Forum dyskusyjne > Dyskusje na każdy temat
Człowiek z Kontynentu
viqux:
Dwa pierwsze rozdziały mojego opowiadania, proszę o ocenę :)
Przysięga i mistrz
Alexis był mężczyzną pochodzącym z kontynentu, o długich czarnych włosach sięgających nieco za ramiona, głównie spiętych z tyłu w kucyk. Miał ciemne, brązowe oczy, rzucające bystre i przenikliwe spojrzenie i lekko pociemniałą karnację od mnóstwa godzin spędzonych na polowaniu. Jeśli chodzi o siłę czy zręczność, to nie był szczególnie silny; bardziej polegał na celnym oku i zręczności. Najczęściej wykorzystywał w walce ze zwierzętami swoją szybkość i sprawność. Zadawał ciosy szybkie, ale o małych obrażeniach.
Pochodził z bardzo szanowanej i bogatej rodziny magnackiej, która miała znaczny wpływ na króla Robara I. Alexis nie był jednak księciem, lubiącym wygodne łóżko i jedwabną pościel przepięknie na nim posłaną. W przeciwieństwie do rodziców, kochał naturę. Kiedy był mały, wymykał się nocą z domu by zapolować na małą zwierzynę – olbrzymie szczury, mali krwiopijcy, czasem udało mu się pokonać ścierwojada. Biorąc to wszystko pod uwagę, wkrótce nauczył się świetnie strzelać z łuku, oraz jako tako władać mieczem jednoręcznym.
Kiedy podrósł i mógł zadecydować o własnym życiu, pierwsze co zrobił, to poszedł do znanego żołnierza – Guerosa, by ten nauczył go władać mieczem. Alexis wydał całe pieniądze zaoszczędzone od dziecka, gdyż treningi były bardzo drogie. Idąc na pierwsze spotkanie, aż dygotał z podniecenia.
Wszedł na dziedziniec oddzielający plac zewnętrzny od terenów Guerosa. Rozglądając się niepewnie, wszedł do Sali treningowej, która mieściła się tuż obok domu nauczyciela.
Pomieszczenie, w którym się znalazł było dziwne – zupełnie inaczej sobie wyobrażał salę treningową najlepszego nauczyciela w królestwie rozpościerającym swe tereny bardzo daleko. Pomyślał, że znajdzie ładną, dobrze zadbaną i pomalowaną salę z wieloma dodatkami, typu skóry upolowanych zwierząt czy bronie i flagi orków; lecz przez myśl mu nie przeszło, iż ujrzy coś takiego.
Sala treningowa okazała się obskurnym, starym, chłodnym pomieszczeniem. W środku pachniało mchem i czuć było w powietrzu wilgoć, charakterystyczną dla starych piwnic. ÂŚciany były nawet lekko zielonkawe, a przyczepione do nich pochodnie dawały słaby, rozdygotany blask, przez co w środku panował półmrok. Na środku stał drewniany stół, z kilkoma mieczami, a tuż obok niego stał jakiś średniego wzrostu człowiek z mieczem zawieszonym z lewej strony. Był odziany w lekki, przewiewny strój z czarnej tkaniny falującej lekko. Alexisa uderzyło to, iż mężczyzna ma białe włosy rozpuszczone na ramiona. Oboje patrzyli na siebie z wyraźną niechęcią.
-Jeśli nie chcesz przejść przez trening czyniący z ciebie jednego z najlepszych wojowników, wliczając w to członków armii króla, możesz wyjść – odezwał się Gueros ostrym tonem.
-Nie spodziewałem się takich warunków… – zmieszał się Alexis.
-Ciężkich?
-Tak.
-Nie wiesz w takim razie, co to znaczy mieć ciężkie warunki.
Alexis nie spotkał się nigdy z takim zuchwalstwem. Ten człowiek wziął od niego kupę forsy i teraz chce go uczyć w czymś takim? W tej obskurnej norze?
-Rezygnuję – rzekł zimno. – Oddawaj kasę. Mam nadzieję, że nigdy nie ujrzę ponownie ciebie, ani piwnicy przypominającą twą „Salę treningową”.
-Pieniędzy ci nie zwrócę – powiedział Gueros.
Jak Alexis to usłyszał wytrzeszczył oczy.
-Oszust! – krzyknął. – Wyciągnąłeś ode mnie kasę, złodzieju! Oddawaj ją!
-Nie nazywaj mnie tak – szepnął podchodząc Gueros. – Ręczę ci, że jeśli jeszcze raz coś takiego usłyszę, gorzko tego pożałujesz.
Alexis cofnął się; czuł przed nim respekt i bał się w tej chwili cokolwiek powiedzieć. Poza tym, był wściekły. Teraz wiedział na pewno, że nie odzyska straconych pieniędzy. Miał do wyboru dwa wyjścia: uczyć się w tej norze i pożegnać się z dumą, lub wyjść i potem się zemścić. Po wielu namysłach zdecydował się na rozwiązanie. Przemógł się z trudem ze sobą i własnym charakterem.
-Dobrze – rzekł pochylając głowę. – Chcę się u ciebie uczyć, Guerosie. Nie zawiedź mnie. Wybacz mój poryw wściekłości, lecz zaskoczyłeś mnie bardzo.
Ku zdziwieniu chłopaka, Gueros rzekł:
-Dobrze uczyniłeś. Złość i duma nie jest dobrym doradcą. Po jakimś czasie stanie się dla ciebie jasne, dlaczego będziesz się uczył w tej sali. Wkrótce zrozumiesz…
-Dlaczego mi nie wytłumaczysz teraz?
-Jesteś na wiele rzeczy niegotowy.
Alexis pokiwał głową.
-Zaczynajmy – rzekł.
Gueros podszedł do stołu, na którym było położonych kilka mieczy o różnych kształtach i wielkości.
-Pierwszy krok, który musisz postawić, to wybór miecza – powiedział. – Są głównie dwa rodzaje mieczy: jednoręczne i dwuręczne. Działanie tych broni jest proste: broń jednoręczna jest lekka; możesz nią zadawać szybkie ciosy, jednak o niewielkich obrażeniach. Można nią łatwo manipulować.
Zaś broń dwuręczna jest ciężka. ÂŻeby nią władać musisz być silnym wojownikiem. Ale zadaje ogromne obrażenia, gdyż trzymasz ją oburącz, wykorzystują zamach; trudno nią przez to sterować. Dlatego trzeba bardzo rozważnie walczyć, ale gdy już trafisz przeciwnika, najprawdopodobniej powalisz go pierwszym ciosem na ziemię.
Jak widzisz jedno i drugie ma swoje plusy i minusy. Musisz zdecydować: broń dwu, albo jednoręczna. Wybór należy do ciebie.
Alexis zawahał się. Gdy usłyszał pierwszą opcję, był pewien którą wybrać, jednak po wysłuchaniu drugiego rozwiązania nie miał pojęcia jaką obrać drogę.
-Co mi radzisz? – spytał swego nauczyciela.
-Nie mogę ci nic radzić – odparł Gueros. – Powiedziałem ci wszystko co wiem na temat tych broni. Nie będę sugerował; musi być to wybór całkowicie samodzielny.
-Hmm… – zamruczał uczeń. – A nie ma czegoś pomiędzy bronią dwuręczną a jedno?
Gueros namyślił się.
-Jest – rzekł po chwili. – Broń półtoraręczna. Jest tak jak jednoręczna, ale znacznie dłuższa. Trzymasz ją jak chcesz. Muszę cię jednak przestrzec, że nie najlepszy jest to wybór. Okazuje się potem, że broń półtoraręczna nie jest ani dobrą jednoręczną ani dobrą dwuręczną.
Zapał Alexisa był tak wielki, że w ogóle mu to nie przeszkadzało.
-Nie szkodzi! – z zapałem rozcierał ręce.
Gueros westchnął i podniósł ze stołu długi, stary miecz, ale wysokiej jakości.
-Jesteś pewien? – spytał.
-Tak!
Mistrz położył na wysuniętych dłoniach Alexisa stary miecz.
-Ta broń – rzekł. – Będzie twoim treningowym orężem. Jest twoja. Noś ją przy sobie zawsze, niech cię chroni. Nie możesz kupić ani użyć żadnego innego miecza niż ten – tak mówi kodeks mego ucznia, który sam ustaliłem. Zapamiętaj te słowa. Od tej pory jestem twoim mistrzem, a ty moim uczniem. Nie możesz pobierać u nikogo innego nauk, jak u mnie w tym miejscu. Nie możesz nikomu zdradzać mych sekretów, do czasu mej śmierci. Wtedy będziesz miał prawo być mistrzem i samemu uczyć moimi sposobami i naukami. Przysięgnij, że będziesz moim uczniem i będziesz przestrzegał zasad, które właśnie ci rzekłem.
-Przysięgam na swe życie dochować słów twoich.
Zabójstwo i ucieczka
Minęło pięć lat. Alexis już dawno przestał chodzić na codzienne treningi do mistrza, nauczył się od niego jednak nie mało.
Teraz musiał zadecydować o swej przyszłości. Miał do wyboru wiele ścieżek i dróg, lecz wybrał to, co kochał: został myśliwym, który polował na najróżniejsze dzikie zwierzęta. Nie były to ścierwojady czy krwiopijcy, ale orki, trolle, wargi, cieniostwory, zębacze. Chciał zamieszkać w wielkim lesie, rozciągającym swe tereny wokół stolicy królestwa Robara I. Myśl o zamieszkaniu tam zaświtała mu, gdy znudziły go walki na arenie z eksżołnierzami, lub nocne wyprawy i wyłapywanie wilków. Potrzebował większych wrażeń. Chciał żyć na łonie natury. Udał się do swego mistrza i spytał go, co on o tym sądzi.
-A więc podjąłeś już decyzję? – zapytał Gueros.
-Tak. Muszę to przyznać: kocham naturę od urodzenia i żyć z nią chcę w pokoju. Chcę osiąść w lesie otaczającym nasze miasto.
Gueros wytrzeszczył oczy. Nigdy by nie pomyślał, że Alexis może chcieć uczynić rzecz tak szaloną i bezmyślną.
-Czy wiesz, młody człowieku na co się decydujesz? – szepnął. – Martwy Las! Taką nazwę nosi miejsce, w które chcesz się udać! A wiesz dlaczego?
Chłopak pokiwał przecząco głową ze strachem. Nie miał pojęcia nic o zdarzeniach mających miejsce w lesie. Gueros kontynuował:
-Nie słyszałeś nigdy legend, opowiadanych z ust do ust lękliwym szeptem… Kto tam poszedł, nigdy nie wracał. Mówi się o bestiach mieszkających tam, nawet Orkowie się tam nie zapuszczają… Powiadają, że nawet cieniostwory, tak silne i potężne stworzenia żyją w stadach by przeżyć, golemy leśne i kamienne gotowe zabić każdego, atakują z armią ożywieńców… To szaleństwo. Nawet setka uzbrojonych po zęby paladynów nie pożyje tam kilku dni… A co dopiero mówić jednym, samotnym człowieku… Odpuść sobie, Alexisie. Nie idź w pewną śmierć. Tam nic od śmierci nie uchroni.
-Podjąłem już decyzję – rzekł Alexis. – I nie mogę jej zmienić.
Gueros spojrzał na niego oczyma pełnymi bólu.
-Jesteś i byłeś moim najzdolniejszym uczniem. Jednak wiedzę, że to nieuniknione. Chcesz odjeść… Daj mi swój miecz.
Alexis spojrzał na niego zaskoczony. Czyżby jego mistrz chciał mu odebrać mu oręż, którym zaczynał uczyć się walczyć? Powoli odpiął pochwę i podał ją Guerosowi. Ten zaś odpiął swoją i podał mu ją.
-Jestem z ciebie dumny, Alexisie – rzekł. – Dumny. Od tej pory masz mój miecz, na znak ukończenia u mnie nauki. Walcz nim, jak przystało na mego ucznia.
Alexis nie mógł w to uwierzyć. Wziął oniemiały nową broń i z błyskiem w oczach dobył miecza, aż niebieskie skry poszły z ostrza. Oglądał cal po calu pozłacaną rękojeść, lekki, acz dziwnie błyszczący i ostry kruszec z jakiego broń była zrobiona.
-Półtoraręczny… – powiedział Gueros. – Zrobiony z magicznej rudy, czyli najlepszego kruszcu do tworzenia zbroi i mieczów. Został on skonsekrowany przez arcymaga mistrzów kręgu ognia i wody. Otrzymałem go za uratowanie królowi życia podczas wojny z orkami. Teraz przeszedł w twoje ręce. Wykorzystaj go w słusznej sprawie. ÂŻegnaj, Alexisie. To była wielka przyjemność uczyć kogoś takiego ja ty. Nie mam na to nadziei, ale chciałbym cię jeszcze zobaczyć.
Alexis wyszedł od swego nauczyciela był zdziwiony jak nigdy dotąd. Otrzymał piękny miecz; nawet nie marzył o takim. Zdziwiły go również słowa Guerosa. Najlepszy uczeń… Jeśli to prawda, to największy zaszczyt jaki w życiu go spotkał.
Wrócił do domu, planując wyruszyć na stałe do lasu po zapadnięciu zmroku. Musiał wymknąć się niepostrzeżenie. Nie chciał nawet myśleć o plotkach jakie by wybuchły gdyby jawnie oświadczył, że idzie zamieszkać w lesie. Nie zniósł by tego. Jeśli mają się skapować, że go nie ma, to dopiero za kilka dni.
Wstał za piętnaście północ. Ostrożnie zszedł z łoża, i zapalił najmniejszą świecę, jaką miał, poczym wyjrzał przez drzwi, chcąc sprawdzić, czy nikt się nie pałęta przypadkiem, ale miasto o tej porze spało. W kamiennych, dużych domach światło się nie paliło nigdzie, niezmącona cisza panowała w mieście. Tu i ówdzie siedział strażnik miejski, pełniący wartę w razie bójek.
Alexis odszedł od okna i zaczął się ubierać. Założył solidną kolczugę, zasłaniającą ciało od szyi w dół. Na to wciągną zwykły strój, by nie zwracać na siebie uwagi. Założył kołczan pełen ręcznie zrobionych przez niego strzał, zakończonych ostrych grotem i długi, cisowy łuk. Przepasał pochwę z mieczem i włożył za pas krótki sztylet, bardzo potrzebny w walce na dystans. Skradając się, wyszedł na dwór.
Była chłodna noc. ÂŚwiecące na czarnym niebie, rozsiane wszędzie gwiazdy wraz księżycem oświetlały domy i uliczki miasta. Tu i ówdzie czuwali strażnicy, ale Alexis ruszył ciemną, gdzie spodziewał się nie spotkać nikogo. Szedł szybkim krokiem, uważnie rozglądając się dookoła.
Nagle usłyszał ciche kroki. Obejrzał się zaskoczony, lecz był otoczony budynkami z jednej strony, a kamiennym murem z drugiej. ÂŚwiatło księżyca i gwiazd zostało przesłonięte. Nic nie widział.
Kroki natomiast słyszał wyraźniej: ktoś biegł w jego stronę. Zacisnął odruchowo pięść na mieczu chcą dobyć go z pochwy, lecz uczynił to sekundę za późno. Został powalony przez potężnie zbudowanego mężczyznę, znacznie większego od niego. Leżąc na ziemi czuł przystawiony zimny sztylet do szyi.
-Dokąd to się wybieramy w środku nocy, co? – syknął mu do ucha nieznajomy. – Zresztą nieważne. Mam coś ważniejszego do wykonania… Gueros dał ci swój miecz! Sam widziałem jak to robił… On jest tyle wart… Dawaj go, a oszczędzę ci życie! No już!
Alexis zrozumiał: człowiek ten śledził go chyba cały czas. Napadł na niego, by odebrać mu miecz Guerosa, który jest na pewną cenną relikwią, wartą mnóstwo złota.
Nie zamierzał na to pozwolić. Był sprawny i gibki toteż zebrał wszystkie siły i błyskawicznie jedną ręką złapał przeciwnika za nadgarstek po czym wykręcając staw, sięgną po łokieć drugą i pod kątem szarpnął w dół. Rozległ się przerażające trzask łamanej kości. Człowiek wygiął się i krzyknął, a wtedy Alexis sięgną po miecz i jednym płynnym ruchem wyjął go z cięciem z ukosa i przeciął mu gardło. Zabulgotało w ustach mężczyźnie, siła ciosu obróciła nim. Zanim padł na ziemię obryzgał wszystko wokół krwią, nie wyłączając Alexisa, który stał oszołomiony zdarzeniem.
Niestety, hałas ten sprowadził strażników miejskich. Natychmiast przybiegło dwóch. Byli odziani w ciężkie, czarno czerwone zbroje z godłem króla na piersiach. Alexis znał ich dobrze. Z tego co pamiętał, byli twardzi i honorowi. Oni również go poznali. Zauważyli też zwłoki i co najgorsze, było to dla nich w tym momencie najważniejsze.
-Zabiłeś go? – spytał jeden z nich.
-Ja się tylko broniłem… – spłoszył się Alexis. – On mnie napadł… ja nic nie zrobiłem, uwierzcie! Mój mistrz, Gueros, poręczy za mnie, przysięgam!
-Gueros nie żyje – rzekł jeden z strażników. – Został zamordowany kilka godzin temu. Nie złapaliśmy zabójców. Uciekli, lecz wiemy, że kryją się gdzieś tutaj… a jeśli to byłeś ty?
-To nie ja! Jak możecie tak mówić?!
-Nawet jeśli nie zabiłeś Guerosa, nie miałeś prawa zabić jego – strażnik w skazał na martwego człowieka ręką. Wyjął kuszę i załadował bełt, celując w Alexisa. To samo uczynił drugi.
-Zgodnie z rozkazem króla, mamy uśmiercać mordercę. Takie jest prawo.
-Ja się broniłem! Ten sukinsyn mnie napadł i przystawił miecz do szyi, ja złapałem go za nadgarstek i łokieć złamałem rękę i jak zaczął krzyczeć przestraszyłem się; sięgnąłem po miecz i ciąłem go w szyję. Ja naprawdę nie chciałem go zabić! Nie jestem mordercą!
Strażnicy zawahali się. Wierzyli chłopakowi, lecz nawet gdyby zaprowadzili go przed oblicze króla, zostałby ścięty. Jeśli by go zostawili tutaj i odeszli, mogliby się narazić na nie przyjemności: a jak ktoś widział tę scenę?
-No dobra – rzekł jeden ze strażników, chowając kuszę. Podszedł do Alexisa i rzekł do niego ściszonym głosem. – Wierzymy ci, ale nie możemy cię uwolnić. Musisz uciekać z kontynentu. Popłyniesz na bogatą wyspę, słynącą z pięknych lasów, terenów i bogactw. Zwą ją Khorinis, perłą Myrthany. Zaprowadzimy cię, jak aresztowanego do portu, bo ktoś mógł nas widzieć. Popłyniesz moim statkiem.
Alexis już miał podziękować, gdy strażnik dość boleśnie wykręcił mu rękę i zaprowadził tak skrępowanego do portu.
Nabrzeże portowe było bardzo duże. Rozjaśniony księżyc rzucał piękny blask na morze, które migotało ze światłem odbijając jego cień wzdłuż lądu. W oddali widoczna była latarnia morka z dającym światło ogniem na górze, Alexis dostrzegł zarzucone sieci rybackie na plaży nieco wschód od miejsca w którym stał, ujrzał też przycumowany wielki statek, galeon, który przewyższał wielkością wszystkie inne, oraz budził podziw i uwagę. ÂŁódź ta należała do paladynów, czyli świętych wojowników boga zwanego Innos.
Chłopak widział port już kiedyś, ale nigdy nie myślał, że będzie musiał uciekać drogą morską na jakąś wyspę za zabójstwo. Strażnik doprowadził go do statku średniej wielkości, którym można było sterować samemu.
Alexis uwolnił się w końcu z silnego chwytu. Rozcierał kości i dziękował stokroć ludziom, którzy złamali własne zasady, własne prawo i narazili się po to, by tylko uratować z rąk śmierci chłopaka, w którego niewinność uwierzyli.
Właśnie stamtąd, w wieku 24 lat, Alexis popłynął na wyspę Khorinis, gdzie miało się wszystko zacząć…
podrawiam
Arthas:
Bardzo interesujące, wciągające i treściwe opowiadanie. Jest to jedna z lepszych prac dotyczących Gothica, jakie zdołałem przeczytać. Bardzo ładna i ciekawa historia życia i podróży dzielnego młodzieńca Alexisa, która została umiejętnie i po mistrzowsku wpleciona w świat Myrtany. Doskonale zastosowane dialogi i opisy, które dodają uroku całemu opowiadaniu i ładnie się przez nie przeplatają. Fabuła i akcja bardzo dobrze się rozwijają i żaden moment czy część opowiadania, nie nudzą. Warto pochwalić twój styl i język, w jakim piszesz. Również duży zasób i ogrom słownictwa może budzić podziw i zachwyt. Co do błędów, to niemal ich nie ma, występują sporadycznie - dopatrzyłem się może ze 3, 4 literówki. Jeśli chodzi o resztę, to nie mam zastrzeżeń, wręcz przeciwnie - wszystko jest bardzo dobre, wręcz świetne. Ciekaw jestem jedynie, jakie są dalsze losy Alexisa i ile jest jeszcze części "Człowieka z Kontynentu". Bardzo chętnie widziałbym tą pracę wśród opowiadań, które będą zamieszczone na stronie.
Ocena: -10/10
Gwiazdki: 5/5
Arkhan:
Dawno czytałem twoje opowiadanie, i mogę śmiało powiedzieć że jest to dzieło na miarę mistrza. Rewelacyjnie oddałeś uczucia bohaterów, wyśmienicie pokazałeś otaczający świat, do tego dochodzą opisy jak i inne smaczki. Posiadasz bogaty zasób słownictwa, i wcale ci się nie dziwię że pisanie to twoja pasja oraz to że twoja praca pojawiła się na stronie w kategorii najlepszych. Piszesz w sposób który przyciąga czytelnika na dłużej, imho faubła nie odegrała tak znaczącej roli jak stylistyka. Headshot, niema bata.
Ocena 10/10
Gwiazdki 5/5
Grison:
Opowiadanie poprostu super! Naprawde umiesz pisać i masz na to pomysł. Fabuła mi się bardzo podobała.
Pierwsze dwa rozdziały czytało się z wielkim zaciekawieniem gdż stwożyłeś w nich ciekawą postaćnauczyciela twojego bohatera. No i Sam Alexis jest dosyć fajną postacią z charakterem. Trzeci rozdział zaś był po prostu doskonały. Bardzo dobrze oddałeś w nim wygłąd i psychikę całej pirackiej bandy w tym wspaniałego Grega, który musi uznać wyższość Alexisa.
Prosze pracuj dalej. Jestem bardzo ciekawy co dalej stanie się z twoim bohaterem.
Ocena:
10/10
5/5
viqux:
Nadal nie mam neta na swoim kompie, dlatego nie bylo dalszych czesci opowiadania... ale udało się znaleźć dalszą część na innym forum :)
Khorinis
Alexis nie musiał płynąć długo, ponieważ od razu po wyskoczeniu widział wysepkę, na której się zatrzymał. Była prawie cała skalna, chociaż dostrzegł tam kawałek plaży, zarośnięty prawie cały krzakami. Porządnie się zmachał, ale jak dotarł do brzegu, to wyczołgał się na niego z wielką ulgą. Zostawił dechę na brzegu i chciał wleźć na sam szczyt skał, by dowiedzieć się, gdzie jest. Ruszył, rozglądając się niepewnie. Był na niewielkim obszarze, cały zarośnięty przez krzaki. W dodatku słyszał jakieś dziwne charczenie.
Niespokojny dobył miecza, rozglądając się niepewnie.
Nagle z krzaków wyskoczyło na niego dwóch jaszczurów. Obydwa były wielkie, płaskie i niskie, ale ich nogi były jak u żaby (tyle że kilka razy większe), natomiast zęby w pysku były krótkie i ostro zakończone. Jeden złapał go mocno za nogę, a młodzieniec ciął go mieczem od dołu. Jaszczur cofnął się z zraniony, jednak natychmiast ranny ponowił atak. Alexis tym razem był przygotowany. Rzucił się bok i z zamachem rąbną mieczem, lecz chybił. W tym momencie drugi jaszczur wkroczył do akcji, lecz zaatakował nierozważnie biegnąc z otwartym pyskiem. Wtedy miecz z magicznej rudy wbił mu się w podniebienie, z którego natychmiast pociekła krew, zalewając rękę wojownika. Chłopak cofnął się kulejąc; noga, w którą ugryzł go pierwszy gad, krwawiła. Wtem jaszczur z pyskiem zalanym krwią, na oślep zaczął atakować, jednak jego życiu położył kres silny cios od góry, kruszący czaszkę i rozcinający grubą skórę. Martwe zwierze, całe we krwi padło na ziemię.
Ranny chłopak poszedł chwiejnie podszedł do morza i przemył wodę. Strasznie go zapiekło rozcięcie, krzykną z bólu. Wtem rozległ się głos:
-Kim jesteś?
Młodzieniec obrócił się. Z jaskini zakrytej krzakami, której zauważenie było prawie niemożliwe wyszedł średniego wieku człowiek, z białymi włosami związanymi z tyłu w kucyk. Alexis odruchowo sięgnął po miecz, gdyż mężczyzna był uzbrojony.
-Nie bój się – powiedział człowiek. – Nie zrobię ci nic. Ale nie widziałem cię nigdy w Khorinis. Mów kim jesteś!
-Mam na imię Alexis, a pochodzę z kontynentu – odparł chłopak. – Płynąłem tu statkiem, ale zatonął on podczas sztormu. Nie wiem co się działo dokładnie, ale dorwali mnie potem piraci. Cudem od nich uciekłem. Tyle ode mnie. A kto ty jesteś?
-Jestem Ramirez, mieszkam w Khorinis. Nic więcej nie będzie cię obchodzić. Zrozumiałeś?
-Tak.
-To dobrze. Jesteś dobrym wojownikiem. Widziałem twoją walkę z jaszczurami… No, no jestem pod wrażeniem. ÂŻyjesz.
-Ale jestem ranny. – Alexis usiadł. Zdarł koszulkę z klatki piersiowej, chcąc zawiązać ją wokół rany. Wtedy dopiero zobaczył, że piraci gwizdnęli mu kolczugę. Zaklął pod nosem i przewiązał materiał przez nogę. – Ta noga będzie mi długo dokuczać – westchnął. – Została solidnie poszarpana przez tą bestię.
-To i tak mała szkoda. Przez te potwory nie mogłem wyjść z jaskini. Osiedliły się tu niedawno. Nie mogłem przez nie wyjść. Słaby ze mnie wojownik. Ale ty mnie uratowałeś… Jak mogę ci pomóc?
-Mówiłeś coś o Khorinis… Chcę tam dotrzeć, pomóż mi…
-Nie ma sprawy. Wyspa jest niedaleko. Właściwie jakieś sto metrów do przepłynięcia jest. Ale nie ma się co martwić, przypłynąłem tu łodzią. – Mówiąc to, odszedł do jaskini i wrócił po chwili, samemu ciągnąc niewielką, jednoosobową łódź.
-Zmieśmy się we dwóch. – rzekł.
Alexis był zdziwiony, że nieznajomy człowiek, ratuje go z sytuacji. Przecież mógł samemu odpłynąć.
-Dlaczego mi pomagasz? – spytał.
Ramirez uśmiechną się tylko i rzekł.
-Uratowałeś mi życie. Zabiłeś jaszczurów, które by mnie zabiły. W tej jaskini nie miałem co jeść, prócz tego, co miałem przy sobie. Kilka dni i bym padł z głodu.
-Aha – mruknął Alexis.
-Dasz radę samemu wciągnąć się do łodzi? – spytał Ramirez.
-Chyba tak.
Chłopak stanął na jednej nodze podpierając się mieczem. Z trudem bo z trudem, ale udało mu się wejść do łodzi. Usiadł na końcu łajby, starając się zająć jak najmniej miejsca. Ramirez ledwo się wcisną. Dał chłopakowi wiosło, samemu trzymając w garści drugie.
-Sam nie dam rady – rzekł. – Wiosłuj z prawej strony, ja będę z lewej. Przykro mi, że przez nogę będzie ci ciężko, ale nie ma siły: gdybym sam wiosłował płynęlibyśmy z 10 lat.
Odepchnęli się mocno wiosłami, wypływając na wodę. Opłynęli dookoła małą wysepkę, a dopiero wtedy Alexis ujrzał z daleka Khorinis. Z dalekiej odległości mógł dostrzec tylko drewniane domy i kilka łodzi przycumowanych do portu.
Płynęli jakiś czas, ciężko wiosłami przedzierając wodę. Alexis sporo się namęczył, ponieważ noga piekła go nieznośnie, a w dodatku woda bujała łajbą bardzo nieprzyjemnie. Zaczęło się robić trochę słabo.
Po jakichś pół godzinach dotarli do brzegu. Nabrzeże portowe było całkiem spore. Wpłynęli między dwie łodzie i wspięli się po kamiennym wejściu. Port był cały zrobiony z kamienia. Wzdłuż niego przymocowanych było wiele łodzi, różnych wielkości: niektóre rybackie, inne typowo luksusowe, a inne tak stare, że przeciekała do nich woda. Domy wzdłuż kamiennego zabudowania stały ułożone wejściem do brzegu. Były drewniane, o różnym stopniu zniszczenia. Przy niektórych leżały puste sieci, beczki, skrzynie, a nawet przed jednym z domów kręciło się dwóje ludzi, przybijających do robionego właśnie statku mocniejsze deski. Wszędzie kręcili się ludzie, panował wszędzie gwar, a zewsząd słychać było głosy rozbawionych ludzi.
Alexis obrócił się do Ramireza.
-Czy jest tu jakiś zielarz, potrafiący mi uleczyć w miarę szybko nogę? – spytał.
-Tak – odparł Ramirez. – Nazywa się Constantino. Ale nie uleczy cię, jeśli nie przypadniesz mu do gustu. Poza tym, musisz mieć złoto…
-Nie mam ani grosza. Piraci mi wszystko zabrali… gnojki – mruknął pod nosem.
-Jeśli chcesz, możesz pójść do Ignaza, to szalony alchemik. Ale nie zdziwiłbym się, gdyby cię zabił, robiąc na tobie eksperymenty.
-To chyba podziękuje. Gdzie mogę tu dorobić?
-Z poszatkowaną głową wiele nie zdziałasz. Ale radzę ci pójść do lichwiarza Lehmara, on ci pożyczy pieniądze. Z nimi pójdziesz do Constantina, który cię uzdrowi. A kasę oddasz Lehmarowi, jak znajdziesz pracę. Nie brak jej w Khorinis.
-Dobra. Zaprowadź mnie do tego Lehmara.
-Jak chcesz.
Ramirez zaprowadził kulejącego młodzieńca przez małą ulicę. Przeszli obok jakiejś knajpy, przy której wejściu stał jakiś obdartus, minęli stoisko kupieckie niejakiej Feni, sprzedającej artykuły spożywcze typu ryby, chleb, mleko, woda, gulasz. W końcu stanęli przed jakimś domem. Chcieli wejść do środka, gdy zatrzymał ich jakiś dziwny koleś. Oczy miał podkrążone, a twarz łysą i bladą. Był wysoki, chudy, przepasany miał długi sztylet, a w dłoni trzymał skręta. Pociągnął tęgo narkotyk w płuca i powiedział ponurym głosem:
-Czego tu chcecie…?
Ramirez uniósł brwi.
-Jeśli mnie nie poznajesz, ty nędzny ćpunie, to przeszedłeś samego siebie.
Człowiek przyjrzał mu się dokładnie.
-Ach, to faktycznie ty… – mruknął pod nosem. – Wchodźcie, tylko nie drażnijcie szefa, bo skończycie z pyskiem wrytym w ziemię.
-To Meldor – rzekł półgłosem Ramirez do Alexisa, gdy mężczyzna oddalił się. – Jest ochroniarzem Lehmara, koleś też ściąga niespłacone długi. Lepiej z nim nie zadzierać. Mimo, że jest na haju, potrafi nieźle przyłożyć.
Weszli do małego domu. Mimo, małych rozmiarów, był bardzo bogato urządzony. Stały tam dwa łóżka, w tym jedno z zasłonami i zdobione srebrem. Na kominku stał srebrny talerz i złoty puchar. Zaś w środku domu, przed owym kominem, w czerwonym fotelu siedział łysy koleś z wąsami. Był odziany w dobrej jakości strój, w przeciwieństwie do obdartusów z portu.
Alexis od razu przeszedł do rzeczy.
-Ile możesz dać? – spytał na wstępie.
-Od 50 do 500 sztuk złota – odparł Lehmar.
-Dawaj 200.
-Nie tak szybko, kolego. Kiedy mi oddasz?
-Kiedy będę mógł.
-Zapomnij o tym. Na zwrócenie kasy będziesz miał tydzień.
-A jeśli nie zdążę?
-Będę czekał jeszcze dwa dni.
-A co z odsetkami?
-Od pożyczonej sumy biorę 25%. Jeśli spóźnisz się o jeden dzień, oprocentowanie wzrasta o 5%. Jeśli kasy nie przyniesiesz drugiego dnia po terminie, odsetki razem wyniosą 35%. Jasne?
-A jeśli kasy nie przyniosę?
W tym momencie do rozmowy przyłączył się Ramirez.
-Byłoby dla ciebie lepiej, gdybyś jednak przyniósł.
-Jeśli kasy nie oddasz – rzekł Lehmar – to wyślę moich ludzi na ciebie. Będą cię wtedy czekały ciężkie dni, bo mam wpływy w całym mieście. Wywalą cię z pracy, każdy będzie chciał cię dopaść, bo za twoją głowę wyznaczę nagrodę.
-Masz twarde zasady. Ale zgadzam się. Dawaj kasę, a oddam ci w terminie.
-Podpisz tutaj. – Lehmar wyjął pióro i napisał coś w małej, fioletowej książeczce i podał ją Alexisowi, karząc podpisać ją w danym miejscu. Młodzieniec złożył podpis z wielkim zawijasem i wziął pieniądze. Lehmar dał mu w sakwie odliczone dwieście monet.
-Muszę już iść – powiedział Alexis.
Lehmar wzruszył ramionami.
-Jak sobie chcesz…
-Niezły typek – powiedział młodzieniec, gdy szli zalaną słońcem ulicą, po wyjściu z domu lichwiarza. – Nie lubi być oszukiwany, jest bardzo ostrożny.
-Dziwisz mu się? – spytał Ramirez.
-Nie, ale trochę nie lubię, jak ktoś nie ma do mnie zaufania. Jestem uczciwy.
Ramirez uśmiechnął się chytrze.
-Wszyscy jesteśmy uczciwi - zarechotał.
Gdy tak gawędzili sobie beztrosko, mijając różne domy, podszedł do nich strażnik.
-Kim jesteś? – spytał ostro Alexisa.
-Pochodzę z kontynentu i przypłynąłem tu by zacząć nowe życie.
-A co ci się w nogę stało? - pytał podejrzliwie człowiek.
-Jaszczur mnie ugryzł. Właśnie idę do zielarza.
-To idź, ale pamiętam twoją gębę. Jak będziesz sprawiał problemy, szybko się z tobą policzę – po tych słowach odszedł.
-Co mu jest? – spytał zdezorientowany Alexis.
-To Pablo – wyjaśnił Ramirez. – Pracuje w straży miejskiej. Nieźle walczy, ale ciągle się puszy, bo myśli że całe Khorinis jest jego własnością.
-Dobra, ale prowadź mnie do tego Constantino.
Ramirez poprowadził go mieszkania, położonego w przejściu z placu, na którym wygłaszał mowę jakiś mag w niebieskiej szacie, obok kuźni niejakiego Harada.
-Musisz wejść sam – powiedział Ramirez.
-Dlaczego?
-Bo ja tak mówię – warknął mężczyzna. – No już, wchodź. Nie będę czekał na ciebie całego dnia.
Młodzieniec pokuśtykał do wskazanego mieszkania. W rogu postawiony był stół alchemiczny, przy którym miksturę przygotowywał stary mężczyzna, łysiejący już. Włosy które mu jeszcze zostały, były białe. Przy ścianie stało łóżko, a obok niego skrzynia, która budziła ochotę, by otworzyć ją i zabrać całą zawartość. Alexis jednak stłumił ochotę i odchrząkną głośno. Wtedy dopiero alchemik go zobaczył.
-Czego tu chcesz? – warknął.
-Możesz uzdrowić mi nogę?
-Ciężko ranna?
-Myślę, że tak.
-No to won stąd!! – wrzasnął niespodziewanie staruch. – Krwawisz na moją podłogę!
Alexis miał ochotę zdzielić go solidnie mieczem. Zamknął oczy, ledwo panując nad sobą.
-Zapłacę ci – wydyszał, z trudem ukrywając złość na tego człowieka.
-Aaaaaa, zapłacisz – ton Constantina się zmienił. – A ile dasz złota, bym ci uleczył nogę? Moje usługi nie są tanie.
-Dam… 50 sztuk złota – rzekł chłopak.
Zielarz zaśmiał się jedynie.
-No… 70?
Constantino westchnął.
-Chłopcze – powiedział ze złośliwym uśmiechem. – Za tyle to mogę ci najwyżej sprzedać jakies chwasty.
-Jak nie chcesz zarobić, to nie. Więcej nie mam.
Alexis odwrócił się do wyjścia.
-Zaczekaj! – zawołał zielarz.
-Ach tak?
-Dawaj te 70… uleczę ci nogę. Robię to, bo nie chcę, żebyś wyszedł z płaczem do straży. Straciłbym klientów.
-Rozumiem.
Alexis wyjął 35 monet.
-Zapłacę gotówką. 50 % zniżki?
-ÂŻadnych zniżek. Ale zapłacisz gotówką.
Młodzieniec dał całą kwotę.
-Ulecz mi tę nogę.
-Najpierw muszę wiedzieć, jak ją zdobyłeś.
-Jaszczur mnie ugryzł.
-Jadowity?
-Rany, chyba nie! Nie wiedziałem, że jaszczury są jadowite…
-Bo nie są – zielarz się zaśmiał. – Taki żarcik, sam rozmiesz.
-Weź mnie nie nękaj, tylko ulecz nogę, bo zeświruję.
-Spokojnie…
Po dwóch godzinach Alexis wyszedł z mieszkania alchemika z całkiem zdrową nogą. Teraz musiał znaleźć jakąś robotę, najlepiej u jakiegoś myśliwego. Mógłby mu dawać skóry zwierzęce, futra i tego typu rzeczy. Kupił od Constantina jego własną mapę miasta po promocyjnej cenie.
zapraszam do oceny
pozdrawiam
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej