- Nieumarli, duchy, zjawy, widma... mutanty. W tej kopalni, zginęło wiele istnień...
Szliście we troje Dael, Salazar i Silvaster na przód. Widzieliście pozawalane elementy tunelu, wszędzie gruz i węgielne rudy. wszędzie były porozrzucane całe kości szkieletów przygniecione głazami. Salazar zatrzymał się i rozłożył rękę blokując Silvasterowi i Daelowi ramieniem drogę na przód.
- Nie, musimy wziąć ogień... ja mam trochę soli... nie przeżyjemy tego we trójkę... trzeba nam ognia... ROZPALIĂ OGIEĂ! PO DREWNO I OGIEĂ! - Mówił rozjuszony, wściekły, wyglądał jak osoba, która wpadła w szał, jak epileptyk, jego oczy biegały na wszystkie strony jakby widząc coś, czego nie ma. Złość i wściekłość, było coś, co było ewidentne do wyczucia w jego rozjuszonym głosie.
Darius usłyszał wrzaski i rozkazy Salazara, szybko wybiegł z wejścia do kopalni i pobiegł w kierunku najbliższych drzew osadzonych na krańcu dżungli, wysuszonych zaschniętych, łamał gałęzie, które można by łatwiej rozpalić...
Salazar widział i słyszał duchy umarłych, były ich setki, tysiące, które zmarły tu tysiące lat temu, wiedział co go czeka, słyszał jeden wielki hałas wypowiadanych słów przez duchy, wszystkie słyszał, wszystkie które były obok, było tego zbyt dużo, nie mógł tego znieść... Nie chciał ignorować, nie mógł, ciekawość na to mu nie pozwalała, jednak nie mógł też tego słuchać, tego czuć...