Tereny Valfden > Dział Wypraw
Dwie ofiary - jeden cel
Boba Fett:
Podczas gdy Crisis wraz z Lordem Sado piekli mięso wilka omawiąjąc przy tym sprawę pancerza łowcy, Fett izMadzią skórowali martwe zwierzęta.
- Zabiorę je do domu - rzekła żona przywódcy Gildii Samotnych ÂŁowców. - Każę je przerobić na ładny dywan... chyba, że napatoczymy się na jakiegoś misia - uśmiechnęła się.
- Nie gruhajcie tam ze sobą, tylko chodźcie zjeść, bo Crisis Was wszystko zeżre - krzyknął do nich gubernator Ombros.
- Cicho siedź - młodszy łowca śmiejąc się zganił go.
Fett i Madzia podeszli do ogniska po czym wzięli swoje porcje upieczonego mięsa.
- Niczego sobie - pochwaliła mężczyzn.
- Się wie - uśmiechnął się Crisis. - Wkońcu kiedyś paradowało się po tych puszczach kilka dni.
Po smacznym posiłku Madzia obwieściła, że wraz z mężem położą się spać, by rano być wypoczętym. Za to Crisisa i Lorda Sado ponownie pochłonęła rozmowa, którą prowadzili przez kilka godzin...
Sado:
- I wtedy kopnęłem tego mężczyznę w krocze - mówił Sado, który jakimś cudem znalazł piwo za pazuchą - i... i... i... się położył. To wzięłem mój sztylet i chcialem go dobić, ale nie trffiłem. No.. no... no i później, each.
Crisis, nagle wstał i pobiegł kilak metrów od "obozu" aby "załatwić się" Gubernator schylił głowę i zobaczył właśnie że przez przypadke przeciąl sobię żyłe zwym sztyletem, którym dotąd wymachiwał. Jęknął cicho, by nie budził Starszego ÂŁowcy i Elfki po czym wlał kilka kropek do fiolki i wypił. Następnie z potwornym sykiem włożył na chwilkę rękę do ognia, by nie wdarłą się infekcja. Po chwili obandarzował sobie rękę czyms co było podobne trochę do bandaża. Po chwili ponownie usiadł, tym razem trzeźwy.
- Teraz tego żałuję - powiedział do Crisisa, który już wrócił - że nie zachowałęm swej mocy, którą tak skrywałem i skrywam wciąż. Szykuj złoto chłopcze... bo będzie Ci potrzebne na zbroję.
Po cyzm spojrzał na Fetta i Madzia, a następnie dziko wbił paznokcie w ziemię. Pełen furii czekał, aż mu się one nie połamią i nie popłynie krew...
Madzia:
Z samego rana wszyscy wypoczęci ruszyli w dalszą drogę. Słońce już lekko prześwitywało gęsty las. Jak na kraj ÂŁowców było tu z perspektywy Elfki całkiem przyjemnie.
- Ciekawe jak będzie gdy zabijemy tego Arturisa ... - mruknęła pod nosem.
- Co mówiłaś ? - spytał się Crisis. - Ostatnio kiepsko wyglądasz.
- Eee ... co ? Aaa, właściwie to tak sobie gadam pod nosem. Daleko jeszcze mieszka ten zbir Arturis?
- Aldarr, jest sporym i trochę niebezpiecznym miejscem ... właściwie to Arturis, może ukrywać się wszędzie nawet pod tym krzakiem - zaczął lekko roześmiany Sado. - Według informacji Boby jest on w pewnej Twierdzy. - Sado znowu pobladł ... Na ich drodze stanęło kilku ludzi ...
Crisis:
- Miło Cię znów widzieć bracie - powiedział Crisis do jednego z mężczyzn, po czym cała drużyna wyjęła bronie, a Madzia napięła łuk - Jak zwykle masz swoich ludzi od czarnej roboty, co? Zawsze wykorzystywałeś innych Arturisie!
- Crisisie..., po co mam się męczyć, skoro posiadam możliwości wykorzystywania innych?
- Jak zwykle, nie możesz sobie ubrudzić rączek?!
- Ubrudziłem sobie raz, zarzynając naszego głupiego ojca, teraz pozbędę się reszty rodzinki. Ciebie i naszego brata. O właśnie, wiesz, że nasza matka przed nami miała jeszcze innego faceta i z nim dziecko?! - krzyknął Arturis
- Brata?! Kto to?!
- Stoi koło Ciebie, to wasz drogi gubernator tego całego Ombros, jak mnie mam zwie się Sado...
- Co?! To nie możliwe! - krzyknął Sado
- Czyżby? To spójrz sobie na ten dokument - powiedział Arturis rzucając do gubernatora kawałek zwiniętego papieru - jest to drzewo rodzinne naszej rodziny, tam jest dokładnie napisane czarne na białym, że Sado jest naszym bratem. Teraz mówcie, o co chodzi i po co tutaj przybyliście!
- Gadaj gdzie jest Bladstern - odezwał się Boba Fett
- Ooo Boba Fett, miło będzie odebrać nagrodę za twoją głowę. Bladstern..., powiem wam najpierw jak mnie pokonacie, ale nie zabijcie mnie zbyt wcześnie... - zaśmiał się Arturis
- Skoro tego chcesz - powiedział przywódca gildii Samotnych ÂŁowców
- On jest mój..., zajmijcie się tymi trzema - rzekł nagle Crisis
- Skoro chcesz - odezwał się Boba, po czym Arturis i jego banda ruszyła na Crisisa, Madzię, Lorda Sado i Boba Fetta. Arturis i Crisis bezpośrednio ruszyli na siebie, i dość szybko rozpoczęli pojedynek. Miecz Crisisa, Dziedzictwo Trivelara, pobłyskiwał w powietrzu mimo braku światła w lesie. Arturis zaatakował z lewej, jednak Crisis bez problemu sparował cios i błyskawicznie przeszedł do ataku. Ostrza braci Tylerion (moje nazwisko w zabawie :P) wirowały w powietrzu, w posługiwaniu się mieczem byli niemalże równi. Jednak w pewnym momencie Crisis kopnął brata gdy siłowali się mieczami, który przewrócił się i upuścił miecz. Crisis szybko przystawił broń do gardła Arturisa.
- Teraz mów gdzie jest Bladstern... - powiedział Crisis, a reszta drużyny przyglądała się temu, ponieważ już jakiś czas przed przyjacielem pokonali trójkę kompanów bandyty... - co masz na szyi? To chyba medalion ojca, pozwolisz, że go zabiorę..., - ÂŁowca szybko mieczem zdjął Arturisowi błyskotkę i wziął ją do reki
- Czekamy. Gadaj gdzie jest Bladstern! Wiemy, że wiesz gdzie on przebywa! - krzyknął Boba Fett...
Boba Fett:
Gdy słowa Fetta nie skutkowały, ten schylił się do leżącego Arturisa i walnął go otwartą dłonią w policzek.
- Gadaj - rzekł przytłaczająco.
Brat Crisisa za to splunął mu na twarz i uśmiechnął się.
- Słuchaj, Ty orkowa gnido. Potrafię sprawić, że będziesz mnie bałagał, bym poderżnął Ci gardło. Znam na to więcej sposób, niż Ty przechędożyłeś panienek. Moja reputacja powinna Ci to uzmysłowić w trybie natychmiastowym.
- Czterdzieści tysięcy drogą nie chodzi - uśmiechnął się kącikiem ust Crisis.
- Ratrad. Te zapchlone zadupie nazywa się Ratrad. Tam, gdzie Trivelar zgarnął kiedyś ,,Ciemięzcę".
- Wiemy, gdzie Trivelar pojmał ,,Ciemięzcę". Mów dalej, co wiesz o Bladsternie - napierał młodszy łowca nagród.
- Wypchaj się.
- Słuchaj, gnojku... - zaczął Fett łapiąc Arturisa za podbródek. Ofiara łowców jednak zamaszystym ruchem wyjęła z rękawa zamaskowany sztylet. Próba wbicia go w odsłonięty bok Fetta skończył się tym, że Crisis złapał dłoń brata, przekręcił ją i ugodził nim w ciało ,,zamachowca". Ten otworzył szeroko oczy i jęknął.
- To by było na tyle - oświadczył przywódca Gildii Samotnych ÂŁowców wstając znad umierającego Arturisa. - Pożegnaj się z bratem i ruszamy dalej - powiedział bez emocji w głosie.
- Czy Wasza praca zawsze tak wygląda? - zapytał po jakimś czasie swojego męża Madzia.
- Nie, w moim przypadku zazwyczaj albo przelewa się o wiele więcej krwi w szybszym czasie, albo ,,twardy towar" sam dochodzi do wniosku, że lepiej oddać się w moje ręce bez zbytecznych problemów.
Grupa ruszyła dalej - w stronę Ratrad, gdzie znajdowała się ich druga ofiara...
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej