swym życiu zabiłem i okaleczyłem tylu elfów, że nie sposób spamiętać ich wszystkich.
Szyderstwo to tylko podsyciło gniew i nienawiść Sullimina. Zamaszystym acz płynnym ruchem wyciągnął smukły, delficki miecz i powiedział hardo:
- No dalej, staw mi czoła w pojedynku! Jeden na jednego, bez pomocy magii! Niechaj przemówi zimna stal. A może się lękasz, skoro przypomniałeś sobie, kim jestem? Czy też braknie ci odwagi, bo bez czarów nie wygrasz? Odpowiadaj!
Teraz to twarz Dar’Achnisa wykrzywił gniewny grymas.
- Mam bać się ciebie, kaleko? Domagając się pojedynku ze mną zapraszasz śmierć, by zatopiła w twym karku swe zimne szpony. Z przyjemnością cię rozsiekam, jasnowłosa pokrako. Stawaj!
I z tymi słowami zeskoczył na ziemię.
- Chwila! – Zaprotestowała Shimaria. – Jaką mamy gwarancję, że nie uciekniesz się do magii?
- A jaką ja mam gwarancję, że któreś z was nie zaatakuje mnie podstępnie zaklęciami w wirze walki? – Odparł drwiąco pytaniem na pytanie mroczny elf. Po chwili rzucił na siebie tarczę antymagiczną. – Uczyń to samo z nim, ludzka kobieto – polecił. – Tak będzie sprawiedliwie.
Wciąż nieprzekonana kapłanka rzuciła na Sullimina ten sam czar.
- Wiesz co robisz? – Spytała. – Na pewno chcesz z nim walczyć?
- To sprawa honoru – odrzekł elf. – Czekałem na tę chwilę odkąd ów drań pozbawił mnie ręki podczas wyprawy do grobowca Salawona. Dziś mam okazję się zemścić, więc proszę, niech żadne z was się nie wtrąca.
-No dobrze…
- Pamiętajcie, że to honorowy pojedynek – rzekł Dar’Achnis – i zdecydowaliśmy się nie używać magii. Jeśli jednak ktoś z was spróbuje nam przeszkodzić i rozproszy moją tarczę zaklęć, by zaatakować mnie czarami i wspomóc tego tam… - wskazał mieczem na Sullimina, - to uznam wszelkie zasady za unieważnione i zabiję was wszystkich moją pełną mocą.
- I wzajemnie, potworze! – Odparła Shimaria. – Nie myśl sobie, że poszłoby ci tak łatwo! Jak śmiesz oskarżać nas o nieczyste zagrania i prawić o honorze, ty…
- Dosyć. – Uciął Sullimin. – Jak już powiedziałem, dajmy językom odpocząć, a niech wypowie się stal.
Dar’Achnis wyszczerzył jedynie białe zęby, które ostro kontrastowały z jego ciemnofioletową karnacją, w uśmiechu, po czym odszedł wraz z przeciwnikiem na bok, by mieć więcej miejsca do walki i aby pozostali nie przeszkadzali.
- Uważaj Sulliminie – szepnęła Shimaria. Odruchowo chciała go pobłogosławić, ale w porę przypomniała sobie o działającej tarczy antymagii.
Pozostali dotychczas w milczeniu przyglądali się całej scenie, znając reguły rządzące honorowymi pojedynkami szermierzy i nie wtrącali się. Iryx obawiał się z początku, ale kiedy mroczny elf przyrzekł nie korzystać ze swej mocy, uspokoił się nieco. Sullimin był wybornym fechmistrzem i z pewnością nie ustąpi łatwo pola Dar’Achnisowi.
Tymczasem mag ziemi miał własne problemy.
- Mówisz, że zjawiam się w idealnej chwili – rzekł głosem pozbawionym emocji Airyx. – Zechciej nieco przybliżyć twe zamysły.
Iryx uśmiechnął się i odparł:
- Stałem się silniejszy od naszego ostatniego spotkania. Dość silny, by wreszcie zmusić cię do wyjawienia mi wszystkich tajemnic. Wiesz oczywiście, jakie sekrety mam na myśli, bracie.
Airyx zmrużył swe zielone oczy, wpatrując się w niego przez dłuższą chwilę. W końcu odezwał się:
- Zatem masz szansę. Spróbuj i pokaż mi swą nową moc.
Masz ci los, zmartwiła się Shimaria. Kolejna bliska mi osoba staje oko w oko ze swym przeznaczeniem.
W tym momencie pojawił się obok niej Valgas.
- Wydaje mi się, że powinniśmy pomyśleć także o swoim bezpieczeństwie. Za mną, kapłanko.
Chowaniec poprowadził ją za ścianę jednej ze zrujnowanych budowli, gdzie ukrył się już stary szaman Novalas. Ostrożnie wychylając się zza węgła cała trójka uważnie obserwowała przygotowania do dwóch pojedynków: jednego wynikłego z nienawiści i zemsty, drugiego zaś z rozpaczliwej chęci poznania prawdy.
***
Fortein znalazł się na obszernym , brukowanym dziedzińcu przed zamkiem. Wokół krzątało się mnóstwo ludzi, ale wszystkich tak absorbowało jakieś niezwykle ważne zajęcie, że nawet nie spostrzegli nagłego zmaterializowania się wśród nich rosłego rycerza. Fortein dopiero po chwili uprzytomnił sobie, iż jest w swym ojczystym mieście: Maykeep. Był to dość spory gród, położony na zachodnim wybrzeżu Gwainoru, nad Zatoką Gwiazd, na południe od dwóch dużych wysp zwanych Szczękami Burzy. Położenie geograficzne Maykeep powodowało izolację tego miasta, bowiem na zachód od niego ciągnęły się bezkresne wody oceanu, a na wschodzie wznosiły się góry Barad Dumyr, zamieszkane przez niezbyt przyjaźnie nastawione krasnoludy. Pozostawały kierunki północny i południowy, lecz tam w promieniu wielu staj nie było żadnych większych osiedli, a jedynie nieliczne wioski rolnicze. Mimo to gród dawał sobie jakoś radę i całkiem sprawnie prosperował w Królestwie Gwainoru.
Wiedząc, że obywatele szykują się do bitwy z nieumarłymi, Fortein postanowił rozeznać się w sytuacji. W tym celu pobiegł przez miasto i dzięki paru pomocnym przechodniom odszukał znajomego generała imieniem Draviken.
Był to starszy człek o posiwiałej brodzie i włosach, wciąż jednak krzepki i pełen wigoru. Fortein nie spodziewał się zastać go inaczej, aniżeli tak jak teraz: na murach, wśród obrońców, w pełnym uzbrojeniu, gotowego odrąbać jak najwięcej ohydnych głów ożywieńcom. Draviken posiadał imponującą, błękitną zbroję płytową, wysoki szyszak przyozdobiony pióropuszem, a w dłoni dzierżył egzotyczną odmianę halabardy o długim, stalowym drzewcu i ostrzu w kształcie liścia dębu. I choć do posługiwania się nią potrzebował obu rąk, stary wiarus miał także zapewnioną solidną obronę, albowiem do przedramion przymocował sobie dwa małe, stalowe puklerze.
Surowa twarz weterana koordynującego działania swych podkomendnych rozchmurzyła się na widok Forteina.
- Fortein, chłopcze, witaj! – Zawołał. – Długo cię nie było w Maykeep. Rychło w czas się zjawiasz. Mamy tu niezłą hecę.
- Generale – rycerz skłonił się z szacunkiem. – Jaka jest sytuacja?
- Wyjrzyj za blanki, a zrozumiesz.
Wojownik przechylił się przez mur i omiótł wzrokiem okolicę. Jak okiem sięgnąć, wokół miasta rozłożyła się wielka armia nieumarłych. Czarne mrowie ożywieńców otoczyłó śmiertelnym półokręgiem gród i wzięłó go w żelazne kleszcze. Wrogie oddziały tłoczyły się wokół Maykeep od jednego brzegu Zatoki Gwiazd do drugiego. Trzymały się w bezpiecznej odległości, poza zasięgiem łuków, kusz, czy magicznych ataków czarodziejów.
Przymrużając oczy Fortein mógł rozróżnić poszczególne monstra wchodzące w skład piekielnej armii. Widział sformowane oddziały szkieletów w resztkach pordzewiałych zbroi, o upiornie uśmiechniętych czaszkach, pomiędzy którymi przemykały grupki wygłodniałych ghuli i ślamazarnych zombie. Rycerz spostrzegł także kilka cieni – upiorne, półprzeźroczyste postacie całkowicie owinięte ciemnymi płaszczami. Ponadto ożywieńcy sprowadzili pod mury prymitywne, niedbale skonstruowane katapulty i tarany. Nie zauważył jakiś groźniejszych i potężniejszych stworów, ale domyślał się, że oblegający wyciągną atuty z rękawa dopiero w trakcie ofensywy.
- I jak? – Zapytał ponuro Draviken.
- Nieciekawie – stwierdził Fortein. – Jakie są siły obydwu stron?
- Co do zdechlaków to szacujemy je na około pięćdziesiąt tysięcy. Składają się głównie z tego, co zauważyłeś gołym okiem. Pewną pociechą jest to, że nie dostrzegliśmy wśród nich jak dotąd żadnych magów, typu liszów. Możemy im przeciwstawić w sumie niecałe dziesięć tysięcy ludzi, w tym głównie pieszych: miecznicy, łucznicy, kusznicy, włócznicy… Ogólnie zbrojni każdego typu. No i dwudziestkę magów. Do tego tysiąc konnych, ale wątpię, czy przydadzą się podczas oblężenia. Na murach stoi też dziesięć balist, lecz to za mało, by poczynić jakieś większe szkody w szeregach wroga. Wspomagać nas będzie także pięćdziesięciu kapłanów świątynnych.
- Hmmm… - Mruknął Fortein, analizując skład wojsk broniących Maykeep. – Dysponujemy siłami ponad pięć razy mniejszymi niż ich…
- Niestety – kiwnął smętnie głową generał. – Ale to nie wszystko. Nasi zwiadowcy donieśli, że to tylko część większej armii. Podzieliła się ona na cztery legiony; jeden widzisz przed sobą, drugi pomaszerował do Lirei na północ, trzeci obrał kurs na południe, do Westgate, a ostatni ruszył w stronę Barad Dumyr.
- W góry? Ale tam nie ma naszych osiedli. Czyżby chcieli także wojny z krasnoludami?
- Na to wygląda.
Fortein czuł się tak, jakby żywiołak mrozu zacisnął swą zimną pięść na jego żołądku.
- Czyli cała armia, która najechała Gwainor musi liczyć…
- Co najmniej dwieście tysięcy nieumarłych, zakładając, że podzielili się po równo – dokończył ponuro Draviken. – Miejmy nadzieję, że królestwo zaatakowano tylko z tej strony. Boję się pomyśleć co by było, gdyby jeszcze kilka takich diabelskich legionów zaatakowało inne regiony.
- Ale czemu tutaj? – Zastanawiał się rycerz. – Maykeep to praktycznie najbardziej na zachód wysunięte miasto w Gwainorze. Ziemie Cienia leżą tysiące kilometrów na południowy wschód stąd. Po drugiej stronie kontynentu i za Wielkim Morzem. Czy nie łatwiej byłoby nieumarłym zaatakować grody położone na wschodnim wybrzeżu, bliżej swoich terenów, takie jak Gares, Vys, czy Mystfell?
- A kto tam zrozumie działania tych bezmózgich truposzy – machnął ręką stary wódz.
- To się mija z wszelkim logicznym myśleniem i strategią – nie dawał za wygraną Fortein. – A poza tym, to jak dwustutysięczny pochód śmierci przebył niezauważony wszerz całe królestwo? Chyba, że znaleźli się od razu tutaj, teleportowani przez swoich magów.
- To by oznaczało, że wśród oblegających są czarodzieje. Paskudna perspektywa.
Rycerz zgodził się westchnieniem, po czym spytał:
- Czy znajdzie się dla mnie miejsce wśród twoich ludzi, generale?
- Oczywiście, chętnie powitam cię w swoim oddziale. Dobrych wojowników nigdy za dużo. Już wkrótce twój miecz siriańskiej roboty zakosztuje skrzepłej krwi ożywieńców.
- Z przyjemnością rozpłatam tyle ich zimnych ciał, ile tylko zdołam – oświadczył Fortein, rzucając jeszcze jedno spojrzenie na piekielne wojsko okrążające gród. – Jedno jest pewne: Na brak zajęcia narzekać nie będę.
***
Sullimin i Dar’Achnis stanęli w odległości dziesięciu metrów od siebie. Mroczny elf nie przyjął żadnej pozycji obronnej; lewą rękę oparł na boku, a prawą dzierżącą miecz opuścił luźno. Z uśmiechem wpatrywał się czerwonymi oczyma w swego przeciwnika, czekając na jego reakcję.
Gniew Sullimina nieco osłabł. Wiedział, że podczas tej walki musi myśleć jasno i szybko, inaczej czeka go druzgocąca porażka. Każdy rodzaj emocji byłby mu teraz przeszkodą. Oczyścił więc swój umysł i obserwował wroga, opracowując taktykę oraz poszukując słabych punktów.
Dar’Achnis używał krótkiego miecza o ostrzu długości osiemdziesięciu centymetrów. Smukły miecz Sullimina był dłuższy tylko o dwadzieścia. Problem polegał na tym, że Płonąca Klinga to miecz umagiczniony. Był wytrzymalszy od każdej zwyczajnej broni, a ponadto jego brzeszczot okalały magiczne płomienie. Wysoki elf musiał unikać zbliżania się do tego oręża, zarówno podczas wymiany ciosów, jak i blokowania. Musiał dokonać trudnej sztuki, jaką jest walka krótkim mieczem na dystans.
W kwestii ochrony, obaj szermierze prezentowali jednakowy poziom: jeden miał na sobie czarny płaszcz, drugi zieloną, haftowaną koszulę i proste, brązowe spodnie. Brak jakiegokolwiek pancerza czynił każde potencjalne zranienie groźnym. Tu powody do obaw miał szczególnie Sullimin: cios Raasnathem mógł spowodować rany kłute, cięte, ale także poważne oparzenia.
Na sam koniec wysoki elf porównał style walki. Brak lewej ręki stanowił oczywiście utrudnienie i Sullimin wolałby być w pełni sprawny, ale nauczył się już dobrze posługiwać bronią w tym stanie. Miał zamiar atakować szybko, celując tak, by zadać śmiertelny cios i czym prędzej zakończyć pojedynek. Im dłużej bowiem potrwa ta walka, tym większa szansa, że Dar’Achnis użyje którejś ze swych podstępnych sztuczek. Sullimin nie wątpił, że jego oponent jako mroczny elf zna wiele nieczystych zagrań i – znając jego sadystyczne skłonności – postara się zamęczyć przeciwnika.
Tyle teorii, pomyślał wysoki elf. Zobaczmy teraz, jak to wygląda w praktyce.
Sullimin zerwał się z miejsca i zaatakował. Piaszczyste, gorące podłoże utrudniało poruszanie się, ale elf potrafił stąpać lekko i zwinnie, tak, że na piasku pozostawiał ledwo zauważalne odciski butów. Największy talent do tego posiadały leśne elfy, gdyż one najbardziej szanowały przyrodę. Elfy wysokie radziły sobie z tym gorzej, natomiast okrutne mroczne elfy w ogóle nie zwracały uwagi na szkody, jakie wyrządzają naturze.
Cięcie eleganckiego miecza, skierowane w szyję, zostało zablokowane. Wytworzony pęd spowodował, że Sullimin niebezpiecznie zbliżył twarz do płomieni okalających wrogie ostrze. Poczuł gorąco owiewające mu lico. Natychmiast odskoczył i czubkiem klingi sparował uderzenie Dar’Achnisa. Mroczny elf dalej nacierał, zmuszając przeciwnika do defensywy. Sullimin zepchnął Płonącą Klingę w dół, po czym błyskawicznie wykręcił młyńca, celując ponownie w szyję. Dar’Achnis jednak zgiął się wpół i uniknął ciosu.
Wysoki elf momentalnie zdał sobie sprawę z grożącego mu w tym momencie niebezpieczeństwa i natychmiast odskoczył w tył. Spóźnił się jednak ułamek sekundy.
Dar’Achnis rzucił się w przód, wykonując jednocześnie półkoliste cięcie z lewej. Czubek ostrza drasnął Sullimina, pozostawiając długą, lecz płytką, szkarłatną linię na brzuchu. Lekko też oparzył elfa, ale nie podpalił ubrania.
- Następnym razem wypruję ci flaki – zaśmiał się mroczny elf.
Sullimin zmarszczył brwi i zaatakował. Tym razem nie celował w konkretne miejsce, lecz chciał po prostu zranić przeciwnika. Jego klinga jednak za każdym razem napotykała wrogie ogniste ostrze, krzesząc iskry. Dwaj szermierze trwali w śmiertelnym starciu, przypominającym straszliwy taniec. Jasne miecze raz po raz błyskały w słońcu niczym świetliste smugi, kiedy wojownicy wymachiwali nimi w najróżniejszych sekwencjach i kombinacjach manewrów bitewnych. Przerażający taniec trwał i trwał, a jego uczestnicy wiedzieli, że najmniejsza pomyłka w krokach i ruchach może kosztować ich życie. Każdy starał się więc jak mógł, by nie popełnić pierwszego, a zarazem ostatniego błędu.
I także tym razem Sullimin zaliczył potknięcie.
Stało się to po kilku minutach walki. Dar’Achnis ciął z boku, próbując trafić w żebra. Wysoki elf sparował atak i odbił palącą się klingę w dół. Sądził, że to załatwi sprawę, ale jego przeciwnik wykorzystał siłę odbicia i płynnie zmienił kierunek opadania swej broni. W efekcie trafił Sullimina w lewą nogę.
Elf poczuł palący ból, zdekoncentrował się i zachwiał. Ledwie zdołał zasłonić się przed cięciem znad głowy, a siła uderzenia przewróciła go na plecy.
Kiedy upadł, zdążył zauważyć jeszcze jak mroczny elf ponownie unosi miecz nad głowę, po czym mordercze ogniste ostrze śmignęło mu przed oczyma.
***
A w tym samym czasie kiedy rozpoczął się pojedynek na miecze, swój początek miała również potyczka zupełnie innego rodzaju.
Iryx nie chciał zmarnować nadarzającej się okazji na poznanie tajemnic przeszłości. Rozbroi swą nową mocą brata, a potem wydobędzie z niego odpowiedzi na dręczące go pytania. Pytania o tragedię w Szkole Wody sprzed dziesięciu lat i o Błękitne Ostrze. Wreszcie nadeszła ta chwila…
-Piaskowy lej!
Ruiny budowli na której stał Airyx momentalnie pochłonął wielki wir w ziemi, stworzony magicznie przez Iryxa. Jego starszy brat w porę jednak zdołał odskoczyć.
- To wszystko? – Spytał drwiąco.
Mag ziemi nie dał się sprowokować. Panował nad dziką magią i to dawało mu przewagę. Wokół rozciągała się bezkresna pustynia, gorące słońce paliło niemiłosiernie – to też wzmacniało moc ziemi Iryxa, a osłabiało magię wody Airyxa. Wszystko wskazywało na to, że to młodszy z barci zwycięży w tym starciu.
- To dopiero początek. Piaskowy podmuch!
Nim Airyx zdążył zareagować, znalazł się w samym środku burzy piaskowej. Zadowolony Iryx już szykował kolejny czar, ale w tym momencie został uderzony w plecy mocnym strumieniem wody. Zaskoczony poleciał w przód i zarył twarzą w ciepłej, pustynnej glebie.
- Kiedy on… - Wykrztusił, podnosząc się i wypluwając piasek.
Kolejne dwa strumienie wody już pędziły w jego stronę. Tym razem zareagował w porę i wzniósł przed sobą ścianę ziemi.
- Ziemia wchłania wodę – rzekł zadowolony.
Woda przebiła barierę i trafiła bezbłędnie w maga, odrzucając go w tył. Tym razem Iryx upadł na plecy.
- Woda rozmywa ziemię – stwierdził Airyx. – Będziesz się tak dalej bawił, czy zademonstrujesz wreszcie tą swoją ,,moc”?
- Jak sobie życzysz – uśmiechnął się złowrogo jego młodszy brat.
Zamknął oczy i przez chwilę skupił się w milczeniu, po czym wyciągnął ręce przed siebie, mówiąc:
- Piaskowy podmuch.
- I znowu to… - Zaczął mag wody, lecz nie dokończył, gdyż piaskowa burza dziesięciokrotnie potężniejsza od poprzedniej po prostu zmiotła go z powierzchni ziemi. Jego, oraz wszystkie starożytne ruiny znajdujące się na jej drodze.
Zadowolony z siebie Iryx spojrzał w lewo, gdzie – tak jak się spodziewał – stał teraz Airyx.
Jeżeli nawet ten potężny atak go zadziwił, nie dał tego po sobie poznać. Mag ziemi postawił sobie zatem za punkt honoru wprawienie w zdumienie swego starszego brata.
Ponownie skoncentrował moc, ale tym razem Airyx podjął próbę przerwania mentalnych przygotowań. Iryx musiał uskoczyć przed pięcioma wodnymi falami, lecz nie rozproszył myśli. Wykonał dość skomplikowaną kombinację znaków i wykrzyknął:
- Tym razem nie zdążysz się w porę teleportować! Brązowa Implozja!
Zgodnie z nazwą zaklęcia ziemia pod stopami czarodzieja – renegata implodowała, wciągając go do środka. Wciąż spokojna ofiara czaru rzuciła na siebie teleportacjaę, lecz wtem spostrzegła, że działa na nią także tarcza antymagiczna.
Airyx został do połowy uwięziony w ziemi.
- Kiedy on… - Powiedział cicho tym razem starszy z braci. – Nie widziałem, by rzucił wcześniej Sekwencer Czarów, Wyzwalacz Magii, ani inne, podobne zaklęcie. Kapłanka także mu nie pomogła. Jak zatem…
- Zaskoczony? – Spytał z triumfującym uśmiechem Iryx.
- Niespecjalnie. Raczej zainteresowany postępami, jakie poczyniłeś.
- Cha! Jesteś w pułapce. Nie możesz się stąd wydostać, póki nie rozproszysz tarczy. Ale z chwilą kiedy to uczynisz, natychmiast cię zaatakuję i zabiję. Może więc się poddasz?
- Za bardzo zawęziłeś liczbę manewrów, które mogę zastosować – stwierdził chłodno Airyx. – Przez tę osłonę antymagiczną nie mogę rzucać na siebie zaklęć… Jednak ciebie wciąż jestem w stanie atakować.
Po karku maga ziemi spłynął pot. Jego brat uniósł rękę na wysokość głowy i rzekł:
- Gejzer.
W miejscu gdzie stał Iryx wytrysnął spod ziemi potężny strumień wrzącej wody. Mężczyzna zdążył jednak w ostatniej chwili otoczyć się mocną, kamienną skorupą. Gorąca woda pod ciśnieniem wyrzuciła go wysoko w górę, co dało czas Airyxowi na rozproszenie tarczy antymagii oraz teleportację.
Ochronne zaklęcie Iryxa przestało działać w powietrzu, co natychmiast wykorzystał jego przeciwnik, ciskając grad wodnych kul. Wszystkie chybiły celu, gdyż czarodziej teleportował się… I zniknął z pola widzenia.
***
Zajęło to trochę czasu, lecz wreszcie obie walczące strony były gotowe.
Maykeep przygotowało się do obrony perfekcyjnie. Wszystkich wojowników jakimi dysponowało rozstawiono zgodnie z przyjętą taktyką obrony. Każdy pojedynczy żołnierz zajmował właściwe miejsce i dokładnie wiedział, co ma robić.
Rycerze w lśniących zbrojach, wyposażeni w miecze, włócznie, topory, halabardy, buławy i piki stali na murach, przy głównej bramie oraz w kilku ważnych strategicznie punktach. ÂŁucznicy i kusznicy odziani w skórzane pancerze i kolczugi zajęli pozycje na wieżach i dachach. Co do magów, to przypadał jeden na około pięćset ludzi, dlatego zrezygnowano z rozproszenia ich wśród obrońców. Zamiast tego, czarodzieje sformowali cztery pięcioosobowe zespoły, z których każdy odpowiadał za jeden sektor miasta: północny, wschodni, południowy i zachodni. Kapłani natomiast musieli rozproszyć się pośród wszystkich wojowników, by móc ich wspierać białą magią. Każdy z nich miał w przybliżeniu dwieście osób pod swą pieczą, więc nie spodziewano się po ich działaniach oszałamiających efektów. Wreszcie obsadzono załogą także balisty, by móc stosownie odpowiedzieć na ciężki ostrzał nieprzyjaciela. Konnych natomiast ulokowano niedaleko głównej bramy miejskiej. Mieli oni wkroczyć do akcji, jeżeli nieumarłym udałoby się mimo wszystko wedrzeć do Maykeep.
Kobiety, dzieci, starcy i wszyscy niezdolni do walki schronili się w grubych murach zamkowej twierdzy, stojącej w centrum grodu. Byli tam całkowicie bezpieczni, ale gdyby załoga Maykeep uległa, niestety czekałaby ich okrutna rzeź. Alternatywne schronienie jednak nie istniało.
Fortein stał na północnym murze u boku generała Dravikena, spoglądając na tych, z którymi przyjdzie mu niebawem stoczyć zaciekłą bitwę.
Nieumarli pogrupowali się w oddziały jednakowych istot, liczące po kilkaset przerażających wojowników. Były więc legiony szkieletów w pordzewiałych zbrojach, dzierżących krzywe szable, wyszczerbione topory, miecze i inną straszną broń. Obok nich stali ich więksi i groźniejsi kuzyni: popielne sługi, wyglądające jak czarne szkielety, których puste oczodoły jarzyły się na czerwono. Hordy wygłodniałych ghuli i powolnych zombie spoglądały łakomie na ludzi, nie mogąc się doczekać uczty na ich zwłokach. Pomiędzy nimi były o wiele mniejsze grupy niemal niematerialnych, upiornych cieni oraz mrocznych żniwiarzy dusz zbrojnych w wielkie kosy. Załogi katapult już szykowały się do oddania pierwszych strzałów, a bandy okropnych, wysokich i silnych istot, których ciała składały się z pozszywanych szczątek różnych stworzeń, trzymały tarany skierowane w stronę głównej bramy.
Na nieszczęście dla Maykeep, w armii ożywieńców przebywało także co najmniej kilku liszów, nekromantów i czarnoksiężników. Ich obecność wpłynęła negatywnie na morale obrońców, lecz załoga miała nadzieję, że ich właśni magowie uporają się z wrogiem.
Długie, ciężkie chwile oczekiwania wreszcie się zakończyły. Powietrze rozdarł ogłuszający ryk nieumarłych bestii, po czym straszliwa armia ożywionych potworów ruszyła do ataku, niczym czarna fala zbliżająca się do brzegu w momencie przypływu.
A gdy fala jest zbyt potężna, może doszczętnie spustoszyć suche nabrzeże, pomyślał Fortein.
- Czas zacząć zabawę – odezwał się Draviken, chwytając mocniej drzewce halabardy.
- O tak – rycerz dobył dwuręcznego miecza. – Przekonajmy się, który z graczy ma mocniejsze karty.
***
Ogniste ostrze wbiło się w piach, tuż obok jego głowy, lecz na tyle daleko, by płomienie go nie parzyły.
Zaskoczony Sullimin wpatrywał się wytrzeszczonymi oczyma w swego niedoszłego oprawcę. Zastanawiało go, czemu Dar’Achnis nie wykorzystał okazji, by z nim skończyć.
Przez twarz mrocznego elfa przemknął cień wątpliwości. Wojownik przyglądał się uważnie przeciwnikowi, jakby dostrzegł w nim coś znajomego. Wreszcie rzekł dziwnym głosem:
- Te oczy… Masz jej oczy. Jej… i jego.
- O czym ty mówisz? – Syknął wysoki elf.
Dar’Achnis wyrwał Płonącą Klingę z ziemi i cofnął się kilka kroków.
- Aravinea i Kaltharios – powiedział.
Sullimin rozdziawił usta, zszokowany faktem, że ktoś taki wypowiedział imiona jego rodziców. Po krótkiej chwili zerwał się jak oparzony, albowiem pojął, co to znaczyło.
Sullimin wychował się w mieście Meledhras, na wschodniej granicy obszarów kontrolowanych przez wysokie elfy. Gdy się urodził, dwieście dwadzieścia lat wstecz, wielka wojna między trzema elfami rasami trwała już od dawna. W wieku trzydziestu lat wyjechał na szkolenie wojskowe do sąsiedniego Nerilith. Jego rodzice – wojownik Kaltharios oraz druida Aravinea – należeli do garnizony twierdzy Meledhras i wsławili się bardzo w walkach z leśnymi, a także mrocznymi elfami. Sullimin był z nich bardzo dumny.
Kiedy młodzieńca poddawano treningowi, nadeszły wieści, iż Meledhras zostało zaatakowane przez dużą armię mrocznych elfów. Całe wojsko zebrane w Nerilith – od weteranów wielkiej wojny do najmłodszych rekrutów – ruszyło na odsiecz oblężonym.
Lud Kargotha zdołał wedrzeć się już do Meledhras i zająć większość miasta, kiedy wsparcie dotarło do celu. Wysokie elfy natarły z furią na napastników i wyparły z grodu. Wielu przypłaciło zwycięstwo życiem, lecz Sullimin wszedł z bitwy ledwie draśnięty.
Wszędzie szukał swoich rodziców, ale bezskutecznie. Obrońcy Meledhras mówili, że widzieli ich walczących z oddziałem mrocznych rycerzy w południowej części miasta. Nikt jednak nie wiedział, co się z nimi stało później. Sullimin pobiegł więc we wskazanym kierunku z rosnącym niepokojem w sercu. Doskonale znał drogę, bowiem w tej okolicy stał jego rodzinny dom.
To, co ujrzał w jednej z ulic, wprawiło go w przerażenie i rozpacz.
Dwudziestka mrocznych elfów w ciężkich zbrojach leżała martwa, zabita celnymi ciosami miecza lub magią natury. Ponadto trzech z nich odniosło straszliwe oparzenia. Ale to nie widok pomordowanych wrogów był dla wysokiego elfa tak zatrważający.
Pośród trupów byli też dwaj przedstawiciele jego rasy. Przystojny elf w lekkim, skórzanym pancerzu wciąż ściskał w dłoni smukły miecz. Odziana w zieloną szatę kobieta spoczywała obok niego, tuż przy drewnianych szczątkach cisowego kostura. Oboje umarli zakłuci jakimś śmiercionośnym ostrzem i potwornie spaleni ogniem. Wyrazy ich umęczonych twarzy świadczyły o przedśmiertnej męce.
Rodzice Sullimina nie żyli.
Straciłem rodziców.
Te dwa słowa przeszywały myśli młodzieńca, zadając mu niewyobrażalne katusze. ÂŻaden oręż nie sprawiłby mu większego bólu, nie zadał intensywniejszych cierpień niż tamten widok i tamte słowa. Sullimin przypadł do ciał Aravinei i Kalthariosa, krzycząc, zawodząc i płacząc. Nieomal wpadł w obłęd tamtego dnia. Opatrzność jednak na to nie pozwoliła i nim elf oszalał z rozpaczy, stracił przytomność. Obudził się dopiero po dwóch dniach, w domu uzdrowień.
Wędrując po krainie snów, w dziwnym stanie półświadomości, Sullimin zrozumiał, że nie może zatracić się w szaleństwie. Choć utracił praktycznie wszystko, wciąż pozostało coś, dla czego musiał żyć.
Zemsta.
Ten jeden wyraz określał teraz jego jestestwo, jego istotę i cel istnienia. Elf poprzysiągł sobie, że nie umrze, póki nie wymierzy kary, nie zapłaci stosownie komu trzeba, za ten uczynek.
Sullimin wydał wyrok na całą rasę, której ciemna stolica mieściła się w dalekim Yrm. Wierzył bowiem, że śmierć jego rodziców była udziałem całego oddziału mrocznych rycerzy, a skoro nie istniała jedna konkretna osoba stanowiąca obiekt jego zemsty, musiał wywrzeć pomstę na wszystkich mrocznych elfach.
I tak kolejne lata upłynęły mu na wojaczce. Gdy tylko mógł, odmawiał brania udziału w wyprawach przeciw leśnym elfom, chcąc bez reszty poświęcić się walce z ich mrocznymi krewniakami. Walczył z nimi tak okrutnie i bestialsko, że w końcu jego własny lud zwrócił się przeciw niemu, przerażony zachowaniem Sullimina na polu bitwy. Zmuszony do opuszczenia ojczyzny, wysoki elf udał się do Gwainoru. Tam w końcu ochłonął i przemyślał swe czyny. Zmienił swoje postępowanie, ale pragnienie odwetu wciąż w nim płonęło.
I dopiero teraz, po upływie ponad półtora wieku, nadarzyła się okazja do dokonania zemsty. Oto przed nim stał ten, z którego ręki zginęli Aravinea i Kaltharios.
- Te potworne oparzenia i rany kłute… - Wycedził Sullimin, patrząc z odrazą na Dar’Achnisa i jego Płonącą Klingę. – To ty ich zabiłeś! Nie zrobił tego wspólnymi siłami oddział mrocznych rycerzy, tylko ty sam!
- Tak – odparł mroczny elf. – Ale to zwycięstwo nie przyszło mi łatwo, jak inne.
Nim jasnowłosy elf zdążył spytać co to znaczy, Dar’Achnis zrzucił czarny płaszcz i podwinął do góry ciemnofioletową koszulę.
Jego ciało pokrywały okropne rany. Mnóstwo blizn po cięciach miecza znaczyło pierś i brzuch mrocznego elfa. Obok tych paskudnych szram można było dostrzec również obrażenia o charakterze magicznym, będące efektem takich czarów druidycznych jak księżycowy pocisk, szmaragdowa lanca, czy Uderzenie Srebrnej Gwiazdy… Ulubionych zaklęć ofensywnych Aravinei.
- Twój ojciec był najlepszym szermierzem, z jakim kiedykolwiek przyszło mi walczyć – ciągnął Dar’Achnis, uśmiechając się złowieszczo na wspomnienie tamtego dnia. – A twoja matka doskonale posługiwała się czarami natury, niemal z taką samą biegłością jak ja magią ognia. Nim zmierzyli się ze mną, w krótkim czasie wykończyli siedemnastu moich podkomendnych. Stoczyłem z nimi ciężki bój… Nieomal straciłbym życie, czego dowodem są te obrażenia. Ale koniec końców ogień zatriumfował nad naturą, a magiczny miecz nad zwykłym ostrzem.
Ciemny elf opuścił koszulę i wyszczerzył się bardziej.
- Nim ich uśmierciłem, zadałem twoim rodzicom kaźnie, jakich nie doświadczyła jeszcze żadna z moich poprzednich ofiar. Zrobiłem to po części z przyzwyczajenia, a po części z irytacji z powodu odniesionych ran. Kiedy oboje skonali, zabiłem jeszcze trzech ocalałych mrocznych rycerzy z mojego oddziału, ale mój stan nie pozwolił mi się dłużej delektować walką – twarz Dar’Achnisa wykrzywił gniewny grymas. – Musiałem się wycofać i udać do uzdrowiciela. Moje magiczne tarcze zniwelowały część ran, ale i tak zostałem doprowadzony na skraj śmierci… Przeklinam ich za to, co mi zrobili, ale jednocześnie podziwiam ich; jak dotąd nikt poza druidką Aravineą i wojownikiem Kathariosem nie zdołał tak uszkodzić mego ciała…
- Zamilcz potworze! – Wybuchnął Sullimin. – Nie będę dłużej słuchał, jak twoje nieczyste usta kalają święte imiona moich rodziców! Pozwoliłem ci mówić tylko dlatego, że chciałem poznać prawdę o ich śmierci, ale słyszę, że nie masz już nic sensownego do powiedzenia, poza przechwałkami o swojej mocy i chorej żądzy krwi! Gotuj się na śmierć, przeklęty po trzykroć rzeźniku!
- Schlebiasz mi… - Zadrwił Dar’Achnis, lecz nie miał już czasu na dokończenie wypowiedzi, gdyż Sullimin natarł na niego z zaskakującą furią. Ciął i siekał z prędkością błyskawicy, zapominając zupełnie o ranionej nodze. W głowie wysokiego elfa tkwiła teraz tylko jedna myśl: zemsta. Całą swą nienawiść, gniew i wściekłość przekuł w siłę i przelał w swoje ramię, w swe nogi, w całe ciało, niesamowicie się wzmacniając. Czuł teraz taki przypływ energii, jakby działało na niego co najmniej pięć zaklęć Siły Niedźwiedzia.
Początkowo przewaga wciąż leżała po stronie Dar’Achnisa. Mroczny elf uskoczył przed pchnięciem, sparował cios z boku i zablokował cięcie znad głowy. Szybko przejął inicjatywę kręcąc młyńca, ale spudłował. Znów musiał bronić się przed gradem ciosów przeciwnika. Odtrącił eleganckie ostrze i pchnął własnym, lecz bezskutecznie. Uskoczył w bok, wykonując półkoliste cięcie i chcąc w ten sposób zmylić wroga. Sullimin był równie szybki – Raasnath ledwie go drasnął. To jeszcze podsyciło wściekłość elfa i spowodowało zdwojenie jego wysiłków.
Cięcie znad lewego barku trafiło w pustkę, gdy Dar’Achnis się pochylił. Kiedy smukły miecz wytracił pęd, Sullimin poprowadził ostrze poziomo w lewo. Mroczny elf już się podniósł i ten atak mógł go przepołowić, ale przemyślane szarpnięcie Płonącą Klingą go zablokowało. Ostrza zderzyły się ze sobą, wywołując deszcz iskier.
Wymiana ciosów trwała dalej, a obrona Dar’Achnisa zdawała się nie mieć słabych punktów. Sullimin zaczął tracić nadzieję na wygraną, a jego pierwotny zapał bitewny ostygł. Zaczął gorączkowo myśleć, jak zakończyć pojedynek, ale chwila dekoncentracji skończyła się podobnie, jak kilkanaście minut wcześniej: mroczny elf chlasnął Raasnathem pod kątem, którego jego rywal się nie spodziewał i trafił w prawą łydkę. Jednoręki wojownik upadł na prawe kolano, a nad głową przemknął mu ognisty brzeszczot. Ta próba dekapitacji nie powiodła się, ale Sullimin wiedział, że Dar’Achnis drugi raz nie popełni błędu. Sprawa była już właściwie przesądzona.
- Właściwie, to dobrze, iż uniknąłeś tego ciosu – zachichotał czerwonooki magiczny szermierz. – To byłaby zbyt szybka i mało bolesna śmierć. Zupełnie nie w moim stylu.
Wtem bez ostrzeżenia Płonąca Klinga uderzyła wysokiego elfa w policzek, przywierając do niego. Sullimin wrzasnął z bólu, gdy poczuł gorąco ognia. Odruchowo ciął mieczem przed siebie. Raasnath zsunął się boleśnie po jego twarzy i zablokował cios, który mógł rozpłatać Dar’Achnisowi udo. Siła zderzenia wytrąciła zmęczonemu, blond włosemu elfowi oręż z ręki.
- Daruj sobie. Lepiej skup się całkowicie na wytrzymaniu cierpienia, które zaraz ci zadam, to może twoja śmierć nie będzie aż tak wypełniona agonią jak koniec Aravinei i Kaltahariosa…
Kolejna wzmianka o rodzicach dodała Sulliminowi sił. Choć jego sytuacja zdawała się beznadziejna, wysoki elf postawił wszystko na jedną kartę i podjął ostatnią, desperacką próbę oporu.
Wszystko albo nic – z tą myślą rzucił się niespodziewanie w przód, padając brzuchem na piasek. Potem błyskawicznie ugodził Dar’Achnisa w łydkę łokciem.
Zbyt zaskoczony by jakkolwiek zareagować, mroczny elf zachwiał się i postapił krok w tył. Resztką sił Sullimin poderwał się w górę, popychając go jeszcze i doprowadzając do upadku na plecy. Następnie skoczył po swój miecz i natarł na wroga.
Dar’Achnis zdążył się już podnieść, ale zareagował zbyt wolno na zabójcze cięcie z góry.
Cięcie, które przyprawiło go o utratę prawego ramienia, dzierżącego broń.
Mroczny elf wrzasnął z bólu, co zdarzyło mu się ledwie kilka razy w jego długim życiu. Padł na kolana, ściskając obficie krwawiąc prawy bark i patrząc wytrzeszczonymi oczyma na leżącą obok, odciętą rękę. Ciemnofioletowe palce dłoni wciąż zaciskały się na rękojeści Płonącej Klingi.
Kiedy przysłonił go jakiś cień, Dar’Achnis zwrócił czerwone oczy w górę. Stał nad nim jego przeciwnik, z zaciętym wyrazem twarzy i wycelowanym w jego stronę mieczem.
- Bronią mojego ojca dokonam pomsty – rzekł zimno Sullimin. – Już zemściłem się za me ramię, ucięte przez ciebie w grobowcu Salawona. Teraz wezmę odwet za śmierć Kalthariosa.
Ostrze ponownie wzniosło się i opadło, odrąbując drugą rękę. Mroczny elf wydał z siebie kolejny krzyk. Szkarłatne źrenice zaszły mgłą, a twarz straszliwie się wykrzywiła.
- A to za moją matkę.
Precyzyjne poziome cięcie przeszło przez szyję w połowie, zdejmując głowę z karku. Sullimin odsunął się od konającego, unikając spryskania fontanną krwi, która upływała czym prędzej z martwego ciała. Zupełnie jakby ona także miała dosyć krążenia w tej plugawej powłoce i znoszenia okropności popełnianych przez ową zbrodniczą istotę.
Utrudzony walką wysoki elf nie był w stanie dłużej utrzymać się na nogach. Zatoczywszy się w tył stracił równowagę. Nie uderzył jednak o ziemię, podtrzymany przez czyjeś mocne, acz delikatne objęcia.
Ostatnią rzeczą jaką ujrzał, nim utracił świadomość, była zatroskana twraz kapłanki Shimarii.
***
Airyx nie wyglądał na zaskoczonego nagłym zniknięciem brata. Rozejrzał się wokół. Dostrzegł kapłankę, Drakanina i Chowańca, którzy zabierali wyczerpanego elfa w bezpieczne miejsce. Zauważył również szczątki Dar’Achnisa, lecz to także nie wywarło na nim specjalnego wrażenia. Nigdzie jednak nie spostrzegł Iryxa.
Westchnąwszy ze znużeniem wykonał kombinację znaków zaklęcia przywołującego i rzekł:
- Wezwanie cienistego żmija.
Przed nim pojawił się czarny, półprzezroczysty kształt przypominający wiwernę. A raczej jej cień.
- Odszukaj maga ziemi.
Przywołana istota potrafiła rozpoznać różne sfery magii i na tej podstawie wytropić swoją ofiarę – podobnie jak pies pośród wielu zapachów w powietrzu zawsze wywęszy ten właściwy.
Cienisty żmij załopotał skrzydłami i wzniósł się w górę, badając otoczenie swymi specjalnymi zmysłami. Rozkazano mu znaleźć źródło magii ziemi, zatem rozpoczął poszukiwania. Ten, który go wezwał, emanował magią wody. ÂŻmij wyczuł nieco dalej resztki magii ognia, unoszące się wciąż nad nieruchomym truchłem. Jeszcze dalej odnalazł ukryte cztery istoty; pierwsza była słaba i nie emanowała żadną mocą. Druga stanowiła źródło świętej, białej magii. Dwaj pozostali osobnicy wprawili stwora w swego rodzaju zdumienie. Pierwszy z nich posiadał olbrzymie zasoby niesamowicie potężnej magii, dzikiej i nieokiełznanej; jej charakter wskazywał na to, iż owa istota bardzo dobrze rozwinęła w sobie umiejętność zaklinania. Drugi byt miał równie wielkie, a może i jeszcze obszerniejsze zapasy magii, która promieniowała swoistą świętością, lecz była także naznaczona jakąś ciemną skazą, mrocznym wypaczeniem. Cienisty żmij instynktownie zadrżał.
To jednak nie było to, czego chciał jego pan. Stwór dalej sondował okolicę, aż w końcu wypatrzył, czy raczej wyczuł, niesamowicie silne i chaotyczne źródło magii ziemi. Leżało ono kilkadziesiąt metrów na północ od obecnej pozycji cienistego żmija.
Przywołany potwór z wysokim piskiem rzucił się w tamtą stronę, nurkując w dół, lecz nim tam dotarł, błękitna kula energii strąciła go z nieba.
Schowany mag ziemi został wytropiony i musiał natychmiast zmienić położenie. Zaczął biec w stronę kolejnych ruin, ale nagle pojawił się przed nim Airyx dzierżący Ostrze Oceanu i uderzył go płazem w twarz.
Iryx poleciał w tył i upadł na plecy. Zanim się pozbierał, jego brat już stał nad nim, celując w niego dwuręczną klingą.
- To było całkiem sprytne… - Rzekł Iryx. – Ale moim zdaniem i tak powinieneś się poddać. Twój towarzysz już poległ.
Zielonooki czarodziej wzruszył ramionami.
- Nie obchodzi mnie to. ÂŚcieżka, którą podążał, w końcu musiała go doprowadzić do zguby. Tak samo droga całego Błękitnego Ostrza spowoduje zgubę całego świata.
- Co? Co masz na myśli?
Zamiast odpowiedzieć, Airyx cofnął się kilka kroków i powiedział:
- Nadal czekam na pokaz twojej siły. Chyba wciąż pamiętasz, że aby uzyskać odpowiedzi na nurtujące cię pytania, musisz mnie pokonać.
- Doskonale – Iryx wstał. – Co powiesz na ostateczną próbę sił? Każdy z nas zgromadzi pełną moc i przeciwstawi ją rywalowi w jednym pojedynczym ataku.
- Nie dasz rady…
- Boisz się?
Mag w czarnym płaszczu natychmiast urwał.
- Zgoda. Ale najpierw…
Teleportował się na miejsce śmierci Dar’Achnisa. Przypasał sobie Płonącą Klingę i zdjął z odciętej ręki mrocznego elfa symboliczny pierścień. Dar’Achnis nosił srebrny z rubinowym oczkiem, na którym wygrawerowaną runę oznaczającą ogień.
Airyx teleportował się z powrotem i rzekł do Iryxa:
- Możemy zaczynać.
Młodszy czarodziej w milczeniu kiwnął głową i obaj zaczęli w milczeniu skupiać magię.
***
- No to teraz się okaże, jakie będą rezultaty twojego treningu, szamanie – powiedział Valgas.
- Co oni chcą zrobić? – Spytała z nutką strachu w glosie Shimaria, obserwując jak wokół dwójki magów pojawiają się coraz potężniejsze wiry energii.
- Każdy skupia swoją moc do granic możliwości. Wyzwolą ją w pojedynczym uderzeniu, a zwycięży silniejsza – wytłumaczył Novalas.
- Ale czy to nie jest…
- Niebezpieczne? – Parsknął Chowaniec. – Bardzo. Całkiem prawdopodobne, że po tym starciu nie zostanie nawet ślad po ruinach Nekrotopii. Oczywiście istnieje też szansa, że nasz znajomy Drakanin nie przyłożył się do wyszkolenia Iryxa i ten młody głupiec utraci kontrolę nad dziką magią. A wtedy…
- … Podziękujecie mi za unicestwienie świata – dokończył ze śmiechem szaman. – Nie martwcie się. Do tego nie dojdzie.
- Wydajesz się być bardzo pewny siebie – zmierzyła go wzrokiem kapłanka. – Tak, czy inaczej, musimy stąd uciekać!
- Przeniosę nas w nadprzestrzeń – oznajmił Valgas. – Ten wymiar zapewni nam bezpieczeństwo, a zarazem wgląd na całą sytuację.
- Obyśmy tylko mieli do czego wracać z tej całej nadprzestrzeni – odezwał się ponuro Sullimin, który już niemal doszedł do siebie po walce.
W tym momencie cała czwórka zniknęła.
***
Ziemia wokół drżała coraz bardziej. Drobinki piasku uniosły się w powietrze. Pobliskie mury zaczęły się kruszyć. Dwaj bracia jednocześnie otworzyli szmaragdowe oczy, mówiąc:
- Już!
Dwa granatowe strumienie czystej energii magicznej pomknęły ku sobie. Pomimo niezbyt imponujących rozmiarów zawierały w sobie całą skondensowaną moc obydwu magów. Zderzyły się ze sobą w oślepiającym blasku, ale nie wybuchły. Zamiast tego, napierały na siebie, wspomagane niezłomną wolą ich twórców.
Co i rusz jeden spychał drugi w stronę jego maga, lecz chwilę później sytuacja się zmieniała i niedoszły triumfator musiał teraz starać się ze wszystkich sił, by nie przegrać. Wszechobecna magia pulsowała i wirowała wściekle wokół, doprowadzając do zawalenia się kilku starożytnych budowli. Gdyby w tym momencie któryś z rywali utracił kontrolę nad swym zaklęciem, doprowadziłoby to do przerażającego kataklizmu.
Na czoła zmagających się wystąpił pot. Iryx z satysfakcją odnotował pojawienie się na twarzy starszego brata zaskoczenia. Tę chwilę dekoncentracji przypłacił jednak nieomal utratą władzynad czarem. Z tym większą determinacją począł więc napierać na przeciwnika.
Mimo to, przez krótką chwilę wydawało się, że Airyx będzie w stanie przemóc zaklęcie brata. Wtedy jednak moc Iryxa uderzyła w niego z nową werwą, prąc konsekwentnie naprzód. Odziany na czarno mag z niepokojem zauważył, że jego strumień energii drastycznie się skrócił.
- Stoi za mną potęga dzikiej magii! – Wykrzyknął Iryx, będąc jednocześnie skupionym cały czas na czarowaniu. – Przegrałeś!
I wtem wzmocniony promień Iryxa wystrzelił do przodu, wchłaniając wiązkę Airyxa oraz uderzając w niego. Starszy z czarodziejów zniknął w niesamowicie jasnym rozbłysku światła.
Podobnie jak połowa ruin Nekrotopii.
Niszczycielski podmuch zmiótł z powierzchni ziemi większą część pradawnego miasta, powodując deszcz gruzu i zostawiając po sobie olbrzymi krater. W powietrze wzniosły się tumany kurzu, a Iryx oraz jego towarzysze, którzy właśnie powrócili na śmiertelny plan, z niecierpliwością oczekiwali ich opadnięcia.
Kiedy to nastąpiło, ujrzeli samotną postać stojącą wewnątrz ogromnego leja po wybuchu.
- Niesamowite… - Mruknął Sullimin. – Przeżył taki atak…
- Przeżył – potwierdził Novalas. – Ale nie wyszedł z tego bez szwanku.
Airyx nagle upadł na jedno kolano i zaczął pluć krwią. Drżał na całym ciele, a jego oddech stał się nierówny i przyspieszony.
- Zostańcie tu – polecił przyjaciołom Iryx. – Zejdę do niego.
Młody mag schodził do krateru kilkanaście minut, tak rozległe były zniszczenia dokonane przy udziale chaotycznej magii. Gdy dotarł na miejsce, Airyx częściowo doszedł do siebie i zdołał podnieść się na nogi.
- Stałeś się silniejszy niż przypuszczałem – powiedział. Z kącika ust spływała mu strużka krwi. – Gdyby nie moje najpotężniejsze czary ochronne, zginąłbym.
- Przyznajesz się do porażki, bracie?
- Przyznaję, że jesteś godzien poznać prawdę. Prawdę o Szkole Wody, Błękitnym Ostrzu… O mnie.
Iryx przygotował się na długi monolog ze strony brata, ale ten rzekł tylko:
- Jako pierwszą poznasz całą prawdę o Ostrzu. Przybądź bez zwłoki pod Czarny Szczyt. Tam dopełni się nasz los i los całego Thanrys.
Z tymi słowy zniknął, pozostawiając osłupiałego Iryxa samego.
***
Shimaria nie wytrzymała dłużej i zbiegła na dół wyrwy w ziemi. Także Sullimin pospieszył jej śladem. Tymczasem Valgas i Novalas wycofali się nieco do tyłu.
- Jak widzę, twoje szkolenie przyniosło efekty – rzekł czarny kot.
- Tak jak zapewniałem. Przysłałeś mi całkiem pojętnego i inteligentnego ucznia.
- Jasne... Może i szybko nauczył się obchodzić z dziką magią, ale zbytnią inteligencją to on nie grzeszy, skoro przez cały ten czas nie rozpoznał twojej prawdziwej tożsamości.
Drakanin uśmiechnął się szeroko. Valgas zaś spojrzał na wschód i z lekkim parsknięciem kontynuował:
- Novalas… Nawet dziecko, jeśli dostałoby chwilę na zastanowienie, wpadłoby na to, żeby odczytać twoje przybrane imię od końca. Kiepsko się zakamuflowałeś, Salawonie Zaklinaczu.
Legendarny czarodziej odparł:
- W każdym razie skutecznie, skoro nikt przez te wszystkie lata się nie domyślił. Co będzie z naszą umową?
- Sam nie wiem. On nie pochwala twojej próby wynegocjowania sobie raju w ten sposób. Ale zapytam Go jeszcze.
Chowaniec zamknął oczy, a tymczasem Salawon rzekł:
- Wynegocjowania? Przecież zbawienie otrzymuje się za swoje zasługi. A czyż nie mam wystarczających zasług w swym życiorysie, lordzie Valgasie? Powinienem umrzeć już trzysta lat temu, ale dobrowolnie zgodziłem się reinkarnować trzy razy, by dłużej służyć światu. ÂŻyłem w sumie dwa razy jako Gwainorczyk i dwa jako Drakanin. Pomogłem wielu dzikim magom opanować ich moce, nim doprowadzili do ostatecznej zagłady. Walczyłem ze stworami ciemności i osobiście zapieczętowałem księcia demonów Savraheta, tworząc zaklętą zbroję: Aurę Savraheta. Mógłbym wymieniać jeszcze długo, ale ty i twój pan doskonale o tym wiecie. Pytam zatem: czy nie wypełniłem zobowiązania? Czy nie dokonałem dość, by zasłużyć na wieczny odpoczynek?
Valgas otworzył jasnozielone ślepia.
- Coś mówiłeś? – Spytał niewinnie. – A zresztą nieważne. Rozmawiałem z Nim. Uznał, że jesteś już godny, Salawonie Zaklinaczu, legendarny magu z Gwainoru. Twoje ciało może wreszcie spocząć w twym grobowcu, niedaleko Vys. ÂŻegnaj… Na razie, bo już wkrótce znów się spotkamy.
Z błogim wyrazem twarzy czarodziej odszedł w zaświaty. Kiedy dusza opuściła śmiertelną powłokę, martwe ciało zaświeciło się na biało i rozpadło na miliony malutkich światełek, które rozpłynęły się w powietrzu. Pomknęły one przez lądy i morza do Gwainoru, gdzie wniknęły do wykutego w skale grobowca i sarkofagu, przybierając znów cielesną postać.
- Tak odszedł sławny Salawon Zaklinacz – skomentował Valgas. – A teraz koniec sentymentów; pora zająć się ważniejszą sprawą.
Kot teleportował się między trójkę przyjaciół stojących w kraterze i nim ktokolwiek zdążył się odezwać, oświadczył:
- Ruszamy na Ziemie Cienia. Tam, gdzie wskazał mag z Błękitnego Ostrza. Nie chcemy, by zabrakło nas tam, gdzie zdecydują się losy świaa, nieprawdaż?
- Oczywiście – westchnął Iryx. – Aczkolwiek nie będę udawał, że jestem w pełni sił. Chętnie bym odpoczął.
- Ja również – przytaknął Sullimin.
- Nie ma na to czasu. Błękitne Ostrze z pewnością zaczęło już działać. Musimy jak najszybciej dostać się pod Czarny Szczyt. Regeneracja sił!
Zaklęcie, które Chowaniec rzucił na maga, wojownika i kapłankę zapewniło im tymczasowy przypływ energii fizycznej, ale nie odnowiło zapasów many. Valgas wzmocnił czar tak, aby regeneracja działała dłużej niż normalnie. Dość długo, by cała sprawa zdążyła się zakończyć – szczęśliwie, bądź nie. Kot wiedział, że po ustaniu zaklęcia wszyscy jego adresaci poczują dwa razy większe zmęczenie niż przedtem, ale to już nie był problem Chowańca.
Teraz liczyło się tylko zwycięstwo w bitwie, która zdecyduje o przyszłości Thanrys.
Wszyscy czterej teleportowali się.
***
- Wcześniej było nieciekawie, ale teraz jest już źle.
Tak mruczał do siebie Fortein, biegnąc w stronę głównej bramy miasta i jednocześnie analizując wszystkie wydarzenia, które doprowadziły do obecnej sytuacji.
Kiedy nacierająca armia weszła w zasięg strzału, łucznicy i kusznicy na murach zaatakowali przy użyciu płonących pocisków. W pierwszych szeregach maszerowały głównie zombie i szkielety, którym strzały i bełty nie mogły nic zrobić, dlatego też strzelcy podpalili amunicję, co przyniosło znakomity efekt.
Ożywieńcy zajęli się ogniem i zatrzymali, próbując ugasić płomienie. Dalsze szeregi parły jednak naprzód i startowały wojowników z pierwszej linii, samemu częściowo się podpalając. Na czole wrażej armii zapanował zamęt, ale wojsko wciąż zbliżało się do murów Maykeep.
Zachęceni widokiem padających przeciwników łucznicy ponowili atak. Oddali w sumie trzy salwy ognistych strzał, kładąc trupem wielu wrogów. Nieumarli jednakże szli niezmordowanie przed siebie i w końcu zatrzymali się pod grubymi umocnieniami miasta.
Fortein patrzył na to, niezbyt rozumiejąc taką taktykę walki. Jego zaskoczenie doskonale oddały słowa wypowiedziane przez stojącego nieopodal żołnierza:
- Stanęli tuż pod murami. I co dalej? Co im z tego przyszło?
Rycerz także nie miał pojęcia, co dało nieumarłym takie postępowanie. Pojął to dopiero wtedy, gdy usłyszał niepokojący świst, dochodzący z góry.
Ożywieńcy odwrócili uwagę obrońców.
Kiedy wszyscy skupili się na nacierającej piechocie, wodzowie armii umarłych mieli czas odpowiednio ustawić i przygotować katapulty, które teraz oddały pierwszą salwę.
Piętnaście wielkich głazów spadło na Maykeep, szerząc śmierć i zniszczenie. Niektóre trafiły w mury, zmiatając z nich pechowych wojaków i powodując pęknięcia fortyfikacji, ale nie uszkadzając ich zbyt poważnie. Umocnienia Maykeep wykonali znamienici rzemieślnicy i nie tak łatwo było je zniszczyć. Pozostałe głazy minęły mury i wylądowały wewnątrz nich, obracając w pył budynki oraz grzebiąc pod gruzem kilkanaście osób.
Oszukani obrońcy nie mieli czasu uchronić się przed tym atakiem i teraz z wściekłością zwrócili swe oczy na machiny oblężnicze. Przebywające przy nich lisze jakby na to czekały; nieumarli magowie kazali pobliskim wojownikom rozstąpić się i coś odsłonić. Mieszkańcom Maykeep ukazało się piętnaście grup nagich, odartych z całego odzienia, skutych ludzi. Każda grupka liczyła tylko dziesięć osób; były w nich dzieci, kobiety, mężczyźni i starcy.
Po całym mieście rozszedł się jęk rozpaczy. Obrońcy rozpoznali bowiem w jeńcach mieszkańców okolicznych wiosek i osad. Wielu z tych wystraszonych ludzi było krewnymi i przyjaciółmi oblężonych.
Także Fortein nie stanowił wyjątku. Dojrzał swojego stryja, ciotkę i siostrzeńców. Na ten widok serce ścisnęło mu się w piersi, z obawy o los pojmanych. Tym bardziej się niepokoił, gdyż nie wiedział, co się stanie z jeńcami. Nieumarli nie mieli zwyczaju brać pokonanych w niewolę; patrzyli na żywe istoty raczej jak na pożywienie, lub po prostu na coś, co trzeba zabić i ewentualnie wcielić w swe szeregi jako wskrzeszeńców.
Chwilę później lisze ujawniły swoje przerażające zamiary względem jeńców.
Czarnoksiężnicy skinęli na popielne sługi, które wybrały po trzy ofiary – dziecko, kobietę i mężczyznę, bądź którąś ze starszych osób, o ile takowa znajdowała się w konkretnej grupie. Następnie bezceremonialnie wepchnęły umierających ze strachu więźniów na łyżki katapult.
Wstrząśnięci tym makabrycznym postępkiem obrońcy zamarli. Fortein wiedział, że nic nie mogą na to poradzić: nieumarli chcieli wymordować jeńców, rozbijając ich o twarde mury miasta. Jeśli oblężeni spróbowaliby użyć balist, bądź magii do zniszczenia katapult, ożywieńcy najzwyczajniej w świecie zasieką pojmanych i rzucą ich na pożarcie ghulom. Sytuacja wydawała się beznadziejna, chociaż…
Magia.
Fortein podbiegł do stojącego niedaleko czarodzieja w czerwono – pomarańczowych szatach. Całkiem młody jak na maga mężczyzna z trudem powstrzymywał płacz: człowiek o jego pozycji nie mógł sobie pozwolić na publiczne okazywanie słabości, nawet w takiej sytuacji.
- Szlachetny panie! – Wykrzyknął rycerz. – Czy ty i reszta magów nie jesteście w stanie nic zaradzić?
Mag Szkoły Ognia pokręcił przecząco głową i odparł łamiącym się głosem:
- Niestety… Jesteśmy bezradni. Moglibyśmy użyć mocy do teleportowania więźniów tutaj… Ale wtedy zabrakłoby nam sił do walki z wrogiem… A tylko my możemy przeciwstawić się liszom. Przykro mi…
Fortein rozumiał. Ocalenie jeńców musiałoby się odbyć kosztem szansy zwycięstwa w tej bitwie. A gdyby obrońcy zawiedli, na nic zdałoby się uratowanie tych ludzi. Mógł więc już tylko tak jak inni patrzeć bezczynnie, jak nieumarli zwalniają mechanizmy w katapultach.
Powietrze przepełniła kakofonia dźwięków: rozpaczliwe krzyki obrońców, żałosne przedśmiertne wrzaski miotanych ludzi i upiorne ryki mieumarłych bestii. Wszystkie te odgłosy osiągnęły crescendo, gdy pierwsze ciała uderzyły o mury.
Rozległ się trzask gruchotanych kości i krzyki ofiar gwałtownie umilkły. Zwłoki opadły z mokrym plaśnięciem, zbryzgując okolicę krwią. Zmasakrowani, umęczeni ludzie leżący w powykręcanych pozach na ulicach Maykeep stanowili zaiste przerażający widok, rodem z koszmaru. Zwłaszcza, że wiele z tych trupów było za życia bliskimi tych, którzy teraz patrzyli z blanek na rozgrywający się horror.
Widząc bliskie załamania morale wrogów, lisze dały znak by przygotować kolejną partię więźniów.
- Dosyć tego! – Wrzasnął generał Draviken. Z oczu ciekły weterana łzy. – Zakończyć tę rzeź niewinnych! Balisty, ognia!
Jeżeli ożywieńcy sądzili, że załoga grodu jest o krok od demoralizacji, to nie docenili ducha i siły woli żołnierzy. Widząc tragiczną śmierć bliskich, wściekli wojownicy z animuszem rzucili się, by dokonać pomsty. Z imionami poległych na ustach, kontratakowali.
Nim jeszcze załogi balist oddały salwę, magowie zasypali katapulty i obsługujących je gradem magicznych kul.
Trafieni nieumarli zginęli na miejscu, ale machiny oblężnicze okazały się być chronione przed czarami. Nie oparły się jednak ogromnym pociskom wystrzelonym przez balisty: dziesięć katapult rozpadło się w drzazgi.
Zdenerwowane lisze wycofały się, zabierając ze sobą pozostałych przy życiu jeńców. Nikt nie wątpił, że zgotują im okropną śmierć, ale póki co wszyscy musieli skupić się na bitwie i obronie Maykeep.
Pięć katapult które przetrwało, wystrzeliło jeszcze raz, nim również uległo zniszczeniu. Zagrożenie ciężkim ostrzałem wyeliminowano. ÂŁucznicy i kusznicy ponownie rozpoczęli ostrzał płonącymi strzałami, także magowie przyłączyli się do ofensywy. Kapłani sporadycznie używali świętych zaklęć do rażenia nieumarłych, oszczędzając jednak siły na leczenie rannych.
Wtem dostrzeżono jakieś zamieszanie przy głównej bramie. Otoczone hordą ghuli, szkieletów, zombie i cieni, zszyte z wielu ciał wielkie stwory, niosły w jej stronę dwa tarany.
- ÂŁucznicy! Wesprzyjcie bataliony nad wrotami! – Zarządził Draviken. – Pikinierzy i miecznicy na dół, sformować szyk i przygotować się na odparcie ataku!
I tak oto Fortein pobiegł wraz z innymi na odsiecz obrońcom głównej bramy. Nie ustawił się jednak wraz z resztą zbrojnych, lecz dołączył do łuczników, chcąc lepiej widzieć sytuację.
Tarany i pozszywane z trupów bestie zostały objęte czarem ochronnym i ogień ich się nie imał. Strzelcy na próżno wbijali w potwory coraz więcej strzał. Choć wyglądały jak poduszki na szpilki, wciąż waliły taranami we wrota, aż wreszcie stało się jasne, że wedrą się do miasta. Jakby tego było mało, w oddziale atakującym bramę znalazł się także lisz. Fortein czym prędzej zbiegł z murów i zajął miejsce wśród pozostałych wojowników walczących wręcz.
Kiedy tylko to uczynił, wielkie żelazne odrzwia runęły, a przez wyrwę wlało się do grodu mrowie wrogich żołnierzy.
- Jest źle – powtórzył rycerz.
Szczęście odwróciło się od oblężonych.
[img]http://www.gothic.gram.pl/forum/T
Airyx:
***
Ziemie Cienia. Ostatni z pięciu thanryjskich kontynentów. Nazwa ta jest niechętnie i z lękiem wymieniana przez najstarszych mędrców wśród ludzi, elfów i krasnoludów. Nawet orkowie czy ogry, pomimo swej prymitywności wiedzą, że przed Ziemiami Cienia i tym, co je zamieszkuje, należy czuć strach.
Czterdzieści pięć milionów kilometrów kwadratowych zimnych, jałowych pustkowi pełnych kurzu, popiołu i pyłu, ciągnących się od Kłów Ghula na północy po Piekielną Przełęcz w Górach Mroku na południu. Hordy posępnych nieumarłych i jeszcze bardziej przerażających, plugawszych istot, które przemierzają tę krainę od Ołtarza Illium na zachodzie do Kurhanów pod Górami Cienia na wschodzie. Mnóstwo ciemnych, ciężkich chmur nieustannie zasnuwających niebo, sporadyczne opady deszczu i przytłaczająca atmosfera grozy. Wreszcie dziesiątki przerażających miast i wiosek zasiedlonych przez okrutnych ożywieńców, w tym ich mroczna stolica zwana Cytadelą Zagłady oraz największa forteca – Baszta ÂŚmierci.
Oto, czym są Ziemie Cienia.
Na samym południu tych niegościnnych obszarów, pod Czarnym Szczytem znalazła się czwórka podróżników. Drużyna, która miała zamiar przeszkodzić Błękitnemu Ostrzu w jego nikczemnych zamiarach i zapobiec zagładzie świata.
Drużyna, składająca się z dwójki ludzi, elfa i kota Chowańca.
***
Teleportowali się za pasmo pagórków, nieco na północny zachód od Czarnego Szczytu.
- Szybko – miauknął Valgas. – Musimy wspiąć się na górę, tylko po cichu i ostrożnie.
Iryx, Shimaria i Sullimin wbiegli za nim na szczyt wzgórza, po czym padli na twardą, kamienistą ziemią. Elf spostrzegł, że w promieniu wielu metrów nie rośnie ani jedno źdźbło trawy, a podłoże jest jałowe i martwe.
- A oto i nasi wrogowie – szepnął Chowaniec.
Na ziemi pod Czarnym Szczytem wyrysowano heksagonalny, skomplikowany, świecący wściekłą czerwienią wzór. W jego centrum spoczywał stos legendarnych artefaktów, które błyszczały całą gamą barw i emanowały potężną magią. Wokół tego wszystkiego zebrała się ósemka postaci w czarnych płaszczach.
Oczom Iryxa i pozostałych ukazali się wszyscy członkowie Błękitnego Ostrza. Mag ziemi zobaczył dwójkę, którą znał wcześniej – swego brata i Ranivona, ale przede wszystkim skupił się na tych, których widział po raz pierwszy.
Ujrzał rosłego orka z wielkim toporem, a obok niego niskiego, przysadzistego krasnoluda dzierżącego młot. Trochę dalej, bardzo blisko siebie, stali wysoki elf z włócznią oraz ludzka kobieta o kruczoczarnych włosach, trzymająca srebrną halabardę.
- Znasz tego elfa? – Spytał Sullimina Iryx.
- Nie jestem do końca pewien, ale to prawdopodobnie wygnany przez króla Lunariona druid Thramindel.
Czarodziej kiwnął głową i przyjrzał się pozostałej dwójce.
Najpierw jego wzrok padł na wysoką, barczystą istotę w rogatym hełmie, opierającą się o długi, czarny trójząb. Hełm zasłaniał całkowicie jej twarz, poza podłużnym otworem na oczy. Iryx dostrzegł, że były one krwistoczerwone, a źrenice zabarwiały się na lekko różowy. Skóra wokół tych niesamowitych oczu miała kolor ognia.
Kiedy Iryx oderwał wzrok od tej postaci, dojrzał wreszcie głównego winowajcę – przywódcę Błękitnego Ostrza.
Lider niewątpliwie należał do rasy demonów. Jego ciało było całkowicie czarne i raczej nie miało materialnej natury; przypominało bardziej gęstą ciemność, która przybrała humanoidalną postać. Demon nie posiadał więc uszu, nosa, ust, ani rysów twarzy. Jedynie wąskie, szkarłatne oczy ziejące pogardą, nienawiścią i ogromnym złem. Nie miał żadnej broni, w przeciwieństwie do swoich podwładnych, a na palcu nosił nie srebrny, a złoty pierścień, lecz za to bez żadnych zdobień.
- Przedstawiam wam Błękitne Ostrze – szepnął Valgas. – Oto mag wody Airyx, mag lodu i chimera Ranivon, ork szaman Gharrod, władca runów krasnolud Khagaz, wysoki elf druid Thramindel, czarodziejka Szkoły Błyskawic Ravinna, Mistrz legionu Zwierzchności demon Invrahet oraz… - Chowaniec zawahał się na moment. – Oraz arcydemon Azarial, wódz Legionu ÂŚmierci.
- A… Azarial to przywódca Ostrza? – Shimaria nieomal krzyknęła, zapominając gdzie jest. – Jeden z czterech najwyższych Władców Piekieł jest tym tajemniczym liderem?
Czarny kot twierdząco kiwnął głową.
- Wiedziałeś o tym? – Spytał Iryx.
Kolejne potwierdzenie.
- W takim razie najwyższy czas, byś nam wyjawił również cel Błękitnego Ostrza – rzekł twardo Sullimin. – Mówiłeś, że go znasz, Chowańcze.
- Tak, już pora na to – powiedział Valgas. – Azarial wypełnia ważną misję, zleconą mu przez jego pana. Ma zamiar wyzwolić całą energię zgromadzoną w tych artefaktach i otworzyć portal, przez który wkroczy do tego świata Władca Ciemności… Sam Ponadczasowy.
Wszyscy zamarli, sparaliżowani strachem. Aby w pełni uświadomić sobie rozmiar zagrożenia, Iryx musiał odświeżyć sobie w pamięci podstawowo wiadomości dotyczące religii panującej w Gwainorze, a także częściowo wśród elfów z Velmarillis.
Najwyższy i Ponadczasowy to dwie największe potęgi wszechświata. Pierwszy był Najwyższy – boska istota, która stworzyła cały wszechświat i wszystkie znane i nieznane wymiary. Także wszystkie żywe istoty oprócz nieumarłych i demonów są Jego dziełem. Po dokonaniu Aktu Stworzenia Najwyższy wycofał się w swoją boską sferę, z zamiarem obserwacji rozwoju stworzonego życia i nieingerencji. Wcześniej ustanowił swoich namiestników we wszystkich wymiarach i światach, którzy mieli roztaczać bardziej bezpośrednią opiekę nad życiem niż Najwyższy. W tym wymiarze owym Opiekunem została potężna istota znana dziś jako Ponadczasowy.
Kapłani religii Najwyższego nie wiedzą, jak rozwinęło się życie w innych światach, gdyż nie zostało im to objawione. Także to, czy tamtejsi namiestnicy wywiązali się ze swych obowiązków pozostaje tajemnicą. Wiadomo natomiast, że Ponadczasowy wreszcie znużył się swoją raczej bierną rolą i zapragnął większej władzy oraz samodzielnego stwarzania życia. Nie posiadał jednak doskonałości Najwyższego, toteż jego dzieła były pokraczne, mroczne i okropne. Stworzył armię demonów i wkroczył z nią we władztwo Najwyższego. Ten musiał więc powołać własną armię aniołów. Zastępy Niebios oraz Piekieł starły się w straszliwej bitwie. Demony zostały pokonane i strącone w czeluść, a Ponadczasowy wyrzucony w Otchłań Poza Czas. Od tej pory Władca Ciemności ciągle próbuje powrócić i zawładnąć wszechświatem, a próbują mu w tym dopomóc jego czarne legiony.
Tak w wielkim skrócie przedstawia się postać i historia Ponadczasowego. Iryx wiedział, że jego wkroczenie do tego świata oznacza całkowite unicestwienie życia.
- Wiedziałeś o tym i nic nie robiłeś przez cały ten czas?! – Wybuchnął Sullimin, oskarżając Chowańca. Chwilę później kot obdarzył go takim spojrzeniem, że elf natychmiast pożałował swego uniesienia.
- Jesteś zbyt marną istotą, by przemawiać do mnie takim tonem – powiedział chłodno Valgas. – A teraz cisza i słuchajcie.
Wśród członków Błękitnego Ostrza nastąpiło jakieś poruszenie. Azarial wystąpił powoli naprzód. Wyglądało na to, że dotąd wszystkie osoby w czarnych płaszczach były pogrążone w zadumie i skupieniu.
- Chwila nadeszła – powiedział głębokim, niesamowitym głosem. – Teraz wyzwolę moc drzemiącą w tych artefaktach i otworzę portal: drogę do potęgi i władzy.
- Tak jak się spodziewałem, nie powiedział im wszystkiego – mruknął Valgas. – To daje nam pewne możliwości…
Arcydemon uniósł ręce w górę i począł recytować w nieznanym języku. Ledwie jednak wypowiedział pierwsze słowo, uderzył w niego strumień purpurowej energii.
Iryx i reszta teleportowali się zaledwie kilkanaście metrów od magicznego wzoru i stosu zaklętych przedmiotów.
Wszyscy magowie – wojownicy, poza Airyxem, wydawali się zaskoczeni tym nagłym atakiem.
Azarial odparł jedną ręką zaklęcie i ze złością spojrzał na tych, którzy ośmielili się mu przeszkodzić.
- Wybacz, lordzie Azarialu – rzekł drwiąco Chowaniec, - ale zależy nam na tym, byś zamilkł.
- To ty… - Syknął demon. – Wciąż w tej żałosne postaci, jak widzę. Rozczarowujesz mnie, Valgasie Aer Silmiriaelu.
- Już niedługo. Z wioli Najwyższego mogę porzucić to ciało i wreszcie objawić się w mej prawdziwej formie. Tego właśnie tak niecierpliwie oczekujesz, nieprawdaż?
- Arogancki jak dawniej – prychnął Azarial. – No dalej, chętnie nacieszę swe oczy widokiem prawdziwego ciebie… Valgasie – niemal wypluł ostatnie słowo.
Chyba nikt z obecnych, poza Chowańcem, arcydemonem, a także Invrahetem, nie rozumiał o czym mowa. Za chwilę jednak sytuacja miała się wyjaśnić.
Czarny kot rozbłysnął czystym, białym światłem. Stopniowo zaczął się przeobrażać: rósł i rósł, aż stał się dwa razy wyższy od niemałego przecież orka Gharroda. Wreszcie blask zniknął i oczom wszystkich ukazała się niezwykła istota.
Była to smukła postać odziana w srebrną zbroję ze złotymi zdobieniami. Wysoki hełm przyozdobiony białymi skrzydełkami na skroniach zupełnie skrywał twarz w mroku – w ciemności pobłyskiwały tylko całkowicie błękitne oczy. Wysoka istota dzierżyła długi, obusieczny miecz i podłużną tarczę, a z pleców wyrastała jej para pięknych, śnieżnobiałych skrzydeł.
- Oto i archon Valgas Aer Silmiriael – mruknął Invrahet, ściskając mocniej trójząb.
- Archon?! – Shimaria nieomal zemdlała. – Miałam za Chowańca jednego ze świętych aniołów Najwyższego?!
- Jak… Jak właściwie Valgas stał się twoim Chowańcem? – Spytał Iryx.
Odpowiedział mu gromki głos archona:
- Nigdy nie byłem prawdziwym Chowańcem, człowieku. Zawsze pozostałem archonem, choć zmuszono mnie do zstąpienia na Thanrys i przybrania formy kota. Wędrując po świecie spotkałem tę kobietę, a jako że jej posługa kapłańska odpowiadała moim planom, podałem się za Chowańca i stałem się jej towarzyszem.
- Ale czemu przybyłeś na śmiertelny plan? – Dociekał Sullimin.
- Za… karę – przyznał ze wstydem Valgad. – Wygnano mnie z niebios za zbyt wielkie okrucieństwo w walkach z siłami zła. Mój… Przełożony uznał, że moje zachowanie zbytnio upodabnia mnie do demonów i wygnał tutaj. Dostałem jednak szansę dokupienia win: udaremnienie zamiarów Azariala.
Kiedy wszyscy obecni starali się przetrawić te zadziwiające wyznanie, Azarial zaśmiał się:
- Jak widzę, nie wyjawiłeś im wcześniej, kim jesteś. Zaszokować wszystkich i udowodnić im swą wyższość – jakie to dla ciebie typowe, czterdziesty czwarty archoncie Najwyższego.
- Jak widzę, o tobie można powiedzieć to samo – zripostował Valgas. Gdyby arcydemon miał twarz, to z pewnością znikłby z niej w tym momencie uśmiech. – Twoi podkomendni z Ostrza nie wiedzą co chcesz uczynić naprawdę, inaczej nie pomagaliby ci tak gorliwie przez cały ten czas.
- Nie wiem, co masz na myśli…
- Już śpieszę z wyjaśnieniem: chodzi mi o to, iż nie wyjawiłeś im swych prawdziwych zamiarów: tego, że przez ten portal ma przejść Ponadczasowy wraz z czterema Legionami Piekieł i podbić ten świat. Tak, jak już to uczynił z Guthreią.
Iryx zmarszczył brwi. Wspólne wysiłki uczonych i magów dowiodły, iż wokół słońca krążą trzy planety: najbliższa mu Thanrys i jej dwa księżyce, następnie Guthreia oraz niewielka Lithreia i jej księżyc. Powszechnie istniał pogląd, że tylko na tej pierwszej istnieje życie. Valgas jednak twierdził, że demony zajęły zimną Guthreię, a nawet przystosowały się do życia na niej…
Interesujące, skomentował w myślach mag ziemi.
Słowa archona wywołały poruszenie w szeregach Błękitnego Ostrza. Wściekły Azarial wpatrywał się nienawistnie w skrzydlatego wysłannika, aż w końcu oznajmił:
- Doskonale! Skoro teraz wszelkie sekrety wyszły na jaw, daję wam wybór! Niepotrzebna mi już ta organizacja, odrzucam wszystkie pozory. To prawda, Ponadczasowy posiądzie ten świat i uczyni z niego królestwo dla swych sług. Nie mówię tu tylko o demonach! Każdy, kto stanie po mojej stronie, znajdzie się w łasce u Pana Ciemności i zostanie hojnie nagrodzony za zasługi! Zdecydujcie się więc teraz, czy zostaniecie ze mną, czy przyłączycie się do tych skazanych na przegraną głupców!
- Pewnie… - Mruknął Valgas. Wiedział, że to kłamstwa, ale nic nie mógł na to poradzić. Każdy musiał teraz samodzielnie dokonać wyboru.
Pierwszy na odzew odpowiedział Invrahet, stając po prawicy arcydemona. Nikogo to specjalnie nie zaskoczyło.
- Ja również zostaję – oświadczył chłodno Ranivon.
- Chcę po prostu żyć tak jak teraz – rzekł Gharrod. – Nie obchodzi mnie, czy w obecnym świecie, czy we władztwie Ponadczasowego. Zostaję.
- Zależy mi tylko na złocie i zemście na ludziach za to, co uczynili krasnoludom – mruknął Khagaz. – Jeżeli Ponadczasowy zaoferuje mi obie te rzeczy, jestem po jego stronie.
- Mądry wybór – skwitował Azarial. – A wy troje?
Pozostali tylko Airyx, Thramindel i Ravinna. Pierwszy z nich przemówił wysoki elf:
- Gorycz wygnania spowodowała, że przystałem do Błękitnego Ostrza. Nie pragnę jednak zniszczenia tego świata, a już na pewno nie chcę, by panoszyły się w nim diabły Ponadczasowego. Staję po stronie lorda Valgasa.
- Zatem ustalone – zaśmiała się Ravinna. – Zawsze będę u boku mego kochanego elfiątka.
- Jesteście głupcami – stwierdził kwaśno Invrahet. – A ty, Airyksie? Czy również okażesz się nierozsądny?
Zielonooki człowiek odparł:
- Gdyby tu byli Dar’Achnis lub Zelghash, ich żądza krwi kazałaby im bez wahania stanąć obok was. Ja nie jestem taki jak oni, dlatego odchodzę. Poza tym, wiąże mnie pewna umowa z Lordem Valgasem.
- Umowa? Jaka? – Warknął Gharrod.
Miast odpowiedzieć, Airyx odwrócił się plecami i podszedł do Thramindela, Ravinny oraz archona.
- Dokonało się! – Wykrzyknął Valgas. – Pora to wreszcie zakończyć.
- Zgadzam się – przytaknął Azarial, po czym zwrócił się do swych stronników: - potrzebuję nieco czasu, by otworzyć portal. Zajmijcie ich tak, by mi nie przeszkadzali.
Tak więc Ranivon, Khagaz, Gharrod i Invrahet wyszli naprzeciwko Ravinny, Airyxa oraz Thramindela.
- Stawaj do walki, wysoki elfie – warknął Ranivon.
- Wypruję ci flaki, gwainorski psie – zachichotał Gharrod,, mierząc toporem w Airyxa.
- Wobec tego ja zajmę się tobą – rzekł Invrahet, patrząc na Ravinnę.
- Wygląda na to, że nie mam co robić… - Westchnął krasnolud Khagaz.
- wręcz przeciwnie! – Zawołał Iryx, wychodząc naprzód. – Przekonajmy się, który z nas jest lepszym magiem ziemi!
A Valgas ze śmiechem zbliżył się do Azariala.
- Chyba nie będziesz miał czasu zajmować się portalem, demonie! – Wykrzyknął.
Taki był początek bitwy o przyszłość Thanrys.
***
Wszyscy zaatakowali jednocześnie. Choć każdy wybrał sonie przeciwnika, nikt nie prowadził osobistego pojedynku – poza Valgasem i Azarialem oraz Iryxem i Khagazem. Pozostali starli się razem w jednej bitwie.
Otoczeni czarami ochronnymi przystąpili do walki. Thramindel starał się dźgnąć włócznią Ranivona, jednocześnie wzywając na pomoc moce natury. Na tym jałowym pustkowiu były one jednakże osłabione i chimera o czarno - białej twarzy zyskiwała przewagę. Ranivon atakował głównie magią, miotając lodowe pociski, gdyż jego krótki sztylet średnio sprawdzał się przeciw włóczni.
Airyx starał się zmieść wodnymi falami Gharroda, który z kolei miotał w niego wielkimi kamieniami. Raz po raz Ostrze Oceanu krzyżowało się także z toporem orka. Zielonoskóry wojownik szalał z radości, mogąc stoczyć walkę ze swym odwiecznym wrogiem – człowiekiem. Nie przeszkadzało mu nawet to, że mag wody z Vys przewyższa go zarówno umiejętnościami magicznymi, jak i sprawnością w posługiwaniu się bronią. Liczyła się tylko walka, a Gharrod wpadł w bitewny szał.
Błyskawice wystrzeliwane przez Ravinnę nie przynosiły efektów, gdyż Invrahet jako demon z Legionu Zwierzchności znakomicie władał magią umysłu i iluzji. Choć kobieta walczyła dzielnie, podstępne czary Invraheta stopniowo ją omamiały, zmylały i wprowadzały coraz większy chaos. Mimo, iż nie chciała tego przyznać, Ravinna nie mogła zwyciężyć bez pomocy. Zaklęcia ze sfery elektryczności nie mogły bowiem przeciwstawić się coraz to nowym iluzjom i atakom mentalnym, a dopóki przebiegły demon zwodził ją na manowce, nie miała możliwości zaatakować go w zwarciu.
Co do Iryxa, to popełnił karygodny błąd: nie docenił przeciwnika. Zaatakował go słabszymi czarami ziemi, które krasnolud z łatwością odparł. Następnie Khagaz rzucił Brązową Implozję, która unieruchomiła Iryxa, tak jak on uczynił to wcześniej ze swoim bratem. Młody mag sądził, że jego wróg zechce go natychmiast zmiażdżyć, ale Khagaz tylko pozbawił go możliwości ruchu. Krępy osobnik podszedł do ofiary i wzniósł młot.
- ÂŻałosne – powiedział. – I ty miałeś jeszcze wątpliwości, kto jest potężniejszym magiem ziemi?
Krasnolud opuścił młot, ale nie prosto w dół, lecz w połowie odległości zamachnął się w bok. Z lewej bowiem nacierał na niego Sullimin i gdyby Khagaz nie odparł jego ciosu, zostałby poważnie ranny.
W tym czasie Shimaria rzuciła kapłański czar rozproszenia i uwolniła Iryxa.
- Co wy wyprawiacie? – Zirytował się czarodziej, choć czuł wdzięczność za ratunek.
- Myślałeś, że będziemy stać bezczynnie kiedy wszyscy walczą? Też chcemy mieć swój udział w ratowaniu świata od zagłady.
Iryx uśmiechnął się i zaczął przygotowywać kolejne zaklęcie, albowiem Khagaz już się obronił i teraz cała trójka musiała stawić mu czoła.
- Nieważne ilu was będzie – prychnął karzeł. – Ludzie, elfy… Nienawidzę was i wszystkich pozabijam.
Nagle z pleców krasnoluda wyrosły czarne, błoniaste skrzydła. był to dość groteskowy widok i mógłby wywołać uśmiech na twarzy, ale nie u kogoś, kto poznał zdolności i moc Khagaza.
- Skrzydlaty krasnolud… - Mruknął Sullimin. – Dane nam coraz to nowe dziwy dzisiaj oglądać.
Tymczasem Valgas i Azarial wciąż nie zaczęli walczyć. Arcydemon uniósł rękę i ze stosu artefaktów uniosła się wspaniała zbroja – Aura Savraheta.
- Całkiem sprytnie zaklęta – ocenił Azarial. – Ojciec Invraheta, arcydemon Legionu Zwierzchności, zamknięty w tym pancerzu przez zwykłego śmiertelnika o imieniu Salawon… To ci historia. Ten misterny czar nie pozwala Savrahetowi wydostać się od środka, ale ktoś o mojej mocy może go uwolnić od środka. Do tej pory wzbraniałem się przed tym, gdyż ów przedmiot gwarantował mi współpracę Invraheta… Ale teraz już nic mnie nie powstrzymuje.
Archon skoczył ku demonowi, chcąc udaremnić jego zamiar, lecz się spóźnił. Azarail rzucił błyskawicznie zaklęcie i wspaniały pancerz rozpadł się na kawałki, a na wolność wydostała się wielka postać przypominająca szkielet w zbroi, płonący zielonym ogniem.
- Wreszcie wolny! – Ryknął Savrahet i natychmiast rzucił się na Valgasa.
***
Gdy nieumarli wtargnęli do miasta niemal od razu nabili się na piki i włócznie obrońców. Oddział pikinierów i mieczników broniących bramy nie mógł jednak wytrzymać naporu setek krwiożerczych potworów. Fortein sam zdążył ledwie ubić kilka ghuli, kiedy usłyszał dźwięk rogów.
Resztki pierwszego szeregu rozbiegły się na boki, a na ożywione bestie ruszył oddział kawalerii. Nieumarli ginęli pod kopytami koni, nabijani na lance i siekani mieczami. Szarża była niezwykle skuteczna i konnica przy wsparciu łuczników nie tylko wyparła wrogów z Maykeep, ale i wdarła się głęboko w ich linie, siejąc popłoch i śmierć. Zginęło mnóstwo zwykłych wojowników, lecz także wszystkie potwory niosące tarany, a nawet lisz. Jeźdźcy wyrąbywali sobie drogę w głąb nieprzyjacielskiej armii, zamierzając zatoczyć łuk i zawrócić do miasta. Szkielety łucznicy już bowiem szykowali się do odparcia ataku.
Wtem wszystkie lisze rozproszyły czar iluzji, działający na tyłach ich armii. Ujawnili w ten sposób oddział dwudziestu gargulców, które natychmiast wzbiły się w niebo. Pomiędzy nimi zaś leciał potężny potwór wyglądający jak ożywiony szkielet smoka.
- Na niebiosa, to drakolicz! – Krzyknął jeden z kapłanów. – Niech Najwyższy ma nas w opiece…
Kawaleria już zawracała do grodu, ale wrodzy strzelcy zaczęli siać śmierć pośród jeźdźców. Pierwsi konni już padli na ziemię, a żarłoczne ghule natychmiast rzuciły się w ich stronę. ÂŁucznicy, kusznicy i magowie próbowali osłaniać odwrót, lecz zostali zaatakowani z góry przez gargulce. Drakolicz natomiast zionął ogniem, obracając w popiół wielu żołnierzy na murach, a następnie opadł z impetem na umocnienia, robiąc w nich sporą wyrwę. I chociaż kapłani uderzyli w niego świętymi czarami, zabijając smoczego ożywieńca, szkody które poczynił były nieodwracalne.
Jazda Maykeep poszła w rozsypkę. Nieumarli wdzierali się teraz do miasta przez ruiny bramy i dziurę w murze. Obowiązek ich powstrzymania spadł na zbrojnych, gdyż strzelcy oraz magowie próbowali odeprzeć atak z powietrza. Zapanował ogólny zamęt i chaos.
Wszyscy dowódcy zgodnie stwierdzili, że lepszą pozycję obronną da im zamek Maykeep. Wydali więc rozkaz wycofywania się do twierdzy. Fortein walczył w pierwszej linii i na takich jak on ciążyło zadanie ochraniania całego przedsięwzięcia. Gdyby zawiedli, odwrót zamieniłby się w paniczną ucieczkę, a nieumarli urządziliby wśród ludzi rzeź.
Ożywieńcy szybko rozeznali się w układzie ulic i teraz przemykali wszystkimi alejami, starając się okrążać i odcinać pojedyncze oddziały od reszty armii. Drużyna Forteina, w której znajdowali się głównie miecznicy i włócznicy, kapłan oraz generał Draviken, została otoczona przez mrowie nieumarłych.
- Dalejże, ludzie! – Huknął weteran. – Zajmijcie ich dość długo, by odciągnąć zagrożenie od innych! Stoczmy bitwę godną pieśni!
Fortein miał nieco mniej optymistyczny pogląd na obecną sytuację, ale zamierzał drogo sprzedać swoje życie. Pierwszy popielny sługa, który odważył się go zaatakować, padł z przeciętym kręgosłupem. Rycerz ciął i uderzał w furii, otwierając czaszki ghuli, ćwiartując zombie, krusząc kości szkieletów, a nawet odsyłając cienie do ich sfery. Inni wojownicy walczyli równie zaciekle, wspomagani obecnością kapłana i charyzmą starego generała. Po kilku minutach walki obwarowali się prawdziwym murem z gnijących ciał przeciwników, ale wróg wciąż naciskał. Oddział zaczął topnieć w oczach.
Nieumarli wreszcie zaczęli brać na poważnie swych wrogów i natarli z jeszcze większą zajadłością. ÂŻołnierze zaczęli padać z krzykiem, gdy potwory wgryzały im się w szyje i cięły pordzewiałym orężem. Kapłan w końcu zużył cały zapas many i choć zgruchotał wiele czaszek buzdyganem, ugiął się pod naporem tłumu nieprzyjaciół.
Na placu boju zostali tylko Fortein i Draviken. Wciąż niezmordowanie wyrąbywali las wrogów, niczym doświadczeni drwale. Dwuręczne ostrze i halabarda posłały ponownie w zaświaty już ponad setkę umarłych, kiedy Draviken wychrypiał:
- Jak myślisz chłopcze, daliśmy im dosyć czasu?
- Wystarczająco – wydyszał Fortein.
- Tak myślałem. A zatem zakończmy ten iście epicki pojedynek.
Wskrzeszając w sobie resztki sił, zmęczeni wojownicy ramię w ramię ruszyli w stronę zamku Maykeep, tnąc i siekąc wszystkie potwory na swojej drodze. W końcu Draviken potknął się o zwłoki przeciwnika i upadł. Natychmiast przykryło go kilkanaście żądnych krwi ghuli. Fortein zatrzymał się, chcąc pomóc generałowi, lecz wtem otrzymał cios kosą w plecy od mrocznego żniwiarza dusz. Upadł na kolana, miecz wysunął mu się z rąk.
Rycerz nie dostrzegał już koszmaru jaki rozgrywał się wszędzie wokół. Widział tylko światłość, a w niej postacie swojej rodziny, które go wzywają. Zdało mu się, że opuszcza swe ciało i wznosi się w stronę światła, a pod sobą widzi wszystkie ziemie Thanrys. I choć znajdował się tak wysoko, wyraźnie widział pojedyncze istoty wszystkich ras świata. Spojrzał na Ziemie Cienia i spostrzegł swych przyjaciół toczących własną walkę.
- Powodzenia Iryksie, Shimario, Sulliminie i Valgasie – powiedział. – Moja bitwa skończona.
Wzniósł się już wystarczająco wysoko, by dosięgnąć wyciągniętych rąk ojca i matki. Chwycił ich za dłonie i całkowicie zatopił się we wszechobecnym świetle oraz przyjemnym cieple.
Rycerz Fortein odszedł do Wieczności.
***
Liczące na posiłek ze świeżych zwłok ghule musiały obejść się smakiem. Przynajmniej, w przypadku ciał Forteina i generała Dravikena.
Kiedy tylko uleciały z nich dusze, dwa ciała otoczyła srebrzysta aura świętości, do której nie mógł się zbliżyć żaden nieumarły. Atakująca armia zajęła całe miasto, poza twierdzą Maykeep i miejscem śmierci dwóch dzielnych wojowników, które omijała szerokim łukiem.
Bitwa zakończyła się wraz z nadejściem wieczora. Ożywieńcy kilkakrotnie szturmowali zamek, lecz bezskutecznie. Podczas gdy szykowali się do ponownej próby, usłyszeli donośne dźwięki rogów z północy, wschodu i południa. Lisze nie były istotami, które odczuwały strach, podobnie jak wszyscy nieumarli, ale kiedy zobaczyli źródła tych odgłosów, ogarnęło je przerażenie.
Na miasto maszerowały trzy spore armie. Z południa szło osiem setek żołnierzy z załogi Westgate; od północy nadciągało ponad tysiąc zbrojnych z Lirei; ze strony gór Barad Dumyr równym krokiem nadchodziły niemalże dwa tysiące krasnoludów. Wszyscy wyglądali na znużonych, ale z determinacją parli przed siebie.
Nieumarli zawahali się, zbici z tropu. Oblężeni mieszkańcy Maykeep z okrzykami radości zaatakowali ich ze zdwojoną siłą, zasypując ożywieńców gradem strzał i bełtów. Przybycie sojuszników dodało im animuszu, jakkolwiek nie mieli złudzeń: celem zbliżających się wojsk nie była odsiecz dla Maykeep, lecz wytępienie do reszty nieumarłych potworów w tym regionie. Ludzie i krasnoludy musieli zatem zwyciężyć w bitwach z resztą armii ożywieńców, a teraz uczynili wypad ze swych fortec w poszukiwaniu niedobitków wroga. Przynajmniej w tej jednej kwestii obydwie rasy działały zgodnie i jednomyślnie.
Umarli stanęli do walki pomimo świadomości, że nieuchronnie czeka ich zguba. Tak też się stało. Niewielu ożywieńców przeżyło natarcie, a ci nieliczni uciekli w popłochu, szukając sobie ciemnych jaskiń, grobowców, czy innych mrocznych kryjówek. Zdeterminowani ludzie i dziarskie krasnoludy ścigali ich bardzo daleko, lecz w końcu musieli zaprzestać pogoni i powrócić do swych domostw. Wspólna bitwa zjednoczyła dwa narody i krasnoludy z Barad Dumyr obiecały wznowić handel oraz otworzyć znów swe siedziby dla ludzi z sąsiednich miast.
Gwainorczycy przystąpili do grzebania poległych. Niestety w większości przypadków znajdowali tylko fragmenty zwłok, których nie zdążył pożreć ghule. Dwa ciała jednak przykuły uwagę wszystkich. Lśniły bowiem białym blaskiem, a wokół spoczywało mnóstwo pokonanych wrogów. Mieszkańcy Maykeep zrozumieli, że tych dwoje stoczyło heroiczną walkę i być może to za ich sprawą odwrót się powiódł, postanowili zatem należycie ich uhonorować. Na wzgórzu na zachód od miasta ustawili dwa ociosane głazy z wyrytymi na nich imionami dwóch bohaterów, którzy zostali pochowani pod nimi.
I zawsze, kiedy wieczorem słońce znika powoli za horyzontem, para menhirów czuwająca nad Maykeep rzuca długie cienie na zwycięski gród.
***
Walka pomiędzy niedawnymi sojusznikami z Błękitnego Ostrza trwała. Thramindel zdołał ugodzić lekko kilka razy przeciwnika włócznią, samemu unikając czarów ze sfery lodu. Nagle Ranivon wymówił zaklęcie i dotknął swego sztyletu. Kieł Mrozu wydłużył się i zmienił w długi miecz – Straż Mrozu. Sama chimera natomiast zamknęła oko należące do białej połowy twarzy i pozwoliła, by kontrolę nad ciałem przejęła czarna część.
Ranivon natychmiast zaatakował z furią, tnąc lodowym mieczem i rzucając czary jednocześnie. Thramindel nieomal ugiął się pod gradem ciosów i zaklęć, lecz wtedy przyszedł mu na pomoc Airyx. Człowiek zdołał pokonać Gharroda, zadając potężny cios, który przeciął drzewce orkowego topora i przepołowił wroga.
Teraz Ranivon musiał bronić się przed dwoma przeciwnikami. Pomimo, że wściekle rąbał ostrzem i miotał lodowe pociski, a nawet sprowadził Nawałnicę Mrozu, w końcu musiał ulec. Padł na ziemię, przeszyty na wylot grotem włóczni i szeroką klingą dwuręcznego miecza.
Przedśmiertny krzyk chimery zdekoncentrował Invraheta, który był w trakcie rzucania decydującego zaklęcia, mającego zniewolić duszę Ravinny i skazać ją na wieczne tortury. Choć mocno omamiona i skołowana czarami iluzji, kobieta wykorzystała chwilę nieuwagi przeciwnika i poraziła go potężnym ładunkiem elektrycznym. Nawet tak silny demon nie mógł wytrzymać takiej dawki napięcia. Upadł, drgając spazmatycznie, a Ravinna zakończyła jego życie jednym ciosem halabardy.
Uskrzydlony Khagaz okazał się jeszcze groźniejszym wrogiem niż przedtem. Wzniósł się wysoko i zaczął bombardować okolicę kamiennymi pociskami. Iryx, sullimin i Shimaria zebrali się w jednym miejscu, a mag ziemi stworzył barierę z utwardzonej ziemi.
- Co teraz? – Spytał elf.
- Wykończę go pojedynczym atakiem – odparł Iryx – ale potrzebuję chwili na wykonanie inkantacji.
Krasnolud uderzał zaklęciami raz po raz w ochronną tarczę, aż ją skruszył. Lecz w momencie gdy bariera padła, w stronę Khagaza pomknął potężny pocisk szkarłatnej energii, wzmocniony dziką magią. Magiczny wojownik nie miał nawet czasu się teleportować i zniknął w oślepiającym blasku.
- Zabiłeś go? – Spytała niepewnie Shimaria.
- Chyba tak – potwierdził Iryx. – Nie wyczuwam już jego magii.
- Uwaga! – Wykrzyknął Sullimin.
Podeszli do nich Airyx, Ravinna oraz Thramindel. Nie wyglądali jednak na to, by żywili jakieś wrogie zamiary.
- ÂŁadnie – powiedział mag wody, - ale teraz czeka nas najtrudniejsze wyzwanie.
Wszyscy spojrzeli w stronę, gdzie rozgrywał się ostatni pojedynek.
***
Arcydemon Legionu Zwierzchności, Savrahet, był o wiele potężniejszy od Valgasa, ale wieki uwięzienia w zaklętym pancerzu odcisnęły na nim piętno. W obecnej chwili moce jego i archona stały mniej więcej na równym poziomie.
Savrahet dzierżył w lewej ręce długi miecz, którego klinga płonęła na zielono, w prawej zaś bicz wielorzemienny. To właśnie tą drugą bronią atakował Valgasa, ale on zasłaniał się za każdym razem tarczą. Wreszcie, kiedy potwór ponownie trzasnął biczem, archon uderzył swoim błogosławionym ostrzem i odciął wszystkie sploty straszliwego bata.
Teraz arcydemon natarł z bliska, tnąc płonącym mieczem. Nieomal trafił przeciwnika, gdyż Valgas skupił się przez chwilę na otaczaniu ciała Forteina i jego towarzysza broni świętą aurą, by uchronić je od zbezczeszczenia przez nieumarłych. Jednakże ostatecznie ostrze trafiło w tarczę, a archon kontratakował. Dwie potęgi wymieniały ciosy bardzo krótko; osłabiony długoletnią niewolą demon musiał w końcu ulec mocy światłości. Złoty miecz z gracją oddzielił plugawą głowę od równie ohydnego ciała i Savrahet powrócił do piekieł.
Valgas jednak nie cieszył się tym zwycięstwem, bowiem Azarial miał dość czasu na wypowiedzenie zaklęcia i otworzenie portalu. Czarna szczelina w rzeczywistości miała już dziesięć metrów wysokości i ciągle rosła.
Nagle we wrotach pojawiło się wielkie, czarne oko z podłużną źrenicą okoloną ogniem.
- Ponadczasowy… - Syknął Valgas. – A więc to koniec. Zawiedliśmy.
Oko zwęziło się i dało się słyszeć głos:
- Azarialu… Usuń tego archona. Jego obecność tutaj negatywnie wpływa na portal, destabilizuje go i nie pozwala mi wkroczyć do tego świata.
Widać moja aura świętości przeszkadza Władcy Ciemności, pomyślał Valgas. Może jeszcze nie wszystko stracone.
- Jak sobie życzysz, panie – odparł arcydemon. Niespodziewanie z jego pleców wyrosło sześć par czarnych niczym noc skrzydeł, a w prawej dłoni zmaterializowała się długa na metr, mroczna klinga.
Nie, nie klinga, uświadomił sobie poniewczasie Valgas. Raczej zakrzywienie czasoprzestrzeni, którym można było walczyć jak mieczem. Bardzo groźna broń – jeden celny cios i ofiara natychmiast ulegała dezintegracji. Jako istota wyższa, archon posiadał odporność na ten efekt ataku, ale inni…
- Nie zbliżajcie się! – Krzyknął do Iryxa i piątki jego towarzyszy. – Będziecie mi przeszkadzać, śmiertelnicy. To jest pojedynek lepszych od was, więc patrzcie i uczcie się!
- I tak ich zabiję, zaraz po tobie – zaśmiał się Azarial.
- To się jeszcze okaże.
Rozpoczęła się niesamowita potyczka: obie istoty wzbiły się w powietrze i skrzyżowały dwa niezwykłe ostrza: jedno złote, jaśniejące światłem, drugie czarne i zimne. Valgas miał tę przewagę, że posiadał również tarczę i mógł nią blokować ciosy Azariala.
Widząc, że w ten sposób nic nie wskóra, arcydemon wolną ręką zaczął rzucać swe plugawe czary. Czarno – fioletowe strugi mrocznej magii przecinały raz po raz niebo, ale żadna nie dosięgła archona. Azarial ponownie więc zaatakował swym orężem.
I znów dwie klingi zadźwięczały, uderzając o siebie.
***
Tymczasem na dole Iryx podszedł do Airyxa.
- Nie sądzisz, że już czas? – Rzekł wyzywająco. – Sam mówiłeś, że jestem gotów poznać prawdę.
Airyx wpił weń spojrzenie szmaragdowych oczu.
- Owszem. Odpowiem na twoje pytania.
- Doskonale. Może więc w końcu wyjawisz, co naprawdę wydarzyło się 10 lat temu w Szkole Wody w Vys?
- To proste. Zabiłem wszystkich magów, nim oni zdołali to uczynić ze mną. Popełniłem mord z zemsty – chłodnym, analitycznym tonem objaśnił mężczyzna.
- Z zemsty? Jak to?
Airyx nachylił się do ucha swego brata i rzekł cicho:
- Dziesięć lat temu miałem stać się Arcymagiem Wody, pamiętasz? Przewyższałem mocą kilkakrotnie każdego z tych starych głupców, zasiadających w Najwyższej Radzie Akademii Wody. Wszyscy oni obawiali się, że wykorzystam swoją potęgę, by objąć władzę; nie tylko w Vys, ale i w całym Gwainorze. Przeddzień ceremonii Nadania Tytułów nasłali na mnie skrytobójców, aby zasztyletowali mnie we śnie. Tchórze.
- Arcymagowie… Co zrobili?! To niemożliwe!
- Przejrzyj na oczy, braciszku. Tym wpływowym wieprzom taki czyn uszedłby płazem, nikt by nawet nie ośmielił się posądzać o coś takiego ,,wspaniałych” i ,,mądrych” magów. Ja jednak wiedziałem od dawna, że w końcu postanowią coś takiego zrobić i nie tylko uniknąłem pułapki, ale i zlikwidowałem zabójców. W tym momencie jawnie wystąpiłem przeciw Radzie i stałem się dla nich jeszcze większym zagrożeniem. Za drugim razem postaraliby się, żebym nie wyszedł cało z zamachu. Moją jedyną szansą był natychmiastowy kontratak… Resztę historii znasz.
- Nie wierzę, by samosąd był jedynym wyjściem – upierał się Iryx. – Można przecież…
- Co? Zwrócić się do władz? Myślisz, że ośmieliliby się ukarać magów? Jesteś mądry po szkodzie, bracie. Może i patrząc na to wszystko dzisiaj, z szerszej perspektywy, możnaby było znaleźć rozsądniejsze rozwiązanie, ale.. Co się stało, to się nie odstanie.
- No dobrze, powoli zaczynam rozumieć. Czemu jednak wstąpiłeś do Błękitnego Ostrza?
- ÂŻebyś to w pełni pojął, musiałbyś usłyszeć historię mojego paktu z lordem Valgasem.
Wtem Sullimin wykrzyknął:
- Spójrzcie!
Wszyscy zwrócili się tam, gdzie wskazywał elf.
***
Z nieba spadł Azarial. Niczym błyskawica pomknął ku ziemi, strącony przez Valgasa. Z hukiem uderzył o ziemię, wzbijając tumany kurzu. Archon nie dał mu jednak chwili wytchnienia i popędził ku niemu w dół, z ostrzem skierowanym w jego pierś. Arcydemon znów cisnął ciemną kulę mocy i Valgas musiał odbić w bok, co zniweczyło jego zamiary.
Azarial podniósł się i z niebywałą prędkością poszybował w górę na spotkanie przeciwnika. Rozpoczął się niesamowity pokaz; dwaj rywale podczas walki wyglądali jak dwa gromy: jasny i ciemny, które co chwila zderzały się ze sobą w powietrzu i odskakiwały. Na czarnym tle wiecznie mrocznego nieba nad Ziemiami Cienia wyglądało to zaprawdę nadzwyczajnie.
Także koniec tego pojedynku był nadzwyczajnie szybki i niespodziewany.
Biała i czarna błyskawica znów pomknęły ku sobie. Kiedy się zderzyły, wszyscy oczekiwali odskoku i ponownego starcia. Stało się jednakże zgoła inaczej. Valgas oraz Azarial zamarli w bezruchu nad głowami zafascynowanych obserwatorów. Znajdowali się tuż przy sobie… O wiele za blisko.
Dopiero po chwili wszyscy spostrzegli, że czarna klinga przebiła skrzydło Valgasa, tuż przy prawym boku.
Z kolejną chwilą zaś ujrzeli święte ostrze ze złota, wychodzące spomiędzy łopatek Azariala.
- Zwykły archon… - Syczał demon. – Jak to możliwe?
- Przykro mi, tak bywa – rzekł chłodno Valgas. - Mrok zawsze ustępuje światłu. Czy wy, demony, nigdy tego nie pojmiecie? Poza tym, zapomniałeś, że nie jestem ,,zwykłym” archonem.
Anielska istota wyszarpnęła miecz i odfrunęła w tył. Arcydemon runął w dół, ale ciemność składająca się na jego ciało rozproszyła się w powietrzu. Na ziemię spadły jedynie czarny płaszcz, skórzane buty oraz złoty pierścień.
Skrzydło Valgasa broczyło krwią. Kiedy szkarłatny płyn skropił jałową ziemię, natychmiast wyrastała na niej bujna trawa i piękne kwiaty. Archon jednak nie zwracał na to uwagi i skupił się na portalu, z którego wciąż patrzyło straszne oko Ponadczasowego. Teraz widać w nim było nieopisaną złość, nienawiść i żądzę zniszczenia.
- Do widzenia – rzekł Valgas, wyciągając rękę w stronę bramy międzywymiarowej. Wszyscy czekali w napięciu na to, co się zaraz stanie.
Ale nic się nie wydarzyło. Jedynie z portalu dały się słyszeć szyderczy śmiech i słowa:
- Nie dam się tak łatwo przepędzić. Przybędę do tego świata!
Valgas odwrócił się do zebranych i oświadczył:
- Nie mogę zamknąć portalu. Ponadczasowy go zablokował.
- Jak możemy temu zaradzić? – Spytała Shimaria.
- Trzeba go na moment czymś zająć, zdekoncentrować. Wystarczy sekunda i zdołam usunąć wrota. Niestety magia nic tu nie da…
Mówiąc to cały czas patrzył na Airyxa.
- Więc jak… - Zaczął Iryx, lecz umilkł, widząc jak jego brat występuje przed szerg.
- Zatem nadszedł mój czas – powiedział Airyx.
Archon kiwnął głową.
- O oc ci chodzi? Co masz na myśli? – Spytał zbity z tropu mag ziemi. Nawet Thramindel i Ravinna wydawali się nie być zorientowani w całej tej sytuacji.
Airyx dobył miecza i odparł:
- Wbiję go w jego paskudną źrenicę.
- Ale wtedy zginiesz! – Zaprotestował Iryx. Nie chciał utracić brata – nie teraz, kiedy wreszcie zrozumiał jego postępowanie i na nowo wskrzesił w sobie braterską miłość. – Nie możesz!
- A ty nie możesz decydować o tym, co mi wolno – oświadczył jak zwykle wyniośle czarodziej, choć w jego głosie brzmiał również smutek i żal. – Muszę dopełnić umowy i spłacić dług wobec lorda Valgasa. Obawiam się tylko, że mój atak, nawet z pełną mocą, nie wystarczy, by rozproszyć taką istotę jak Ponadczasowy.
- W takim razie pomogę ci – rzekł Thramindel. – Ja także pragnę spłacić pewien dług. Dług wobec mego ludu i tym uczynkiem choć po części zrekompensować to, czego doświadczył on z mojej strony. – Gdy wypowiadał te słowa, patrzył badawczo na Sullimina.
- Wobec tego postanowione – odezwała się Ravinna, stając u boku wysokiego elfa. – Ja niczego w swym w swym życiu nie żałuję, ani nie mam zamiaru za nic pokutować. Zawsze jednak pójdę tam, gdzie moje elfiątko.
- Idziesz za mną nawet na śmierć – uśmiechnął się gorzko Thramindel. – Ty mnie naprawdę kochałaś…
Czarnowłosa kobieta pocałowała go.
- Najwyższy na pewno policzy waszej trójce ten czyn. Osobiście Mu o tym przypomnę – rzekł żartobliwie Valgas, choć tak naprawdę nikomu nie było do śmiechu. – A teraz przygotujmy się.
Airyx, Thramindel i Ravinna skupili się na swoim orężu, wlewając w niego całą manę, jaka im jeszcze pozostała. Umagicznione bronie chętnie przyjęły kolejną dawkę energii. Kiedy magowie – wojownicy skończyli, w mieczu, włóczni i halabardzie spoczywała taka moc, że jeden cios w ziemię zmiótłby miasto wielkości Sirii.
Jednocześnie zerwali się do biegu i z impetem wskoczyli w portal. Wrazili swą broń w potworne oko, które cofnęło się, pociągając ich za sobą. Rozległ się ryk ugodzonego Ponadczasowego, ale natychmiast zamilkł, gdy Valgas jednym ruchem dłoni zamknął bramę.
- ÂŻegnajcie – szepnął, a głośno rzekł: - Tak oto trzej ostatni z najpotężniejszych magów tego świata odeszli. Groźba Ponadczasowego została zażegnana. To już koniec.
Zerknął na troje przyjaciół i zobaczył, że wszyscy pochylili głowy, a z oczu ciekną im łzy. Płakali z powody odejścia tych, których do niedawna tak nienawidzili; płakali po tych, którzy ocalili świat, choć wcześniej, świadomie czy też nie, dążyli do jego zguby. Był to płacz z żalu, smutku rozstania i bezsilności – bo w głębi duszy Iryx, Shimaria i Sullimin nie chcieli, by ta trójka zapłaciła najwyższą cenę za popełnione winy.
Lecz teraz było już po wszystkim. Iryx stracił brata, którego ledwo co odzyskał; Sullimin utracił swego rodaka, któremu wybaczył zbłądzenie na ścieżce życia. Lecz było już po wszystkim…
Oni odeszli.
***
- To już koniec – powtórzył Valgas kilka minut potem. Archon otworzył tunel czasoprzestrzenny, w który cisnął stos legendarnych artefaktów. – Teraz pozostaje nam się tylko pożegnać.
- Valgasie… - Zaczął Iryx. – Czy możesz mi zdradzić, jakaż to umowa wiązała cię z moim bratem?
- Cóż… Kiedy Airyx zbiegł z Vys, natknął się na mnie. Z woli Najwyższego wiedziałem już o wszystkim. Z Jego polecenia też ofiarowałem mu szansę odkupienia win – miał dołączyć do Błękitnego Ostrza, a podczas ostatecznej bitwy zdradzić je.
- Dziwaczna pokuta – żachnęła się Shimaria.
- Zamysły najwyższego nie podlegają dyskusjom, ni ocenom. Powinnaś o tym pamiętać, kapłanko – odparł Valgas. Shimaria spłoniła się na tę naganę. – W końcu jednak zrozumiałem sens tej próby: Airyx musiał przebywać ze zbrodniarzami i brać udział we wspólnym sianiu zła, samemu jednakże przykładając się do tego jak najmniej. Przebywał z istotami pokroju Dar’Achnisa, Zelghasha i Gharroda, a panował nad sobą i nie dał się wciągnąć w ich żądzę zniszczenia. No i na koniec złożył w ofierze własne życie, udaremniając plany Ponadczasowego. Zaiste, ciężki był to los.
- Więc mój brat… Czy on będzie zbawiony?
- Niezbadane są wyroki Najwyższego – rzekł tajemniczo archon. – A to mi przypomina, że muszę już odejść.
- Odejść? – Głos Shimarii załamał się.
- Tak. Moja pokuta na tym świecie również dobiegła końca. Muszę stanąć przed Ponadczasowym i wysłuchać Jego osądu. Obowiązki w Niebiosach wzywają… A co do was: nie obawiajcie się. Wszystkie demony, które zginęły w tej walce, a w tym Azarial, Savrahet i jego syn Invrahet, już nie powrócą za waszego życia. A nawet jeszcze dłużej. Będą cierpieć karę w piekle za to, że zawiedli Ponadczasowego i coś mi mówi, iż Czarny Władca nie będzie spieszył się z jej zakończeniem. Cóż… Ja również nie spotkam się już z wami na Thanrys. Ale potem… Kto wie? O ile oczywiście waszymi postępkami nie zasłużycie sobie na towarzystwo Azariala i spółki.
Iryx, Shimaria i Sullimin uśmiechnęli się, choć żal rozstania ściskał im serca.
- ÂŻegnaj Shimario, kapłanko, której Chowańcem miałem okazję być. ÂŻegnaj Iryksie, utalentowany czarodzieju z mocą dzikiego maga. ÂŻegnaj i ty Sulliminie, wojowniku mścicielu. Obyś wreszcie wypoczął, gdyż osiągnąłeś swój cel. Do zobaczenia, być może… Za jakiś czas.
Pojawił się snop światła i archon zaczął wznosić się ku niebu. Nim zniknął, Shimaria zdążyła zawołać jeszcze:
- Wróciła twoja aureola, aniele!
- Widomy znak tego, że wypełniłem misję i wróciłem do łask Najwyższego! – Odparł Valgas, po czym on i świetlny słup rozpłynęli się.
- Szkoda, że nie było z nami Forteina – powiedziała kapłanka. – Może go jeszcze spotkamy.
- Z pewnością – potaknął wysoki elf. – Co zamierzacie teraz zrobić? Iryksie? Shimario?
- Ja wrócę do Vys – rzekł czarodziej. – Postaram się oczyścić imię mojego brata i ujawnić prawdę o wydarzeniach sprzed dziesięciu lat, choć nie wiem czy mi się to uda. A poza tym powrócę do zwyczajnego życia i obowiązków maga ziemi. Dość mam już przygód na dłuższy czas.
- Rozumiem. A ty, Shimario?
- Wrócę do Gwainoru oczywiście, dalej pełnić kapłańską posługę. A oprócz tego… - zerknęła błękitnymi oczyma na Iryxa, który odwzajemnił jej spojrzenie i uśmiechnął się. – A zresztą nieważne. A co z tobą, Sulliminie?
- Nie wiem. Chyba znów powrócę do swojej ojczyzny i spróbuję żyć wśród mego ludu. Nie wiem, czy mnie przyjmą z powrotem, lecz nie zaszkodzi spróbować.
- W takim razie mamy wspólną drogę przed sobą – powiedział Iryx. – Ruszajmy czym prędzej, nim dopadną nas tu jacyś nieumarli.
Młody mag otworzył portal do Vys. Trójka przyjaciół przekroczyła go, zostawiając za sobą wszystko to, co się wydarzyło, pewnie i z nadzieją krocząc ku przyszłości.
KONIEC
Nawigacja
Idź do wersji pełnej