Forum dyskusyjne > Dyskusje na każdy temat
Opowieści z Khorinis
Maka:
Przed oczami miał ciemność. Czuł okropny ból w głowie. Otworzył oczy. Leżał w łóżku, w kajucie jakiegoś statku, przykryty kocem ze skóry dzika. Spróbował wstać, jednak ból był zbyt silny. Westchnął tylko i postanowił odszukać miejsce bólu. Wyczuł rozcięcie z tyłu głowy, na szczęście nie duże. Pewnie właśnie dlatego jeszcze żyje. Przypomniał sobie wściekły okrzyk jednego z jaszczuroludzi i jego uniesiony w górę miecz. A więc na tym skończyli poszukiwania. Ciekawe, gdzie teraz płyną. Czyżby zrezygnowali z misji Rhobara? Ostry ból przeszył jego głowę. Pomyśli nad tym jutro. Teraz musi się porządnie wyspać, nie wiadomo przecież dokąd kapitan Dragrim zdecydował się płynąć. Jeśli to w ogóle on kieruje tym statkiem...
Obudziło go pukanie do drzwi kajuty, z trudnością wstał i otworzył drzwi.
- Witaj. - usłyszał głos nieznanego mu marynarza. - Kapitan Dragrim rozkazał, aby wszyscy zgromadzili się na pokładzie. Lada chwila dopłyniemy do Khorinis. Słyszałem, że zostałeś mocno ranny w głowę. Dojdziesz sam? - mężczyzna przytaknął, choć nie był do końca pewien, czy faktycznie dojdzie. Jednak nie to było teraz dla niego ważne. Khorinis - miasto portowe, gdzie według tego co słyszał od Dragrima paladyni mieli zbierać rudę na wojnę. Więc jednak zrezygnowali z misji. No cóż, może to i dobrze, przynajmniej nie będzie już ryzykował utarty życia. W każdym razie przez jakiś czas.
Powoli wszedł na pokład, gdzie wszyscy już czekali. Port Khorinis był już zaledwie pięćdziesiąt metrów przed nimi. Załoga była wyraźnie zadowolona z przybycia do miasta. Radośni mówili o swoich przeżyciach podczas misji, opowiadali sprośne dowcipy, a niektórzy nawet śpiewali różne tawerniane pieśni. W chwili przybicia do brzegu kapitan nakazał wszystkim ciszę. Na przystani czekało na nich kilku paladynów i mag w czerwonej szacie.
- Co was tutaj sprowadza podróżnicy? - zapytał się jeden z paladynów. Widocznie był to ich przywódca, gdyż jego zbroja była ozdobna, pokryta srebrem, a nawet wydawało się, że biło od niej blaskiem magicznej rudy
- Potrzebujemy odpoczynku, zapasów żywności, oraz... - tu odpowiadający kapitan Dragrim przerwał na chwilę - rudy.
- Mamy jej za mało, wystarczy ledwie na jedną kompanię, a zresztą, część nawet zużyliśmy już sami. Pozostałe wasze prośby jesteśmy w stanie spełnić.
- Ale nam nie chodzi o zwykłą rudę, tylko o kilka bryłek czarnej, dokładnie siedem. Są nam one niezbędne do wykonania misji zleconej przez samego króla Rhobara.
Rannego mężczyznę zatkało, tak samo jak paladynów maga w czerwonej szacie. Nic nie wiedział o czarnej rudzie. Czyżby tak wiele wydarzyło się podczas jego snu? Będzie musiał porozmawiać z kapitanem Dragrimem.
Głos zabrał mag w czerwonej szacie, przerywając kłopotliwą ciszę.
- Jeśli tak bardzo potrzebujecie rudy. Poszukajcie jej sami, na ziemiach orków, w które przemieniła się cała górnicza dolina. Mamy teraz zbyt wiele na głowie, aby bawić się w samobójców. Wiemy, że w Myrtanie toczy się wojna, ale z naszych źródeł wynika, że wygrywają ją orkowie, a Rhobar nie żyje. Nie chcemy podzielić jego losu. Więc jeśli macie trochę rozumu, odpływajcie stąd, albo dołączcie do nas, razem mamy większe szanse stawić opór niewątpliwej inwazji.
- Nie mamy pożywienia, sporo członków załogi jest rannych. A nawet jeśli nie mielibyśmy tych problemów, to z tego co mówisz powrót do Myrtany byłby bezsensowny, dlatego zostajemy tutaj. - oświadczył kapitan. Przez pokład przeszła fala szeptów. Dragrim pierwszy zszedł na ląd, a za nim posłusznie kilku marynarzy. Ranny mężczyzna podążył za nimi. Nagle ból w głowie nasilił się, upadł na ziemię, usłyszał kilka głośnych głosów wołających jego imię. Stracił przytomność.
Znajdował się w skromnym budynku, ze względu na sporą ilość łóżek będącym zapewne sypialnią bądź też czymś w tym rodzaju. Ku swoim zdziwieniu nie czuł już wcale bólu głowy. Otaczały go twarze nieznanych mu osób.
- Gdzie ja jestem? - zapytał się niepewnym tonem
- Obudził się - zauważył jeden ze zgromadzonych
- Wołajcie Darona! - krzyknął drugi
- On chyba coś mówił - stwierdził jeszcze inny. Wszystkie twarze spojrzały na niego wyczekująco
- Gdzie ja jestem? - powtórzył
- W gospodzie w Khorinis, zasłabłeś w porcie, z twojej rany z tyłu głowy zaczęła lecieć krew.
- Ale żebyś widział, jak obficie - wtrącił ktoś z tłumu
- Mag ognia Daron błyskawicznie zastosował zaklęcia leczące. Powiedział, że mimo wszystko będziesz żył i to jakby nigdy nic ci się nie stało. Baltram - mówiący to mężczyzna wskazał na stojącego obok niego kupca - miał cię tu pilnować w razie jakby coś jednak się działo... Jesteś jedynym rannym z całej twojej załogi, któremu udało się przeżyć. Dlatego oczekiwaliśmy tu my wszyscy.
- A gdzie kapitan Dragrim i reszta załogi?
- Wracają na wyspę jaszczuroludzi, wspomagani przez kilku naszych strażników i najemników. Podobno w pobliżu brzegu znajduje się tam spory ładunek rudy, który zamierzają przejąć dla celów wojny.
W tej samej chwili wszyscy usłyszeli kroki. Ktoś wchodził po schodach. Po chwili wszyscy ujrzeli zdobioną, czerwoną szatę maga ognia. Otaczający żeglarza rozstąpili się, przepuszczając czarodzieja.
- Witaj. Cieszę się, że się przebudziłeś. Nazywam się Daron i chciałbym z tobą porozmawiać w cztery oczy. - spojrzał znacząco na zgromadzony w gospodzie tłum, który pospiesznie oddalił się w kierunku schodów.
- Może najpierw powiesz mi jak ci na imię?
- Trebor.
- Słyszałeś zapewne, że twoi znajomi chcą nam pomóc w nadchodzącej wojnie. - przerwał na chwilę - Dla ciebie również mamy zadanie. - Trebor poruszył się niespokojnie
- O co chodzi? - zapytał
- Wiesz, że potrzebujemy rudy i naszymi głównymi wrogami są orkowie. W sprawie rudy nic nie możesz na razie zrobić, ale jeśli chodzi o orków, mamy pewien plan.
- Mam wyruszyć by walczyć z orkami? Mogę, w końcu uratowaliście mi życie, ale mam nadzieję, że jako żołnierz waszej armii, a nie samotny wojownik
- Nie o to chodzi, jakiś czas temu przebywał na wyspie bezimienny bohater, który posiadał artefakt, dzięki któremu orkowie go nie atakowali. Nazywał się ulu-mulu. Jeden z najemników odszukał go i z tego powodu Lord Hagen, czyli ten dowódca paladynów, którego widziałeś w porcie, wysłał go do obozu orków, aby poznał dokładne plany ich ataku. Miał wrócić tydzień temu. Chcemy wiedzieć czy nadal tam przebywa i czy w ogóle żyje.
- No i mam niby udać się do obozu orków i potem zdać raport?
- Tak.
- W takim razie cmoknijcie mnie w cztery litery. Wdzięczność wdzięcznością, ale nie do stopnia samobójstwa.
- Uważaj co mówisz, jedno moje zaklęcie może sprawić, że już nigdy nie otrzymasz żadnej propozycji, ba, nic nie usłyszysz i nie zobaczysz. W ogóle nic nie zrobisz. - Trebor przeklął w duchu maga i wojnę z orkami, spojrzał głęboko w oczy Darona
- Chyba nie mówisz poważnie, przecież orkowie zrobią ze mnie siekane kotlety i nic się nie dowiecie.
- Niezupełnie. Mamy w planach stworzenie drugiego ulu-mulu. Przez tydzień najemnicy i paladyni ryzykowali życie dla zdobycia nowych składników niezbędnych do stworzenia artefaktu. Recepturę poznaliśmy od jednego z orków będących u nas w niewoli. Niestety, ten za żadne skarby nie potrafi stworzyć artefaktu. Potrzebny nam nowy ork-przyjaciel. Tu twoja rola się zaczyna.
- Nie rozumiem. Jak ja mam znaleźć przyjaznego orka?
- O tym porozmawiasz z Myxirem, magiem wody obecnym w mieście. Poznasz go po tym, że nosi niebieską szatę, podobną do mojej.
- Dobrze, zaryzykuję, ale powiedz mi jedno: wiesz po co była Dragrimowi potrzebna czarna ruda?
- Myślałem, że ty mi to powiesz. Twój kapitan za nic nie chciał o tym mówić. Pod naciskiem Lorda Hagena, powiedział, że wyjaśni nam to tylko wtedy, kiedy zajdzie taka konieczność. Teraz idź już. Czas działa na naszą niekorzyść. Niech Innos ma cię w swojej opiece.
Jeśli się spodoba, zamieszczę kontynuację... zresztą jak jest userem gram.pl (nie wiem czy musi nim być), niech wejdzie na stronę http://ja.gram.pl/Maka1992, gdzie znajdzie już napisaną część kontynuacji (daleko mi do zakończenia)
Airyx:
Nawet ciekawe, wymyśliłeś interesujące wątki, no i wygląd opowiadania prawie idealny (dwóch błędów stylistycznych się doszukałem). Czekam na więcej - 5/5. ;)
Maka:
Może moje opowiadanko nie cieszy się ogromnym zainteresowaniem, ale postanowiłem dodać część kontynuacji, w której akcja dopiero się rozkręca... 8)
Wychodząc z gospody Trebor w ogóle nie spieszył się na spotkanie z Myxirem. Postanowił najpierw odwiedzić targowisko w Khorinis. Sprawdził kieszenie. O dziwo nie został okradziony. Jego pięćset monet nadal tam było. Jeśli chce w ogóle myśleć o poszukiwaniu przyjaznego orka musi kupić porządny oręż i zbroję. Jego krótki miecz był zardzewiały, a zbroja skórzana była stara i nosiła ślady mieczy jaszczuroludzi. Rozejrzał się za handlarzem bronią. Jego wzrok szybko natrafił na stoisko z różnego rodzaju bronią do walki w ręcz. Wziął do ręki jeden z długich mieczy. Rękojeść była wygodna dla dłoni, a klinga posiadała odpowiednią ostrość. Przypuścił próbną serię ciosów na niewidzialnego przeciwnika, po czym odłożył broń. Pomyślnie przeszła test.
- Jak się nazywa to cudeńko? - zagadnął handlarza
- Siekacz, bez żadnych zbędnych dodatków typu "odwagi" czy "obrońcy". Nazwa krótka, zwięzła i na temat.
- Bardzo dobrze. ÂŁatwo zapamiętać. - uśmiechnął się Trebor - Ile płacę?
- 220 sztuk złota
- To zdzierstwo! Nie dam więcej niż 160 monet!
- Panie, to ostrze jest warte minimum 200!
- Myli się pan: minimum 180 i tyle zamierzam zapłacić.
- 190, albo walcz pan gałęzią.
- Zgoda. - Trebor wręczył handlarzowi zapłatę i wsunął miecz do pochwy. Teraz trzeba znaleźć odpowiednią zbroję.
Według tego, co mówili obywatele Khorinis, najlepsze pancerze dla osób bez gildii posiada kupiec imieniem Matteo, mieszkający nieopodal bramy prowadzącej na farmę Lobarta. Z łatwością odnalazł dom, w którym mieszkał poszukiwany przez niego handlarz.
- Poszukuję zbroi. - powiedział w stronę Mattea
- No to znalazłeś. Ale nie ma tutaj nic za darmo, a pancerzy w szczególności. Ja bym proponował ci pancerz ze skóry cieniostwora. Zapewnia dobrą ochronę, a wygląda naprawdę elegancko, wykonany został z materiału najwyższej jakości. Kosztuje jedyne 2400 sztuk złota.
- Aha... - westchnął Trebor potrząsając sakwą, w której brzęczało 310 monet. Lekko zmieszany spojrzał na kupca - Może coś tańszego... - zaproponował nieśmiało
- Oczywiście, mamy również zbroje ze skóry warga - mniejsza elegancja i odrobinę słabsze wykonanie, ale co najważniejsze ochrona również stoi na bardzo wysokim poziomie, jedyne 1200 złotych monet, są tu jeszcze pancerze z mieszanki skóry dzika i wilka - to już trochę gorsza robota od poprzednich, ale cena bardzo przystępna - jedyne 700 sztuk złota.
- Jest coś jeszcze? - zapytał z nadzieją Trebor
- Tak. Pancerz ze skóry młodego wilka... Zapewnia bardzo przeciętną ochronę, ale na pewno większą niż to, co masz pan na sobie. - Matteo spojrzał z pogardą na Trebora - Cena to 350 monet. Tyle chyba posiadasz?
- Nie no, drogo. Spuść pan do 300, więcej i tak ode mnie nie wyciągniesz.
- Niech będzie, i tak bardzo mało chętnych jest na tą zbroję. Jak zbierzesz pan więcej pieniędzy, to zapraszam ponownie.
Trebor przygnębiony wyszedł ze sklepu. Z jego majątku zostało tylko 10 marnych monet. Został biedakiem. Musi znaleźć jakiś sposób na zarobienie pieniędzy. Z nienawiścią spojrzał na zakupiony "siekacz" i pancerz ze skóry młodego wilka. Sam wszedł w to bagno. Najłatwiej i najwięcej zarobi wykorzystując swój nabytek po odnalezieniu przyjaznego orka. Ale czy przeżyje samą misję? Dlaczego nie mógł popłynąć razem ze swoją załogą? Po kiego grzyba Dragrimowi czarna ruda? Na pewno nie byłoby go teraz tutaj i znał odpowiedź na drugie pytanie, gdyby nie był na tyle głupi by dać podejść się jaszczuroczłekowi w tak głupi sposób...
Na placu mag w niebieskiej szacie właśnie opowiadał o tym, jak Adanos przekazał swoim wyznawcom magię, by mogli utrzymywać równowagę na świecie. Marynarz nie interesował się tym. Wierzył w trójcę, ale nie interesowały go legendy i historie o nich. Odczekał, aż mag skończy i podszedł do niego.
- Ty jesteś Myxir, mag wody? - zapytał
- Tak, a ty pewnie ten pechowiec, którego Pyrokar, Lord Hagen i Saturas skazali na odnalezienie przyjaznego orka.
- Lord Hagen to chyba dowódca tutejszych paladynów, ale kim są pozostałe dwie osoby, o których wspomniałeś?
- Pyrokar to przywódca magów ognia, zwierzchnik Darona, którego już poznałeś. Natomiast Saturas to najpotężniejszy z magów wody. Właśnie do niego musisz się teraz udać. Przebywa w Jarkendarze, nowo odkrytej części wyspy. Zaprowadzi cię tam Cavalorn. Poznasz go po tym - pokazał mu pierścień z akwamarynem na palcu lewej dłoni - obecnie przebywa na placu wisielców.
- Kurde, pójdę do tamtego Saturasa i co? Macie już jakiś plan? Mam nadzieję, że nie będę musiał na tym niezbadanym terenie samotnie przeszukiwać lasów, i to jeszcze szukając orka!
- Mamy plan. Właściwie Saturas ma... Szczegóły poznasz na miejscu. Idź już. Czas działa na naszą niekorzyść.
Trebor niechętnie odszedł. Nie podobała mu się ta odsyłanka. Chciał już wrócić do Myrtany, a przynajmniej na pokład "Robeny", do załogi Dragrima. Jednak wiedział, że wojna z orkami to przykra prawda i musi pomóc Khorinis. Choćby dlatego, że tutejsi magowie uratowali mu życie.
Airyx:
Nom, faktycznie akcja się rozkręca. Dziwne, że nikt poza mną nie raczył jeszcze skomentować tego opowiadania. :o Zwłaszcza, że piszesz bardzo swobodnym, własnym stylem i bezbłędnie. Daję 5/5 i proszę o rychłe umieszczenie tu kolejnych części. Pozdrawiam! :-X
Maka:
Jak chcesz - to masz :D Ale po zamieszczeniu tego fragmentu chyba zrobię sobie przerwę - jak długą, nie wiem.
Na placu wisielców było dość sporo ludzi, ponieważ herold ogłaszał właśnie nowe rozporządzenia Lorda Hagena. W ogóle nie obchodziły go te sprawy. Podszedł do lady, na której ustawione były butelki piwa.
- Weź jedną, chociaż tym umil swoje życie w tych ciężkich czasach. - usłyszał uprzejmy głos zza lady. Uśmiechnął się w stronę rozmówcy i wyciągnął rękę po trunek. Wtedy poczuł, jak ktoś kładzie mu dłoń na ramieniu.
- Lepiej nie pij, przecież musimy iść, a trafienie choćby w krwiopijcę po pijaku nie jest łatwe. - Trebor obejrzał się za siebie. Za nim stał opalony brunet w ubraniu przeciętnego obywatela. Uwagę marynarza przykuł jednak pierścień na palcu nieznajomego. Niebieski kamień półszlachetny zwany akwamarynem. A więc to zapewne był Cavalorn. Zerknął na jego broń. Miecz i łuk prezentowały się całkiem okazale, tak samo jak mięśnie mężczyzny. Czyżby magowie sądzili, że oprócz przewodnika potrzebna mu jest ochrona?
- To ty masz mnie zaprowadzić do Saturasa? - zapytał dla pewności
- Tak, mam na imię Cavalorn i wykonuję polecenie Myxira. Chodź za mną.
- W porządku. - Trebor posłusznie podążył za wysłannikiem magów. Minęli wschodnią bramę i ruszyli przed siebie. Członek załogi Dragrima podziwiał tutejsze lasy. W Myrtanie prawie zawsze przebywał w mieście. Obawiał się trochę czających się wśród drzew różnorodnych niebezpieczeństw. Oczywiście nie krwiopijców czy wilków, ale choćby cieniostworów lub wargów, a przede wszystkim orków, będących obecnie udręką niemal wszystkich ludzi. Tutaj droga przebiegała spokojnie. Właśnie przebiegali obok jakiejś farmy, pod kamiennym mostem.
- Niebawem dotrzemy do gospody "Martwa Harpia". - powiedział Cavalorn zmieniając strój obywatela na tajemniczy pancerz. Trebora zainteresowała ta zmiana ubioru, szczególnie, że obecny pancerz wyglądał na bardzo dobrze wykonany i kosztowny. Dlaczego więc nie nosił jej w Khorinis, tylko chodził w przeciętnym ubraniu jak zwykły mieszkaniec, którym widocznie nie był? Postanowił pozostawić te pytania na później. Właśnie zbliżali się do gospody.
- Stój. - szepnął Cavalorn, kiedy byli już tuż przed wejściem do "Martwej Harpii". - Spójrz. - dodał, uchylając mocniej drzwi, aby Trebor mógł zobaczyć co dzieje się w środku. Widok był niesamowity. Na drewnianej podłodze gospody leżały ludzkie ciała, dwójka orków walczyła z mężczyzną, dzielnie broniącym się wielkim toporem. Z głębi budynku dało się słyszeć ryk orków i szczęk oręża. Jedna z bestii przeszukiwała leżące na posadzce ciała, zabierając cenniejsze przedmioty.
- Musimy wywabić stamtąd paru brzydali, tak, aby nie dowiedzieli się o tym tamci na górze. Posłuży do tego mój łuk. Po prostu jeden oberwie strzałą, odczekamy sekundkę, aż nas zauważy, a wtedy ustawimy się po bokach wyjścia, gotowi do posiekania bydlaka. Poradzisz sobie w walce w ręcz z orkiem? Możliwe, że wyjdzie więcej niż jeden. Trebor przytaknął, ale w głębi ducha zastanawiał się, czy tak będzie naprawdę. Wprawdzie zabił samodzielnie cieniostwora, ale ślad po jego rogu cały czas widnieje na jego boku. Pokonał również smoczego zębacza, ale tylko cudem tamten nie odgryzł mu ręki. Wreszcie zabił jaszczuroczłeka, ale ten drugi zadał mu cios, który, gdyby nie pomoc magów z Khorinis, okazałby się śmiertelny. Będzie walczył z orkiem - więc co teraz go spotka?
- A więc na trzy zaczynamy. - usłyszał cichy głos swojego przewodnika, dyskretnie otwierającego szerzej drzwi.
- Raz...
Cavalorn przyjął pozycję do strzału, zakładając strzałę na cięciwę. Trebor niepewnie sięgnął po siekacza.
- Dwa...
Sługa magów mierzył w orka, a członek załogi Dragrima ustawił się w ustalonym kierunku, trzymając w prawej ręce miecz.
- Trzy...
Strzała pomknęła w stronę jednego z orków. Trebor nie miał pojęcia, który ze stworów oberwał. Usłyszał tylko głośny ryk, symbolizujący ból i gniew rannego humanoida. Cavalorn stanął z drugiej strony wyjścia, wyjmując swój miecz. Przełknął ślinę. Zaraz stoczy swoją pierwszą walkę z największym wrogiem. Najgorsze dla niego było to, że równie dobrze mogła być ona ostatnia.
Z gospody wybiegł ork, który od razu został powitany przez Cavalorna szybkim cięciem. Bestia mruknęła kilka niezrozumiałych słów i zamachnęła się na wojownika toporem. Trebor postanowił wykorzystać to, że bestia, zajęta Cavalornem stała plecami do niego. Szybkim ruchem wbił siekacza w jej plecy. Ork ryknął z bólu. Trebor nie czekał ani sekundy, wymierzył kolejne ciosy w stronę przeciwnika, który konając padł na ziemię. Cavalorn uśmiechnął się. A więc jego towarzysz potrafi walczyć, co daje im spore szanse na przeżycie. Wiedział, że nie z jednym orkiem będą walczyć . Już parę sekund później z drzwi do gospody wychylił się kolejny stwór, z dzikim wrzaskiem rzucając się na sługę magów. Trebor chciał i tym razem pomóc swojemu towarzyszowi, ale powstrzymał się słysząc tupot stóp, który dochodził naprawdę z bardzo bliska. Zaledwie ułamki sekundy minęły nim uniósł miecz nad głowę i kiedy tylko wybiegająca z gospody bestia znalazła się w odpowiedniej odległości, zadał cios. Trafił idealnie. Zadowolony, ale jednocześnie bardzo zaskoczony patrzył jak głowa potwora odrywa się od ciała. Nigdy jeszcze czegoś takiego nie widział. Orcza głowa odizolowana od tułowia przyprawiała go o mdłości.
- No, no! To się nazywa załatwić orka. - usłyszał głos Cavalorna, którego przeciwnik leżał na trawie z wielką czerwoną plamą na piersi. - Teraz możemy już tam wejść. - dodał. Trebor skinął głową. Jednak nie było tak źle, dobra taktyka bardzo pomaga w odniesieniu zwycięstwa. Wnętrze "Martwej Harpii" naprawdę wyglądało na martwe. Wszędzie tylko ciała i krew. ÂŻadnej żywej duszy.
- Orlan! Gdzie jesteś?! - usłyszał krzyk Cavalorna, nerwowo przyglądającego się ciałom.
- Tutaj. - doszedł ich głos od strony schodów. Trebor ujrzał tego samego człowieka, który przedtem zaciekle bronił się tutaj przed orkami swoim ogromnym toporem.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej