Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Braterska pomoc
Narrator:
W forcie chyba wszyscy oślepli bo nikt nie zauważył że zacumował tam statek...
Vulmer:
- Może i masz rację. Ładnie tu nawet. Stwierdził, wszak większość życia spędził w lesie chowając się. - Pozwolisz że pojade z tobą do stolicy?
Egbert:
Z początku Egbert nie wychylał się. Krótko po tym jak stracili z oczu Valfden, najemnik zaszył się gdzieś w ładowni. Dla zabicia czasu liczył i segregował sprzęt jaki zabierali na Vrih. Pokazywał się tylko na posiłki, po czym na powrót wracał pod pokład. Drugiego dnia rejsu nie mógł już jednak nigdzie usiedzieć spokojnie. Myślenie o walce mającej go czekać w najbliższym czasie dawało mu tyle energii, że nawet przez chwilę nie potrafił pozostać w bezruchu. Godzinami chodził w tą i z powrotem po chybotliwym pokładzie statku, denerwując tym samym niektórych towarzyszy. Cóż poradzić. Gdy rudobrody zobaczył w końcu na horyzoncie cel ich podróży, uśmiechnął się i łupnął pięścią w reling. W końcu. Zszedł na brzeg jak tylko ustawili trap.
-Fort wygląda na nienaruszony.
Zauważył z lekką nadzieją w głosie. Być może główny atak jeszcze nie nastąpił.
Kenshin:
Kenshin zauważył po czasie jak pewna fregata, dobija do portu. Znał również żagle, więc wiedział, że to swoi! Ork podszedł do młodzika, który zszedł pierwszy, wtrącając mu się do rozmowy.
- Nie naruszony to prawda, ale ile żeśmy się nawalczyli na plaży. Tak przynajmniej mówią.
Powiedział to niczym starzec, którym jeszcze nie do końca był.
Leonard:
Od kiedy zakończyła się bitwa Leonard, ukryty za stajnią, pił razem z kilkoma innymi żołnierzami. Z dala od wścibskich spojrzeń dowódców, chłopaki raczyli się tequilą. Leo, z racji że był stąd, jako jedyny z ekipy znał ten alkohol, dlatego chętnie tłumaczył towarzyszom jak i z czego się go robi. Koniec końców zrozumieli jednak z tego tylko tyle, że to taka tutejsza wersja wódki. Przez większość czasu przechwalali się tym kto zabił więcej jaszczurów. Młody bękart nawet tego nie słuchał. Przecież wiadome było, że to on zabił najwięcej. Teraz też pili, do momentu aż przerwał im dzwon z przystani. Ktoś przybił do portu. Leo schował butelkę w siano i, starając się iść prosto, z ciekawości poszedł zobaczyć co się dzieje.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej