Liny zaczęły płynnie opadać z wysokości, lądując kilka metrów przed nimi na ziemi. Nie były równej długości, bo kilka z nich kładło się długim warkoczem na mokrej od rosy trawie, a jedna nie sięgała nawet tejże trawy, brakowało jej kilkudziesięciu centymetrów. Poeta postanowił wziąć się za nią z racji tego, że był w stawce prawdopodobnie najwyższy, a przynajmniej górował nad krasnoludami z oddziału Yarpena.
- Widzimy się na górze, Panowie - rzucił do zebranych, gdy wszyscy byli już gotowi do tej niebezpiecznej wspinaczki.
Wiatr nie był jeszcze mocny, a przynajmniej nie na tej wysokości. Funeris chwycił się mocno rękoma za sznur i podciągnął do góry. Skórzane ękawice, które miał na dłoniach, wybrudził wcześniej starannie w popiele z ogniska, by dodać im jak najwięcej przyczepności. Sznur kołysał się leciutko, gdy Poeta systematycznie i mozolnie przesuwał ciało wyżej. Najpierw rękoma złapał się tuż nad supłem, poprawił chwyt, podrzucił nogi. Linę miał puszczoną między nogami i oplecioną kolanami, by nawet przy wypuszczeniu jej z rąk nadal móc zawisnąć i nie spaść. Supły były porobione co jakieś pięćdziesiąt centymetrów, więc wspinaczka nie przysparzała żadnych kłopotów.
Ręce do góry, potem nogi. Znowu ręce, znowu nogi. Niczym robak pełznący środkiem leśnej ścieżki, gdy ziemia jest jeszcze mokra i na gałęziach wokół czuć fosfor błyskawicy. Poeta wysforował się na prowadzenie, chociaż nie był to żaden wyścig - po prostu miał lepsze tempo. Co jakiś czas robił krótką przerwę, by dać odpocząć jednej ręce - opuszczał wtedy ją wzdłuż tułowia i strzepywał, jakby chciał strącić jakiegoś pająka z ramienia. Chwila wytchnienia nadwyrężonej kończynie i zmiana na drugą. Nie mógł dopuścić do sytuacji, gdy chwyt mu nie wytrzyma w nieodpowiednim momencie - a takim momentem byłby chyba niemalże każdy.
Po przebyciu większości drogi, wiatr zaczął dokuczać coraz mocniej. Skała była smagana coraz to mocniejszymi podmuchami, które nieźle potrafiły zakołysać wspinaczami. Kilka razy zdarzyło się nawet, że człowieka obróciło wokół własnej osi. Dodatkowo, jakby tego było mało, jakiś przelatujący ptak nasrał mu na buta, widział to wyraźnie. Najpierw chwilę przyglądał się myszołowowi, jak kołuje nieco na jego głową, by wypuścić śmierdzącą i lepką bombę, która opadła dokładnie na czubek jego lewego buta.
Po niemiłosiernie długim czasie wspinania dotarł wreszcie na szczyt nawisu i wspiął się na solidny, twardy grunt.
//Wspiąłem się bez przeszkód?