Forum dyskusyjne > Dyskusje na każdy temat

Opowieści z Khorinis

<< < (2/2)

Airyx:
No no, orkowie atakują ,,Martwą Harpię", cóż to się wyprawia w Khorinis... ;D Kolejna fajna część, spostrzegłem tylko jeden błąd: ,,w ręcz", a powinno być ,,wręcz". Oczywiście znowu 5/5. Czas na przerwę, czas na Kitkat-prosiłbym jednak, żeby nie trwała ona zbyt długo. Nie masz serca: rozpoczynasz ciekawą historię, a potem zawieszasz jej opowaidanie na czas nieokreślony. ;) Zaiste, okrutny to czyn! :D

Rysownik:
Mało opisów, same dialogi i walki. Zakończenie, nie oszukujmy się - mierne. To nie ma być serial, który przerywa akcję ot tak, tylko trzyczęściowe opowiadanie (wstęp, rozwinięcie, zakończenie) z ciekawym, interesującym i zachęcającym do przeczytania kolejnej części końcem. Jedyne co w tym opowiadaniach nęci do dalszej lektury to pytania typu "Co się dalej stanie z panem X?". Całość powinna być w jednym rozdziale; fabuła ostatniej części to tylko walka i orkowie, a drugiej to kupowanie. Pierwszy "rozdział" traktuję jako wstęp, a kolejne części jako główne opowiadanie. Jeśli chcesz bym Cię oceniał dobrze to rozbuduj opisy, a kolejne części mają być jak te trzy razem wzięte. Ocena: 2,5/5. Mam nadzieję, że moja odpowiedź ci zainspiruje.

P.S. Twój chwyt "Co stanie z panem X?" niestety działa. Chcę jeszcze! (Oczywiście poprawionych.)

Maka:
 Przeszedł kilka kroków na przód, stając przy skrzyżowaniu korytarzy. Po lewej stronie widział wyjście ze świątyni i stojących przy nim, zajętych rozmową strażników w czerwonych zbrojach. Na szczęście oni go nie widzieli. Pewnie nie przyszło im nawet do głowy, że ktoś może dostać się do świątyni w inny sposób niż strzeżonym przez nich przejściem. Nie zamierzał tego zmieniać. Stąpając cicho po kamiennej posadzce skierował się zgodnie z mapą w prawą stronę, do pomieszczenia z ołtarzem. Dojście do niego nie stanowiło dla marynarza większego problemu. Tylko co dalej. Nie widział nic, co przypominałoby mu portal. Stał sam przed ołtarzem, otoczony ścianami splamionymi krwią. Był bardzo zdenerwowany, drżącymi rękoma sięgnął po mapę od Saturasa. Nie zauważył na niej żadnej wskazówki, zupełnie nic. Czerwony krzyżyk nie wskazywał nic szczególnego. Trebora ogarniał gniew, czyżby magowie chcieli się go pozbyć? Dlaczego więc nie zrobili tego, kiedy był tuż przy nich. Ale jeśli nie, dlaczego wpuścili go w tę pułapkę? Wtedy to przypomniał sobie, jak Cavalorn wciskał kamienne przyciski na ścianie pomiędzy regałami w bibliotece. Nerwowo zaczął przesuwać dłońmi po kamiennej ścianie, na próżno usiłując znaleźć jakieś wybrzuszenie, jakąś odstającą cegłę... Wtem niezdarnie potknął się o własne nogi. Z głośnym hukiem upadł na ziemię, a echo jego upadku rozniosło się po całej świątyni. Marynarz przeklął cicho. Pewnie lada chwila pojawią się tutaj strażnicy. Pospiesznie podniósł się z ziemi, chowając się za ołtarzem. Jego prawa dłoń zacisnęła się na rękojeści miecza Cavalorna. Straż bandytów powoli szła w jego kierunku.

Trebor był bardzo zdenerwowany. On był sam, a przeciwników dwóch, a na dodatek dobrze opancerzonych. Przełknął ślinę. Teraz może zakończyć swoją misję, zapomnieć o kapitanie Dragrimie i powrocie do Myrtany, teraz... Ałć! Poczuł jak coś ugryzło go w rękę. Mały pająk przebiegał właśnie po jego ciele. "O ty skubany..." - pomyślał, zapominając na chwilę o nadciągających przeciwnikach. Mały pajęczak pospiesznie opuścił ciało wojownika i wbiegł na ołtarz. Niewiele myśląc marynarz zmiażdżył go celnym uderzeniem otwartej dłoni. Odgłos zadanego pająkowi ciosu uświadomił Treborowi, jaki był głupi. Poinformował swoich przeciwników o tym, gdzie się ukrywa. Zaklął w duchu, ostrożnie przesuwając dłonią po ściance ołtarza, wracając do swojej poprzedniej pozycji. Wtem jego dłoń na coś natknęła. Było to tak bardzo poszukiwany przez niego przycisk. Niestety nie wiedział, czy aktywuje on bezpośrednio portal, czy też po prostu otwiera drzwi do kolejnej komnaty. Jednak nie było czasu na przemyślenia. Szybko wcisnął wystający kamień i czekał na efekty. Stojąca za nim kamienna ściana zaczęła powoli się odsuwać. Słyszał szczęk dobywanego oręża. Widocznie strażnikom nie spodobało się to, że dzieje się coś niezwykłego. Uśmiechnął się, cały czas będąc w gotowości do walki. Z wyczekiwaniem spoglądał na to co ukaże się w miejscu, w którym przedtem była ściana. Wtem z otworu zaczęła wydobywać się magiczna energia, a więc bezpośredni portal. Właśnie takiego rozwiązania oczekiwał, błyskawicznie wstał z ziemi i puścił się biegiem w stronę magicznego przejścia. Nie odwracał się za siebie, jednak tupot stóp i głośne sapanie bandytów dawało mu jasno do zrozumienia, że strażnicy nie darują mu tych odwiedzin. Nie miał najmniejszej ochoty na nich czekać. Kiedy tylko był już w odpowiedniej odległości, skoczył w błękitne wrota, mające go zaprowadzić tam, gdzie od wieków nie zaglądał żaden człowiek, a teraz, niestety, może tam się znaleźć aż trzech. Ponownie ogarnęło go uczucie zjeżdżania z pionowej ściany, a kilka sekund później wylądował na miękkiej, wilgotnej trawie. Wokół niego rosły pojedyncze drzewa i krzewy. Na dokładniejszą obserwację terenu nie miał czasu. Szybko skrył się w pierwszych lepszych krzakach i oczekiwał na przybycie na swoich prześladowców.

Nie musiał długo czekać. Chwilę później z zanikającego portalu wyskoczyła dwójka bandytów. Trzymając swoje miecze w pogotowiu, rozglądali się po okolicy. Trebor spojrzał na siebie. Jego brązowa zbroja skórzana nie jest mistrzowskim kamuflażem, a i zarośla w których siedzi nie są zbyt gęste. Chyba teraz nie uda mu się uniknąć walki. Jeśli chciał mieć jakiekolwiek szanse, musi zaatakować pierwszy, wtedy zawsze ma atut w postaci zaskoczenia. Mocniej zacisnął dłoń na mieczu Cavalorna i przyjął odpowiednią pozycję. Krzaki zaszeleściły pod wpływem jego ruchu. Przeklął w duchu swoją decyzję. Jeden z bandytów spojrzał się w jego kierunku. Wydawało się, że został już zauważony i nie będzie miał żadnej szansy w nierównej walce. Wtem idący ku niemu strażnik świątyni przystanął, odwracając się w stronę wołającego go towarzysza. Trebor wytężył wzrok. Drugi z bandytów wyraźnie pokazywał coś na ziemi. Pierwszy niechętnie zawrócił. Przez chwilę obaj głośno rozmawiali, intensywnie wpatrując się w ziemię. Marynarzowi udało się podsłuchać tę konwersację.
- Przecież to nie są ludzkie ślady, to NIE MOGÂĄ być ślady człowieka.
- A jak myślisz, czy to, co nas zaskoczyło w świątyni było człowiekiem?
- Wyglądało na człowieka.
- Wygląd może być mylący, przecież wziął się w komnacie z ołtarzem nie wiadomo skąd, a na maga nie wyglądał, to mogła być jakaś bestia, która wciągnęła nas w pułapkę.
- W takim razie wracajmy.
- Ty durniu, portal zniknął, siedzimy w tym bagnie po same uszy, jesteśmy już sidłach tego bydlaka! Teraz tylko on może nas stąd wyciągnąć, jeśli nie ma wobec nas innych zamiarów. Musimy go odszukać!
- Tiaa, a nie lepiej właśnie omijać go szerokim łukiem?
- No i co na tym zyskasz? To jego teren, może zrobić z nami co zechce. A może nie jest wcale taki silny, może chodzi mu oto, abyśmy się go bali? Może jeśli pójdziemy do niego i przywalimy mu tak, jak dawniej tym czterem chłystkom z kolonii karnej, którzy ośmielili się nazwać nas bucami?
- Heh, wtedy wpadłem w furię, te gnojki do końca życia zapamiętają nasze imiona - Begar - z pozoru zwykły strażnik i Zły - wpływowy cień. Masz rację, idziemy dowalić temu padalcowi!
Trebor uśmiechnął się, domyślał, czyje ślady ujrzeli dwaj bandyci. Niedługo pozbędzie się rywali i będzie miał prostą drogę do recepty na stworzenie ulu-mulu. Jednak jego szanse nie wyglądają wcale tak tragicznie. W głowie miał już nawet plan na powrót...
Begar i Zły ruszyli za tajemniczymi śladami stóp. Chwilę później Trebor opuścił swoją kryjówkę i podążył za swoimi przeciwnikami. Przechodząc obok miejsca, w którym stali dwaj bandyci przystanął na moment, przyglądając się odciśniętym na trawie śladom stóp. Na pewno nie należały do człowieka, z tym się zgadzał, co więcej, był już niemalże przekonany, że należą do jednego z tutejszych orków. Był ciekaw, jakie powitanie zgotuje dwóm intruzom. Wyobrażał sobie, jak przerażeni bandyci uciekają przed rozwścieczonym humanoidem, jednak po chwili obraz ten zmienił się na orka, nie mogącego powstrzymać mieczy bandytów, którzy z okrutnym uśmieszkiem przygotowywali się do wykończenia przeciwnika. Trebor otrząsnął się, powstrzymując swoją wyobraźnię od dalszych wizji. Musi przecież śledzić swoich przeciwników, aby nie dopuścić do drugiej sytuacji. Przyspieszył kroku. Roślinność wokół niego stawała się coraz bujniejsza, rzadka, pokryta rosą trawa, zdawała się być coraz większa i gęstsza. Pojedyncze jak dotąd drzewa i krzewy zaczęły pojawiać się niemal na każdym kroku. Teren stawał się coraz bardziej dziki. Co kilka chwil musiał stawać, by odróżnić wgniecenia w trawie pozostawione niedawno przez bandytów od tych, które należały do innych stworzeń zamieszkujących to miejsce. W końcu, po 15 minutach drogi usłyszał głosy swoich przeciwników.
- ... habasch? - orkowa mowa, więc jednak jego przypuszczenia były słuszne. Niestety w ogóle jej nie rozumiał. Pocieszał się, że bandyci nie wiedzą nawet, co do nich przemawia.
- Jaki habasz?! Czego ty od nas chcesz?! - krzyczał zdenerwowany Begar
Trebor podbiegł w stronę, z której doszły go odgłosy rozmowy. Słyszał zdumiony głos orka, nie skupiał się na wyłapywaniu poszczególnych słów. I tak by ich nie zrozumiał. Po chwili humanoid umilkł. Jednak teraz marynarz dobiegł na miejsce i miał doskonały widok na całą sytuację. Dwaj bandyci z przerażeniem wpatrywali się w tutejszego orka, który dość znacznie różnił się od swoich kuzynów, atakujących Khorinis i Myrtanę. Nosił na sobie zbroję, prezentującą się lepiej niż pancerze paladynów. Jego ciało pokryte było gęstą, brązową sierścią, w czteropalczastej dłoni dzierżył miecz, którego widok zaparł Treborowi dech w piersiach. Nigdy dotąd nie widział piękniejszego i lepiej wykonanego oręża. Przenikliwe, zielone oczy badały Begara i Złego od stóp do głów. Pierwszy nie wytrzymał milczenia były strażnik.
- Kim jesteś i czego od nas chcesz?
- Ne rogun.
- A więc załóżmy, że takie jest twoje imię. Ale czego od nas do diabła chcesz?
- Ne rogun.
- To już słyszałem. Odpowiedz na pytanie!
- Ne rogun!
- Nie denerwuj mnie!
- Ne rogun.
- Arghh... Ty parszywy kosmaty stworze nie umiesz nawet rozmawiać! Giń! - Begar rzucił się na orka, który bez problemu uniknął ataku przeciwnika i wolną ręką uderzył go w twarz. Moc tego ciosu była tak silna, że napastnik błyskawicznie runął na ziemię. Zły nie zamierzał biernie przyglądać się, jak jego towarzysz dostaje po gębie, wyciągając miecz pospieszył kumplowi z pomocą. Chciał zajść orka od tyłu. Z dzikim wrzaskiem zamachnął się na humanoida, powoli odwracającego głowę. Był pewien, że za parę sekund opuści ona resztę ciała, lądując gdzieś w pobliskiej trawie. Jednak nagle jakieś inne ostrze stanęło na drodze jego klingi. Stwór był bardzo szybki, od razu po udanym bloku przystąpił do kontrataku. Nie czekając na powtórny atak byłego cienia, niezwykle szybkim cięciem odciął mu głowę. Zły nie zdążył nawet krzyknąć. Bezgłowe ciało bezwładnie runęło na ziemię, a głowa potoczyła się w pobliskie krzaki. Begar widząc los, który spotkał jego towarzysza nie myślał już o niczym innym niż ucieczce, nie oglądając się za siebie pognał wgłąb tajemniczej wyspy. Trebor znieruchomiał. Gdyby orkowie atakujący Myrtanę lub Khorinis walczyli tak samo jak ten, żaden wojownik nie mógłby ich pokonać. Z szeroko otwartymi oczami i ustami patrzał na zwycięzcę starcia, oraz jego ofiarę. Ku jego przerażeniu ork stwór odwrócił się w jego stronę. W jego oczach malowała się wściekłość połączona z nienawiścią. Marynarz wiedział, co powinien teraz robić. Uciekać, ile tylko sił w nogach.
Biegł, nie przejmując się w jakim kierunku. Nie patrzał za siebie. Niecichnące sapanie mówiło mu, że ork ani myśli rezygnować. Przerażony odkrył, że samemu również oddycha coraz ciężej, w końcu nie odpoczywał ani chwili od momentu wyruszenia z Khorinis. Pot zaczął spływać po jego twarzy, poczuł, że zaczyna tracić szybkość, a jego przeciwnik wciąż trzymał tempo. Trebor obejrzał się za siebie, kosmaty humanoid szybko skracał dystans. Musiał przyspieszyć. Wycisnął z siebie resztki sił. Sapanie orka zaczęło powoli cichnąć. Chyba rezygnował Marynarz odetchnął. Nie przejmował się tym, jak potem zdobędzie receptę na stworzenie ulu-mulu. Cieszył się, że ocali swoje życie. Wtem jedna z jego nóg natrafiła na wystający korzeń. Runął na ziemię. Chciał wstać, jednak ból w nodze skutecznie go od tego powstrzymywał. Najprawdopodobniej była złamana. Jego radość była przedwczesna. Ork szedł w jego kierunku, powoli stawiając każdy krok. Trebor wiedział, że zjedzenie choćby ziela leczniczego będzie trwało za długo, o wiele za długo. Był w beznadziejnej sytuacji. W oczach orka widać było wściekłość. Nie był w stanie opanować swoich emocji po tym, jak został zaatakowany przez Begara. Musi jakoś pokazać mu, że wcale nie jest wrogiem, ale jak? Pierwszą myślą jaka przyszła mu do głowy było wyrzucenie miecza. Niewiele myśląc cisnął ostrzem Cavalorna w pobliskie zarośla. Humanoid popatrzył drwiąco na mężczyznę, wzrokiem zdającym się mówić "mnie nie oszukasz, tchórzu". Był coraz bliżej. Trebor zaczynał mieć pustkę w głowie, jak ma okazać orkowi, że jest jego przyjacielem? Musiałby znać coś, symbolizującego przyjaźń. Jakiś gest, słowo, cokolwiek. Przecież nie może zostać zabity tylko dlatego, że jakiś głupi bandyta sprowokował, jak się okazało orka-herosa. A może jednak? Wszystko może się zdarzyć. Pospiesznie odrzucił nadciągający potok bezsensownych myśli. Przyjaźń, przyjaciel - tylko te słowa go obchodziły. Ale co mogło je symbolizować? Miecz, miecz był coraz bliżej, jakieś pięć metrów, klinga, ostrze... Ech, znowu odbiega od tematu. Miał przecież znaleźć coś potwierdzającego jego pokojowe nastawienie, coś, co pozwoliłoby mu na dialog z tymi humanoidami. Coś takiego jak...
- ULU-MULU! - krzyknął, mając nadzieję, że artefakt ten był znany również tutejszym orkom. Stwór przystanął. W wyczekującym spojrzeniu marynarza dało się dostrzec strach. Jednak okazało się, że nie było się czego bać. Kosmata bestia wyciągnęła w kierunku Trebora swoją włochatą łapę. Mężczyzna bez wątpienia uścisnał ją swoją dłonią.
- Una ihda da Grashak. - powiedział ork. Marynarz wolał nie ryzykować, przytaknął. Poczuł potworny ból głowy, ten sam co w porcie w Khorinis a był przecież pewien, że magowie go wyleczyli. Ostatnią rzeczą, jaką poczuł był uścisk włochatych łap, niedługo potem stracił przytomność.
Obudził się w skalnej grocie. Leżał na drewnianym łóżku. Obok niego stało dwóch orków. Jeden, jego przyjaciel z lasu, trzymający w dłoni kubek z dziwnie pachnącym napojem, a drugi nieznany mu łysy, wytatuowany na całym ciele.
- Witaj, człowiecze, masz szczęście, że nasz szaman zna podstawowe antidota.
- Ty... ja cię rozumiem... - wyszeptał Trebor
- Tak. Ja jako jedyny pamiętam ludzi na tych ziemiach. Jesteś obiektem zainteresowania całego naszego małego miasta. Muszę cię zasmucić, ale umrzesz, jeśli nie zjesz korzenia Drakka w ciągu najbliższego tygodnia. Zauważyłem, że już próbowano usunąć z twojego ciała jad ferra, ale nieskutecznie. Tylko magiczna moc Drakka może cie uzdrowić. Wywar przyniesiony tu przez Thuga jeszcze bardziej opóźni działanie trucizny, dzięki czemu będziesz miał aż tydzień na odszukanie tej rośliny, albo i tylko...
- No to pięknie... - powiedział Trebor, pijąc napój z kubka - Mogę już iść szukać? Powiesz mi, gdzie?
- Oczywiście, ale po po wypiciu lekarstwa musisz poczekać godzinę, zanim podejmiesz wysiłek fizyczny. Najpierw powiedz mi, po co tu przybyłeś, no i jak się tu dostałeś.
- Przybyłem tu po to, aby dowiedzieć się jak stworzyć ulu-mulu...
- A więc się dowiesz. Historia podróży poczeka. - stary ork rozpoczął swoją opowieść, a więc wykonał pierwszą część zadania. Teraz musi tylko powrócić do magów, no i najpierw odnaleźć ten korzeń Drakka. Nie wiedział, dlaczego mieszkańcy tego miasta robią z tego tak wielką misję. W końcu to tylko zwykła roślinka. Niedługo miał się przekonać, że jest ona naprawdę niezwykła...

(Szczególnie do Airyxa) Mam nadzieję , że nie straciło nic na jakości. Była przerwa, ale się skończyła. Dalsza część przygód Trebora w przygotowaniu 8)

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej