Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Niechciani goście
Leonard:
Leonard zasalutował gdy tylko z ust Torsteina padły pierwsze słowa. Od razu widać było, że był mocno podekscytowany. Zanim jeszcze pluton opuścił Bastardo, chłopak zdążył już z pięć razy sprawdzić ułożenie swojego pasa z mieczem. Później gdy został wywołany, truchtem przybiegł z końca kolumny na czoło.
-Tak jest, panie sierżancie! Nazywam się Leonard ibn Richardo, pochodzę z Vrihok...
Co ja umiem? Raczej pyta o zdolności bojowe.
-Potrafię machać mieczem, ale nie miałem jeszcze okazji się sprawdzić.
Torstein Lothbrok:
- Torstein Lothbrok - przedstawił się. Ręki nie podał, bo jechał na koniu. Średnio byłoby się wyjebać przy szeregowych. Popatrzył po drużynie. - Ork zwie się Ashog. Chyba jedyny w Bastardo silniejszy ode mnie. Równy gość. Dzik z dwoma mieczami to Egbert. Równy chłop. A moczymorda metr pisiont w kapeluszu to Mirzak - rzekł, prezentując drużynę. - Zasady. Nie pijemy alkoholu w robocie... no dobra, można, ale z umiarem. Jak ktoś się zaleje w trupa, to nogi z dupy urwę. Po drugie, nie wychodzić przed szereg. Walczymy drużyną, jesteśmy drużyną. Po trzecie, nie zostawiamy nikogo. Jesteśmy braćmi.
Leonard:
Leonard obejrzał się za siebie. Mirzak nie prezentował się może zbyt imponująco, ale inaczej sprawy miały się z Egbertem i Ashogiem. Obaj wyglądali jakby mogli gołymi rękoma zmiażdżyć ludzką czaszkę. Z Torsteinem zresztą było podobnie. Leo przełknął ślinę. Dobrze, że są po mojej stronie. Pomyślał tylko. Nie wyobrażał sobie walki z żadnym z tych wojowników. Swoją drogą, ciekawe czy i jemu uda się trochę przybrać na masie i wyhodować większe mięśnie. Nie był co prawda zupełnym chudzielcem, w końcu przez większość życia pracował fizycznie, ale do poziomu pozostałych Bękartów było mu jeszcze daleko.
-Rozumiem, panie sierżancie. Nie zrobię niczego głupiego, możecie na mnie liczyć.
Mirzak aep Rothgar:
Przejechali i przeszli przez ezadki i lekko opruszony śniegiem las, było po piętnastej. Krasnoluda nie ruszyło nazwanie go moczymordą, on po prostu podtrzymywał rodzinną tradycję picia. Wyszli na otwartą niemal płaską przestrzeń. Całe hrabstwo było w zasadzie jedną wielką równiną, cholernie żyzną. Tylko Chatal produkowało wincyj jedzenia. Wtem, od strony Łęcin biegł na nich tłum kobiet, starców i dzieci. Piski i krzyki oczywiście były.
- Kurwa, Sierżancie? Wskazał na uciekających. Zdjął z pleców kuszę i zaczął rychtować na zaś.
Torstein Lothbrok:
Torstein dostrzegł tłum uchodźców. Trudno byłoby tego nie zrobić. Widząc scenę exodusu z Łęcin, wiking sprawdził jak miecz i topór wychodzą z pochwy i uchwytu. Zsiadł z konia i wstrzymał jakąś kobietę.
– Co się tam dzieje? Mówże, kobito. Przyjechaliśmy pomóć! – rzucił, ładując też swoją kuszę.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej